Info
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.
W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!
2015:
2014:
2013:
2012:
2011:
2010:
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2015, Grudzień12 - 0
- 2015, Listopad11 - 0
- 2015, Październik9 - 0
- 2015, Wrzesień21 - 0
- 2015, Sierpień21 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec12 - 0
- 2015, Maj16 - 0
- 2015, Kwiecień24 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty18 - 0
- 2015, Styczeń20 - 0
- 2014, Grudzień8 - 1
- 2014, Listopad9 - 0
- 2014, Październik11 - 0
- 2014, Wrzesień19 - 0
- 2014, Sierpień35 - 0
- 2014, Lipiec27 - 1
- 2014, Czerwiec18 - 0
- 2014, Maj20 - 0
- 2014, Kwiecień21 - 0
- 2014, Marzec24 - 0
- 2014, Luty23 - 0
- 2014, Styczeń8 - 0
- 2013, Grudzień6 - 0
- 2013, Październik6 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień16 - 0
- 2013, Lipiec9 - 0
- 2013, Czerwiec15 - 0
- 2013, Maj17 - 0
- 2013, Kwiecień17 - 0
- 2013, Marzec5 - 0
- 2013, Styczeń3 - 0
- 2012, Grudzień7 - 0
- 2012, Listopad11 - 0
- 2012, Październik12 - 0
- 2012, Wrzesień22 - 0
- 2012, Sierpień33 - 0
- 2012, Lipiec32 - 0
- 2012, Czerwiec32 - 0
- 2012, Maj45 - 0
- 2012, Kwiecień28 - 0
- 2012, Marzec18 - 0
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń1 - 0
- 2011, Grudzień3 - 0
- 2011, Listopad11 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień25 - 0
- 2011, Sierpień27 - 0
- 2011, Lipiec37 - 0
- 2011, Czerwiec29 - 0
- 2011, Maj23 - 0
- 2011, Kwiecień27 - 0
- 2011, Marzec5 - 0
- 2011, Styczeń2 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik7 - 0
- 2010, Wrzesień15 - 0
- 2010, Sierpień19 - 0
- 2010, Lipiec28 - 0
- 2010, Czerwiec18 - 0
- 2010, Maj4 - 0
Wpisy archiwalne w kategorii
Towarzysko
| Dystans całkowity: | 6326.52 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 288:25 |
| Średnia prędkość: | 21.94 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 68.04 km/h |
| Maks. tętno maksymalne: | 189 (96 %) |
| Maks. tętno średnie: | 144 (73 %) |
| Suma kalorii: | 26114 kcal |
| Liczba aktywności: | 110 |
| Średnio na aktywność: | 57.51 km i 2h 37m |
| Więcej statystyk | |
- DST 55.90km
- Czas 02:33
- VAVG 21.92km/h
- VMAX 63.58km/h
- Temperatura 26.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Mosina Pożegowo z Konradem i Jackiem
Środa, 8 czerwca 2011 · dodano: 08.06.2011 | Komentarze 0
W szkole chłopaki namawiali mnie na przejażdżkę, to zaproponowałem pokazać im trasę Maratonu. Jacek od początku dnia przez temperaturę nie był za chętny na to, ale na Kondzia mogłem liczyć. Wracając ze szkoły umówiłem się z nim tak ok 15/16, ale moje domowe obowiązki trochę to opóźniły.W takim razie miałem być o 16:30 w Luboniu. Z domu wychodziłem o 16 i tu niespodzianka: otwieram bramę, a tam pojawia mi się piękny widok pierwszy kropel deszczu. Poczekałem chwilkę - ok 5 min największą nawałnicę, w międzyczasie jeszcze spotkałem tatę który kazał mi jechać, deszcz niby był przelotny, to co zmoknę to i tak wyschnę. Planowałem pojechać Matejki do Hetmańskiej, ale przez deszcz zapomniałem o tym i wjechałem na Grunwaldzką. Na Głogowskiej przy Macu zadzwonił do mnie Kondzio i tłumaczyłem się mu że deszcz mnie zatrzymał. Tu kolejna niespodzianka: za chwilę znowu zaczęło lać, jakby z tej samej chmury. Schowałem się w przejściu i przeczekałem tym razem dobre 10 min. Gdy już przestało padać pojechałem dalej, a tam znowu zaczęło kropić i znowu się schowałem, tym razem pod daszek od Rossmana. Tutaj nieco dłużej musiałem czekać, po jednej nawałnicy przyszła druga i tak zleciało mi 20 min. Ostatecznie u Kondzia byłem o 17:30.
Do Puszczykowa dojechaliśmy tradycyjnie ścieżką przy jezdni. Na miejscu mieliśmy wyciągnąć zniechęconego Jacka, ale jak przyjechaliśmy to właśnie jadł pizze. Nie chciało nam się czekać i pojechaliśmy do Mosiny sami. Pokierowałem Kondzia drogą tą samą jak prowadziła objazdówka na Maratonie i na podjeździe jadąc swoim tempem szybko uciekłem Kondziowi. Mimo to jechałem dużo wolniej niż w niedzielę, ale to było do przewidzenia (nie w formie i brak tej niosącej atmosfery zawodów). Na górze dziwnie wyglądało to miejscu - tak jakoś za pusto tam teraz jest. W dodatku jeszcze ciemne chmury potęgowały tą pustkę.
Pamiętając o tym, że Jacek miał do nas przyjechać pokazałem Kondziowi zjazd brukiem w stronę piachu. Tak mu się spodobał, że mimo burzy chciał dalej tym piachem jechać, ale po chwili zrezygnował. Wracając już nie było tak lekko, nawet w jednym miejscu musiałem się podeprzeć. Na moim ulubionym podjeździe znowu uciekłem Kondziowi, ale i tak w niedzielę jechałem tam duuużo szybciej.
Na górze pojechałem sobie na dróżką na metę maratonu i chwilę odpoczęliśmy pod moim drzewem.
Jacek nie dawał oznak życia, to ja pojechałem w dół, a Kondzio do niego w tym czasie zadzwonił. Już na samym początku spadł mi łańcuch. Gdy po zawrocie zacząłem podjeżdżać śmignął obok mnie Kondzio i okazało się, że Jackowi poszła dętka i teraz jest gdzieś przy Rynku w Mosinie. Biedak ponoć prowadził rower prze 1,5 km i teraz od 20 min myślał co ma zrobić. Oczywiście kasy na komie nie miał żeby do nas zadzwonić. Dziura w dętce była taka dużo, że ciężko było przez pompowanie dętki ja znaleźć - za szybko powietrze uchodziło. Po załataniu Kondzio próbował napompować ją bez skutku. Oczywiście zwaliłem winę na pompkę, ale moją nie wiele więcej zdziałałem. Jeszcze raz szybkie spojrzenie na dętkę i jest... druga dziurka. Jacuś musiał złapać snake'a na krawężniku. Załatane i jedziemy dalej.
Razem z Jackiem jeszcze raz pojechaliśmy na Pożegowo, a Kondziowi się spieszyło i nas zostawił. Tym razem dałem z siebie więcej na podjeździe i na górze widok burzowych chmur już dookoła Mosiny szybko zachęcił nas do powrotu. Niby po zjeździe Jackowi zaczęło schodził powietrze z dętki, to jeszcze skoczyliśmy na stację. Szybko pit-stop i 10 min później już pożegnałem Jacka i pędziłem do domciu żeby zdążyć przed deszczem.
Za Puszczykówkiem zauważyłem jakiegoś kolesia jadącego bez trzymanki na ulicy środkiem pasa. Wyprzedzając go spojrzałem mu prosto w oczy, ale powstrzymałem się z komentarzem. Sekundę później wskoczył mi na koło, a ja próbując zgubić, zmęczyć go pędziłem ile sił w nogach i sam się męczyłem. Nawet specjalnie pojechałem środkiem przez najgłębszy piach, żeby on tam musiał przyhamować. Zaraz po tym rozejrzałem się i nigdzie go nie było. To ja już cały szczęśliwy jechałem dalej, gdy ten sam koleś nagle zajechał mi drogę i ładnym, bardzo miłym gestem przepuścił mnie do przodu (cwel), bo sam nie mógł chwilę poprowadzić. To ja dalej dawałem z siebie wszystko i tak razem dojechaliśmy do Lubonia. Tam na jakiś światłach zatrzymało mnie czerwone i stojące na skrzyżowaniu samochodu, między którymi gościu sobie spokojnie przejechał jakby on tam do tego specjalnie stały. Tyle co go widziałem, później wróciłem Hetmańską i Matejki bez większych przygód. W domu o 20:40.
Kategoria Szosa, Towarzysko
- DST 34.15km
- Czas 01:49
- VAVG 18.80km/h
- VMAX 42.39km/h
- Temperatura 30.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek z J, K, M - przed maratonem, pierwsza jazda na RK
Sobota, 4 czerwca 2011 · dodano: 04.06.2011 | Komentarze 0
Chłopacy już od tygodnia planowali większą wyprawę w tą sobotę, ale ja tłumaczyłem się że muszę zrobić sobie przerwę przed zawodami. Jedynie planowałem przejechać się kawałek na piach sprawdzić, czy opony i klocki są dobrze założone i jak sobie poradzą w takich warunkach.Z moich planów wyszło tyle, że jak Jacek spytał się mnie, czy będą mogli zostawić u mnie rowery na czas filmu w kinie to postanowiłem przejechać się z nimi. Przecież nie mogłem ich tak zostawić pod domem, musiałem chociaż podjechać z nimi na Sołacz.
Wracając z kina, gdy kumple poszli do browca coś zjeść, ja wróciłem do domku i dopieściłem swój rower. Chwilę później już oni wrócili i pojechaliśmy najpierw na stacje dopompować moje nowe oponki, a potem do parku Sołackiego po Marikę. Pierwszy raz to Marika czekała na mnie (w tym wypadku nas), do tej pory zawsze było odwrotnie. Pojechaliśmy nad Strzeszynek, ja co chwilę się zatrzymywałem i regulowałem sobie hamulce. Nad Rusałką zostawiłem ich i wytarłem sobie łańcuch. Potem miałem problem z odnalezieniem ich, dojechałem do Lutyckiej a ich nigdie nie było. Jeszcze wyregulowałem sobie hamulce i zadzwoniłem do Jacka. Okazało się, że wyprzedziłem ich przy plaży i jak obejrzałem się za siebie do byli zaraz za mną. Kawałek dalej znowu zostawiłem ich, a sam pojechałem na piachy. Tym razem odnalezienie się zajęło trochę więcej czasu. Nad Strzeszynkiem ich nie znalazłem, po pierwszym telefonie mieli na mnie czekać w lesie za pomostami, po drugim pojechali w "lewo" na rozjeździe przy ścieżce dookoła Strzeszynka - przejechałem całe kółko i nigdzie ich nie spotkałem, po trzeciej rozmowie byli w Kiekrzu. Wkurzony pojechałem się położyć na ławce nad stawkiem i trochę popisałem sobie z Tomusiem na temat zawodów (razem z trenerem mieli pecha ze sprzętem). Po dobrych 20 min przyjechali, chwilę odpoczęliśmy i poprowadziłem ekipę moją treningową trasą - podjazdem przez las. Jechałem z Jackiem na czele, a Kondzio z Mariką gdzieś zostawali w tyle. Po pokonaniu podjazdu pojechaliśmy do Strzeszyna do sklepu i dalej wracaliśmy alternatywną trasą nad Rusałkę. Zjazd się chyba wszystkim podobał, a w szczególności Konradowi. Kawałek dalej szalała Marika, która tak przyspieszyła że nam zaczęła uciekać, a nam widząc co się dzieję zbytnio się nie spieszyło. Po chwili straciliśmy ją z pola widzenia i zaczął się problem.
Chwilę poczekaliśmy na rozjeździe aż do nas wróci, ale nie doczekaliśmy się tego. Dodzwonić się do niej szło, a Jacek po pojechaniu na rozjeździe w prawo na zwiad też jej nie znalazł. Jednak ten plan z pozwoleniem Marice uciec nie był najlepszym pomysłem. Przez następne 30 min krążyliśmy po okolicy szukając naszej zguby. Dojechałem do Lutyckiej, a tam też jej nie było. Gdy wracałem z Kondziem w stronę Jacka, zadzwoniła do mnie Marika pytając się gdzie my jesteśmy, bo ona jest przy Strzeszynku tam gdzie ostatnio się spotkaliśmy... Jakoś nie wiedziałem o jakie miejsce jej chodzi, i zgadaliśmy się za 5 min przy Rusałce. Oczywiście było to z naszej strony niewykonalne, bo jeszcze musieliśmy poszukać Jacka. Teraz to Kondzio, któremu pokazałem w którą stronę pojechała Marika (Strzeszyn), popędził tam ile miał sił w nogach. Na szczęście dodzwoniłem się do Jacka, który go przejął i obaj wrócili do mnie.
Fajnie że dzisiaj miałem się nie męczyć, a szukając jej pędziłem jak głupi. Już spokojnie przejechaliśmy Lutycką do ścieżki i 5 min później odnalazła się nasza zguba. Z komendą Mariki "do mojego pokoju" pojechaliśmy na Bonin. Spoko gdyby jakiś facet tego nie skomentował, ale nie ma się czego dziwić ;).
Teraz zaczęła się najlepsza zabawa w bloku z windą. Marika pojechała pierwsza, ja wszedłem schodami na 6 piętro, a Kondzio z Jackiem męczyli się z wpakowaniem rowerów. Zanim ostatnio Konrad przyjechał na górę to ja już zdążyłem się rozgościć.
Zasiedzieliśmy się u Mariki do 20:20, byłoby dłużej ale Konradowi już się strasznie spieszyło. Z chłopakami rozstałem się pod domem jakoś o 20:40.
To wszystko strasznie skopało mi dzień, nie dosyć że nie zdążyłem kupić w biedrze batonów (musiałem lecieć do Piotra i Pawła), nie zrobiłem sobie pizzy tylko dalej musiałem wciągać makaron, to w domu jeszcze na szybko nasmarowałem sobie łańcuch i pozbierałem manatki. Miałem jeszcze zrobić ogólny serwis roweru, ale jak widać skończyło się na samym łańcuchu. A jutro już mój pierwszy maraton...
Kategoria Towarzysko
- DST 68.97km
- Czas 03:26
- VAVG 20.09km/h
- VMAX 65.85km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Osowa góra z Jackiem *Największe 3 górki dookoła Poznania zaliczone ;)
Niedziela, 29 maja 2011 · dodano: 30.05.2011 | Komentarze 0
Wycieczka zaplanowana w sobotę wieczorem, szczegóły mieliśmy jeszcze obgadać w południe, jednak Jacek nie pojawił się na gadu do 12:30. Pojechałem na stację zmniejszyć ciśnienie w oponkach i przy okazji zadzwoniłem do Jacka, żeby dopytać się co wyszło z naszego tripa. Szczęśliwie plan się nie zmienił i już jechałem w stronę Grunwaldzkiej.Ze smarowaniem nie trafiłem, do tego dokuczało mi stukanie w suporcie, przez co nie miałem ochoty do szybszej jazdy. Jakby tego było mało, to jeszcze w stronę Lubonia jechałem pod wiatr. Za Hetmańską wahałem się czy jechać dalej, już nawet wyciągnąłem komórkę żeby dopytać się Jacka o pogodę u niego w Puszczykowie. Ładne czarne chmurki wisiały na południu, a kolejny raz zmoknąć nie miałem ochoty. Jednak ostatecznie komórkę schowałem i odważnie pojechałem w chmury. Zauważyłem, że na szybszej kadencji stukanie znikało, to specjalnie redukowałem bieg i szybko pedałowałem, przez co później trochę kolanka bolały.
Miałem dać znać Jackowi jak będę przy stacji w Puszczykówku, ale on mnie uprzedził i zadzwonił jak wyjeżdżałem z Lubonia. Powiedział, żebym się nie śpieszył to za przejazdem przez tory skręciłem w las na szlak nadwarciański. Nawet nie spodziewałem się tam tylu ludzi, co mnie ominęło.
Ładnie przejechałem lasem, nawet raz musiałem przeprowadzić rower przez piach. U jacka byłem jakoś o 14:30, nawet nie podszedłem do furtki a ten już wyszedł z domu. Chwilę u niego próbowałem wyczyścić korbę z zewnątrz i przetarłem cały zasyfiony łańcuch. Jack poszpanował swoją nową crossową maszynką i ruszyliśmy jakimiś nieznanymi mi ścieżkami w stronę Osowej, trochę błądząc po drodze. Podjechaliśmy nawet pod jakaś kruszarnie gruzu i dalej ostrym podjazdem w las, ale oczywiście była to zła droga. Jacek jak zawsze pytał się każdego którędy na tą Osową i każdy mówił nam inną drogę.
Poskładaliśmy wszystkie rady w jedno i pojechaliśmy na asfaltowy podjazd. BYŁ ON ZAJE... . Ostro w górę, na początku jakoś wyrabiałem 15 km/h, na końcu, na najostrzejszym odcinku ledwo ciągnąłem 10 km/h. Nogi już tak bolały, że ciężko byłoby tak dalej jechać. Jacek już wymiękł na samym początku, widać że nie był w formie. Jak już podjechałem na górę to zrobiło mi się smutno, że już koniec, ale oczywiście Jacek musiał popytać się czy to już jest Osowa. Co dziwne, okazało się że nie i wskazaną nam jakąś ścieżynkę przez las prowadząca nad jeziorko - glinianki, czy jakoś tak. Następnie wyjechaliśmy z niej na drogę, a dokładniej to na szlak, wydaje mi się że nawet sam Pierścień dookoła Poznania. Byłem pewien, że musimy jechać grzbietem góry, ale Jacek, który niby pamiętam drogę pojechałem szlakiem, brukiem w dół. Tam na dole jednak Jacek zwątpił i tym razem ja spytałem się kierowcy przejeżdżającego samochodu o drogę. Oczywiście polecił nam się cofnąć tym brukiem na górę i dalej pojechać grzbietem góry, czyli tak jak ja mówiłem. Kolejny podjazd i znowu Jacek wymiękł, gdy ja spokojnie sobie podjechałem.
Tam spytaliśmy się kolejnych osób, gdzie ta Osowa? - poprowadzili nas na szlak na grzbiecie góry, który po szutrowym odcinku zmieniał się w piaszczystą ścieżkę w dół w las. Jadąc tak dojechaliśmy nad jezioro Kociołek, które objechaliśmy dookoła. Przynajmniej w teorii objechaliśmy, bo prawie cały czas przenosiliśmy rowery nad zapadniętymi drzewami. Przy okazji nie jeden raz byliśmy celem ataków chmar komarów. Na tej ścieżce parę razy się zabiliśmy, ale było ok.
Teraz szukaliśmy stacji kolejki na Osowej Górze. Z kolejnych pytań przypadkowych ludzi, wynikło że musimy gdzieś skręcić w prawo i tak zrobiliśmy. Ścieżka była bardzo fajna, dosyć utwardzona przez co można było ładnie śmigać. Kawałek dalej stanęliśmy przed rozwidleniem dróg i wybraliśmy tą na prawo, przez to że prowadziła bardziej pod górę. To było tak pod górę, że nie miałem szans tam podjechać i nawet nie próbowałem tylko ładnie za Jackiem podprowadziłem rower. Żeby już tak nie jeździć tam i z powrotem Jacek poleciał zobaczyć co kroi się na szczycie tej góry, a ja popilnowałem rower. Stacji kolejki nie było widać, ale podobno kawałek przed nami było już jakieś Ludwikowo. Jakoś nie chciałem tam jechać i zawróciliśmy ostrym zjazdem do rozwidlenia drogi, gdzie tym razem pojechaliśmy w prawo (od kociołka w lewo). Tam jadąc w oddali z widokiem na jezioro Budzyńskie nagle droga nam się urwała. Z dylematu o powrotną drogę (Ludwikowo vs Pożegowo) ja na siłę wybrałem powrót do Mosiny.
Zjazd z góry okazał się być trafnym wyborem, rekord prędkości został ustanowiony. Przejazd przez rynek w Mosinie (na którym to Jacek mieszka) i dalej w stronę Puszczykowa. Trochę Jacusiowi uciekłem, przez co przegapiłem zjazd od razu pod jego dom i pojechaliśmy w stronę dworca. Tam się rozstałem z Jackiem i pojechałem do domciu.
W domu po 17.
Kategoria Szosa, Towarzysko, MTB
- DST 18.75km
- Czas 00:49
- VAVG 22.96km/h
- VMAX 35.89km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszyn
Sobota, 21 maja 2011 · dodano: 21.05.2011 | Komentarze 0
Jakimś cudem udało się już Kasii wyprosić moją wizytę u niej, miało być 5 min a zrobiło się 2h robienia zdjęć. Na szczęście z planów wbicia na pustą chatę do Jacka nic nie wyszło, więc dużo nie straciłem.Wracając znowu przez dziurę w oponie poszła mi dętka.
Kategoria Towarzysko
- DST 34.43km
- Czas 01:30
- VAVG 22.95km/h
- VMAX 44.33km/h
- Temperatura 16.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Malta z Tomkiem
Wtorek, 17 maja 2011 · dodano: 17.05.2011 | Komentarze 0
Przez matury dzisiaj w szkole tylko na 2 lekcje, do 10:30. W domku nasmarowałem łańcuch (drugim sprayem) i na rower, wyjątkowo nad Maltę. Tam pustki, jedynie Tomek jechał w moją stronę i się podłączyłem do niego. Miał jeszcze 1h czasu do odebrania swojej Maji spod szkoły, więc najpierw jedno normalne kółko asflatlem, a potem w terenie pod górkę na przeciwko Malta Ski. Tam nie dałem rady na ostatnim podjeździe i zaliczyłem pierwszą glebę w SPD, nawet nie próbowałem się wypiąć.Potem podjechaliśmy do sklepu na Kwiatową - Cyklopro (właściwie to jest idealnie to samo co Cyklotur, tylko inna nazwa i większe ceny) i potem Tomuś zaproponował odprowadzić mnie kawałek. Ruszyliśmy deptakiem i spotkaliśmy tam 2 chłopaków z 1a, czyli z klasy Maji. Wzbudziło to moje podejrzenia, że niby już oni skończyli lekcje i Tomek podjechał się ich spytać co oni tu robią.
No i faktycznie, byli już po lekcjach. Biedna Majka musiała sama się odprowadzić do domu, a Tomek nawet o tym nie wiedział że kończą godzinę wcześniej.
Tomczer odprowadził mnie pod sam dom, jeszcze po drodze nauczył mnie skakać na rowerze - nie wiedziałem że jest to takie łatwe w SPD :D.
Kategoria Towarzysko
- DST 61.85km
- Czas 02:49
- VAVG 21.96km/h
- VMAX 46.73km/h
- Temperatura 18.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek i Malta z Szymonem -> za Maltą z Karolem i Tomkiem
Piątek, 13 maja 2011 · dodano: 13.05.2011 | Komentarze 0
Zaczęło się normalnie: po wczorajszych opadach dzisiaj ładna pogoda, to po szkole o 5 już wyruszyłem na rower. Standardowa trasa do Strzeszynka, gdzie dłuższą chwilę bawiłem się z ustawieniami siodełka (a obok mnie bawiła się jakaś gromada licealistów, którym co chwile wpadała piłka do jeziora).Wracając zgadałem się z Szymkiem na wspólna jazdę nad Maltę. Strasznie od złego ułożenia bloków (za bardzo do wewnątrz) bolało mnie podbicie, więc na przerwie nad źródełkiem sobie przekręciłem na bardziej wyśrodkowaną pozycję. Przy okazji przyglądaliśmy się pracy rowerowej Policji spisującej numery ram rowerów jakiś ziomków, bo podobno dzień wcześniej skradziono jakiś rower z przed galerii Malta.
Meszki już wystarczająco dały nam się we znaki, więc pojechaliśmy odpocząć sobie po drugiej stronie Malty, ale tam było jeszcze gorzej. Śmignęliśmy sobie do jeziorka za Malta i wracaliśmy jakimiś kszaczorami przy drodze. Później jadąc w kierunku źródła minęliśmy jakiegoś znajomo wyglądającego kolarza. Po chwili zastanowienia krzyknąłem że jest to Karol i popędziliśmy za nim.
Tak, to był on wraz z Grzechem. Od razu zjechał mnie za to, że kupiłem buty Shimano, do końca nie wiem dlaczego. Jakoś zagadałem do niego o maratony i wyszło, że chce pogadać z Tomczerem na temat jego klubu. Akurat Tomek wyminął się z nami i już chwilę potem razem z Karolem ruszyliśmy za nim. Dogoniliśmy go przy źródełku i chwilę pogadaliśmy. Po chwili dołączyli do nas Szymon z Grzechem ale oni już zajęli się sobą. Znowu atakowały nas meszki, więc zdecydowaliśmy pojechać gdzieś. Tutaj zostawiliśmy Szymka i Grzegorza, a sami pojechaliśmy gdzieś w rejony Karola. Prawie całą drogę gadał z Tomczerem, a mi się dobrze jechało za nimi. Jechaliśmy gdzieś w okolicy jakieś Nowej Wsi, wiem że było tam sporo jezior i dużo lasu. Na jednym ostrym podjeździe zabrakło mi umiejętności i o mało co nie zaliczyłem pierwszej gleby, ale jakimś cudem udało mi się w ostatniej chwili wypiąć. Jak wróciliśmy nad Maltę do słoneczku już ładnie sobie zachodziło. Pojechaliśmy "odprowadzić" Tomka, jednak Karol opuścił nas za Katedrą, a ja zostawiłem Tomczera za Cytadelą. Do domu wróciłem jakoś po 21.
Kategoria Towarzysko, MTB
- DST 9.69km
- Czas 00:31
- VAVG 18.75km/h
- VMAX 43.90km/h
- Temperatura 24.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Sołacz i Marika
Czwartek, 12 maja 2011 · dodano: 12.05.2011 | Komentarze 0
Postanowiłem dzisiaj mimo dużej ilości nauki do szkoły wyjść na rower i sprawdzić inne ustawienia bloków. Planowałem iść zaraz po szkole, kiedy jeszcze nie miało padać ale napisałem do Mariki, czy powtórzymy wczorajszy dzień, będąc pewny że odmówi. Tu mnie zaskoczyła i zgodziła się wyjść ok 18 - 19, czyli wtedy kiedy według prognoz miało się rozpadać. No to sobie wykombinowałem że najpierw zrobię coś do szkoły, a potem już pójdę z nią na ten rower, a co mi szkodzi.Ok 18 pojawiły się czarne chmury na południu, a wiatr był północny co oznaczało zły znak. Do momentu kiedy wychodziłem z domu jeszcze nie padało, ale jak przejechałem parę metrów to poczułem pierwsze krople. Nawet zatrzymałem się na stacji i zadzwoniłem do Mariki czy na pewno chce zmoknąć bo u mnie już pada. Wygląda na to, że bardzo chciała się ze mną spotkać i odważnie zdecydowała przyjechać. Jak dojeżdżałem na sołacz to już słyszałem pierwsze grzmoty, ale nie raz już takie coś miałem. Jakoś mocno jeszcze nie padało, w parku sołackim nawet nie było czuć kropli. Trochę sobie poczekałem zanim przyjechała Marika, jakieś 20 min... W tym czasie poćwiczyłem stójkę w SPDkach. Ok 19 się spotkaliśmy i zadecydowaliśmy objechać tylko dookoła parku Sołackiego. Niestety, ale zaczęło padać i szybko rozstaliśmy się pędząc do domu. Z początku mocno nie padało, ale im bardziej wjeżdżałem w chmurę tym było gorzej. Jakoś dojechałem do domu, przemoczony nie byłem; pewnie nawet bardziej spocony niż mokry od deszczu.
Dzisiaj już jakoś nie czułem tej mocy w pedałach, co było wczoraj, nawet na podjeździe się dosyć zmęczyłem.
Kategoria Towarzysko
- DST 39.13km
- Czas 01:49
- VAVG 21.54km/h
- VMAX 46.32km/h
- Temperatura 25.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
U Kasii i z Mariką: SPD <3
Środa, 11 maja 2011 · dodano: 12.05.2011 | Komentarze 0
Wreszcie nadszedł ten długo wyczekiwany przeze mnie moment: platformom mówię papa, witam SPD! Normalnie dzisiaj lekcje do 12, zaraz po szkole tramwajem do cykloturu po buciki i pedały. Jak zobaczyłem M077 to opadła mi szczęka z wrażenie, w necie wyglądają dużo gorzej. Jednak spośród 4 par zamówionych butów wygrał mój faworyt - M087 ze względu na wygodę. Potem w domciu od razu zabrałem się za pedały i czytanie instrukcji do czego służą te wszystkie blaszki. Przy okazji dogadałem się z Kasią, że będę u niej o 16:30 i z Mariką na wieczór. Jeden pedał spokojnie odkręciłem, natomiast drugi nie chciał puścić. W takim razie zamontowałem sobie bloki do jednego buta i nadszedł czas na pierwsze wpięcie się w pedały. Teraz to miałem dopiero problem: jak się to wpina? Próbowałem na wszystkie strony, z całych sił i nic. Dopiero po 5 min jakoś udało mi się wcisnąć, ale teraz nie mogłem go wypiąć. Bloki za słabo dokręcone i zamiast wyskoczyć to przesuwały się po bucie, ale na szczęście jakoś cwanie dałem sobie i z tym radę. Czas na drugi pedał: po 30 min walki z odkręceniem platformy okazało się, że ją cały czas dokręcałem. Drugi pedał założony, bloki w obydwu butach dokręcone i druga przymiarka z SPD. Tym razem szybciej uporałem się z wpięciem, a z wypięciem to już była drobnostka. Pozostało mi tylko napisać do Kasii że będę później i już biegłem z rowerem po schodach.Pierwsze wrażenie niesamowite, tylko trochę siodełko miałem za nisko. Na Przybyszewskiego zjechałem sobie na chodnik i podwyższyłem do max wysokości. No, i teraz to można śmigać! Różnica w prędkości wielka, o ok 5 km/h szybciej, na podjazdach nawet do 10 km/h. Tylko nogi mi się szybko męczyły.
U Kasii byłem o 17, w czasie 2,5h wizyty przesunąłem sobie bloki do tyłu - żeby było podobnie jak jeździłem na platformach.
Wstępnie z Mariką po południu umówiłem się na 19:40, a jak dzwoniłem/pisałem do niej do zero reakcji. Dopiero jak o 19:30 próbowałem uwolnić się ze Strzeszyna to zadzwoniła do mnie. Wtedy o mało co nie zaliczyłem pierwszej gleby: dałem po hamulcach nie wypinając się wcześniej. Jednak jakoś udało mi się zwinnie wypiąć i podeprzeć upadającego kolarza z rowerem. To teraz miałem się z nią spotkać za 10 - 15 min na Sołaczu, a to brzmi jak wyzwanie, w dodatku w butach SPD!
Tylko miałem jeszcze problem: muszę wyjechać z działek! Na szczęście jacyś państwo wyjeżdżali, ale zanim to zrobili to męczyli się z otworzeniem bramy dobre 5 min. W takim bądź razie miałem 10 min żeby dojechać na Sołacz: moja prędkości na asfalcie wynosiła ok 35-40 km/h. Jednak te buty to jest coś pięknego.
Jak spotkałem się z Mariką to było już ciemno i zimno, oczywiście ja lampki specjalnie nie brałem. Pojechaliśmy nad Strzeszynek i tam posiedzieliśmy dobre 30 min. Co chwile na moje nogi były wykonywane naloty meszek. Oczywiście jak zadzwonił Słoma to Marika musiała z nim gadać 10 min - to było bardzo miłe.
Decyzja o powrocie nastąpiła o 20:40, było już ciemno i musieliśmy jechać bez okularów. Momentami trochę Marika szalała 30 km/h, ale ok. Dobra muszka w oku nie jest zła. Odstawiłem ją na Bonin i w domu byłem o 21:30.
Kategoria Towarzysko
- DST 54.08km
- Czas 02:19
- VAVG 23.34km/h
- VMAX 41.51km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Suchy Las z Tomczerem *Pierścień dookoła Poznania
Poniedziałek, 9 maja 2011 · dodano: 09.05.2011 | Komentarze 0
W szkole matury, czyli luzy - nie było infy przez co kończyliśmy 2h wcześniej. Buciki jeszcze nie doszły, to dałem znać Tomkowi że będę nad Rusałką za 20 min, tak jak dogadaliśmy się w szkole (dzisiaj Tomczer rozjazd po sobotnim Maratonie - na którym zajął 1 miejsce w swojej kategorii).Najpierw pofrunąłem sam nad Strzeszynek, zrobiłem kółko wzdłuż jeziora i wracając od stajni jakiś miły pan usiadł mi na kole. Miły, bo potem ładnie za Lutycka wskoczył przede mnie i szybko skorzystałem z tego prezentu, a tempo miał bardzo dobre. Miałem już tak cisnąć do końca Rusałki, ale zaraz za mostkiem usłyszałem telefon. Tak, to dzwonił Tomczer, który właśnie był na pomoście nad Rusałką. Powiedziałem że za 3 min będę i zaraz już się spotkaliśmy.
Pierwsze co to zbadał mój strój (koszulka Danielo Eurosport wygrana w konkursie przypadła do gustu, spodenek z lidla za 30zł nie skomentował :D). Dzisiaj Tomka widziałem pierwszy raz bez kasku - przez przypadek zostawił bodajże u trenera w samochodzie. Również nie miał okularów, ale te mu się rozwaliły :<. Pojechaliśmy nad Strzeszynek, mimo odpoczynkowej wycieczki Tomka, jechał moim tempem. Czasami mógłbym jechać szybciej, ale tylko siedząc mu na kole. Nad Strzeszynkiem chwila przerwy i o 19 ruszamy dalej.
W tej chwili zaproponowałem pojechać przez Suchy Las na Morasko, gdzie dalej na Piątkowie Tomek był by już w domciu. Moja propozycja została przyjęta pod jednym warunkiem - o 20 Tomczer ma być w domu. To mieliśmy godzinę czasu - trochę ciężko bo jedziemy tą trasą pierwszy raz, ale o czas jakoś się nie zamartwialiśmy. Jak gdzieś zgubimy drogę to najwyżej zawrócimy ;).
Specjalnie pojechałem na około stawku w stronę Kiekrza, żeby Tomek przy okazji wypadu ze mną poznał nową trasę. Następnie, nie chciało mi się czekać na pociąg na przejeździe, to zapadła szybko decyzja pojechania szlakiem oznaczonym na Zumi, którego nie ma w rzeczywistości. Oczywiście nie pamiętałem którędy niby on jest, więc jechaliśmy na czuja. Na fajnym zjeździe asfaltem Tomkowi wpadła muszka do oka i musiał zjechać na chodnik. Ja w tym czasie obczaiłem uliczkę w kierunku Kiekrza i po chwili już nią śmigaliśmy. Początek był dobry: ładny asfalt, trochę droga krążyła ulicami aż wreszcie asfalt się skończył i gnaliśmy polem. Po drodze minęliśmy traktor, który pojechał ładną drogą polem, a my szarżowaliśmy jakąś ścieżką przez zarośla. Na początku jechało się świetnie, problem rozpoczął się jak pojawił się większy piach który ładnie wpychał mnie w trawę/zboże.
Tymczasem mój sokoli wzrok mnie nie zawiódł i zobaczyłem na horyzoncie drogę. Szybko do niej dojechaliśmy i okazało się, że jesteśmy na miejscu. Jakimś cudem trafiliśmy na pierścień dookoła Poznania - jak się teraz okazało to jechaliśmy DOKŁADNIE taką samą trasą jaka jest na Zumi ;).
Teraz, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy, czekał nas najgorszy odcinek całej trasy. Piękna alejka, ale droga z początku fatalna. Coś koło 1km męczyliśmy się (znaczy ja się męczyłem) ze sporymi kamyszkami, których ni jak ominąć. Ale trud się opłacił. Bruk się skończył i delektowaliśmy się pięknej trasy. Piękne widoczki, piękna aleja, spoko szuter. Nic więcej do szczęście nie potrzeba. Jeszcze z lewej strony na niebieskim niebie wypatrzyłem dwóch motolotniarzy. Dla takich chwil kocham rower.
Tymczasem alejka się skończyła i zaczęła się szosa. Tomek, mimo spokojnego tempa, od razu wyrwał mi się i ledwo co go goniłem. 40 km/h jechał na luzie, ja trochę mniej. Szybko dojechaliśmy do Suchego Lasu i równie szybko znaleźliśmy się przy wjeździe na poligon. Teraz pojawił się problem - wjeżdżając na poligon dojedziemy do Biedruska, a musimy dostać się do Poznaniu. Co prawda Tomek był tu jakiś czas temu, ale nie pamiętał którędy tu dojechał. Wiedziałem, że gdzieś tu zaczyna się szlak na Morasko - na który chciałem trafić, ale nigdzie żadnych oznaczeń. Stwierdziłem że ważne, żeby teraz jechać w stronę Poznania - zawsze można jechać Obornicką. Parę metrów wcześniej mijaliśmy oznaczoną ścieżkę rowerową wzdłuż domów, którą zaraz już śmigaliśmy. Przejechaliśmy nią do kolejnej ulicy i tam znaleźliśmy oznaczenie szlaku - to oznacza że znowu nam się poszczęściło. Teraz wystarczył trzymać się szlaku i jakoś dojedziemy do Poznania.
Wjechaliśmy w las - a tam Tomuś od razu cały najarany szalał chyba 40 km/h wąską ścieżką, którą niby nigdy wcześniej nie jechał. Był w swoim żywiole, a ja nie miałem najmniejszych szans trzymać jego tempo. Za każdym razem jak na mnie poczekał, tak po paru sekundach już mi znikał daleko w lesie.
Tak sobie dojechaliśmy do ul. Meteorytowej, gdzie wjechaliśmy do, jeśli dobrze pamiętam, Rezerwatu Przyrody Morasko. Jeszcze chwilę przed tym Tomek chciał zjechać ze szlaku i śmigać bliżej obornickiej, ale ja wolałem nie ryzykować. Przy planie z zaznaczoną ścieżką jakiś zgubiony biegacz pytał nas się, czy wiemy gdzie jesteśmy - jednak po 10 min rozważań do żadnych trafnych wniosków nie doszliśmy. Z twierdzeniem, że nie jesteśmy na mat-geo i możemy się w tym nie orientować pojechaliśmy dalej.
Teraz czekał nas spory zjazd - znowu Tomuś szalał. Jemu hamulce nie były mu potrzebne, a liczne korzenie i piach nie straszny. Mi jednak życie miłe i trzymając ciągle ręce na hamulcu ostrożnie, skromnie 25 km/h sobie zjeżdżałem (- w przeciwieństwie do Tomka: max speed: 41). Już wiedzieliśmy gdzie jesteśmy - na planie była zaznaczona góra Morasko przez którą prowadził szlak. Tylko kurde, kiedy my na nią wjechaliśmy? Żadnych większych podjazdów nie było, a zjazd był dosyć stromy i długi.
Wyjeżdżając z gęstego lasu ujrzeliśmy piękny widok bloków na Piątkowie. Było już późno, robiło się powoli zimno a ja do tego jeszcze muszę projekt na fizykę zrobić na jutro. Także był to kolejny piękny widok.
Na odcinku bardzo piaszczystym, zagadałem do Tomka o to, czy na jego nowych oponach się nie zakopuje. Nie dowierzałem mu, że jedzie sobie prawie jak na asfalcie i dał mi dosiąść Marchewę. Miał rację - śmigało się... prawie jak na asfalcie ;P. Po chwili takiej miłej jazdy jednak niskie siodełko dało mi się we znaki i zamieniliśmy się na swoje maszyny.
O kolejną wymianę poprosiłem na asfaltowej ścieżce już przy dworcu na Piątkowie. Powiem tyle: moje opony nie mogą się równać z oponami Marchewy. Ciche i szybkie. Jechało się cudnie. Ja też takie chcę :<.
Odprowadziłem Tomka pod jego blok (na os Batorego) - idealnie o 20 staliśmy pod drzwiami i chwilę jeszcze pogadaliśmy. Wróciłem zajebistą ścieżką przy pestce - zazdroszczę takiego fajnego dojazdu do szkoły Tomkowi. W domu byłem o 20:40.
Kategoria MTB, Towarzysko
- DST 20.81km
- Czas 01:04
- VAVG 19.51km/h
- VMAX 39.36km/h
- Temperatura 15.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszyn
Niedziela, 1 maja 2011 · dodano: 01.05.2011 | Komentarze 0
Kolejne spotkanie z Kasią, do niej jechałem powolnym tempem, trochę pokrążyliśmy między sklepami i wracałem już dosyć szybko. Wszędzie duuużo ludzi. Kategoria Towarzysko



