Info
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.
W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!
2015:
2014:
2013:
2012:
2011:
2010:
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2015, Grudzień12 - 0
- 2015, Listopad11 - 0
- 2015, Październik9 - 0
- 2015, Wrzesień21 - 0
- 2015, Sierpień21 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec12 - 0
- 2015, Maj16 - 0
- 2015, Kwiecień24 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty18 - 0
- 2015, Styczeń20 - 0
- 2014, Grudzień8 - 1
- 2014, Listopad9 - 0
- 2014, Październik11 - 0
- 2014, Wrzesień19 - 0
- 2014, Sierpień35 - 0
- 2014, Lipiec27 - 1
- 2014, Czerwiec18 - 0
- 2014, Maj20 - 0
- 2014, Kwiecień21 - 0
- 2014, Marzec24 - 0
- 2014, Luty23 - 0
- 2014, Styczeń8 - 0
- 2013, Grudzień6 - 0
- 2013, Październik6 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień16 - 0
- 2013, Lipiec9 - 0
- 2013, Czerwiec15 - 0
- 2013, Maj17 - 0
- 2013, Kwiecień17 - 0
- 2013, Marzec5 - 0
- 2013, Styczeń3 - 0
- 2012, Grudzień7 - 0
- 2012, Listopad11 - 0
- 2012, Październik12 - 0
- 2012, Wrzesień22 - 0
- 2012, Sierpień33 - 0
- 2012, Lipiec32 - 0
- 2012, Czerwiec32 - 0
- 2012, Maj45 - 0
- 2012, Kwiecień28 - 0
- 2012, Marzec18 - 0
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń1 - 0
- 2011, Grudzień3 - 0
- 2011, Listopad11 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień25 - 0
- 2011, Sierpień27 - 0
- 2011, Lipiec37 - 0
- 2011, Czerwiec29 - 0
- 2011, Maj23 - 0
- 2011, Kwiecień27 - 0
- 2011, Marzec5 - 0
- 2011, Styczeń2 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik7 - 0
- 2010, Wrzesień15 - 0
- 2010, Sierpień19 - 0
- 2010, Lipiec28 - 0
- 2010, Czerwiec18 - 0
- 2010, Maj4 - 0
Wpisy archiwalne w miesiącu
Maj, 2011
| Dystans całkowity: | 907.45 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 40:24 |
| Średnia prędkość: | 22.46 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 65.85 km/h |
| Liczba aktywności: | 23 |
| Średnio na aktywność: | 39.45 km i 1h 45m |
| Więcej statystyk | |
- DST 57.86km
- Czas 02:39
- VAVG 21.83km/h
- VMAX 45.66km/h
- Temperatura 30.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Uzarzewo - trening
Wtorek, 31 maja 2011 · dodano: 31.05.2011 | Komentarze 0
Z domu wyszedłem sporo za późno i potem musiałem pędzić żeby zdążyć na losowanie. Jeszcze czas straciłem w parku Sołackim na wytarcie łańcucha. Ostatecznie na miejscu zbiórki byłem o 18:10 i idealnie zdążyłem na losowanie. Ludzi było baardzo dużo, widocznie nie wystraszyli się pogody. Jedynie ze wszystkich brakowała mi Tomka, który jednak przyjechał w czasie losowania. Tym razem koszulka przypadła najbardziej zasłużonemu z nas.Na czele pojechał niejaki Tomek (ten drugi z klubu) i pięknie poprowadził nas przez największa błoto przy źródełku. Jeszcze do tego specjalnie wypiąłem nogę żeby się nie poślizgnąć, co mi jeszcze bardziej upierdzieliło nogę. Cieszyłem się, że tym razem wrócę z treningu suchy, a tu taka niespodzianka. Rower już był cały od błocka. Do Uzarzewa pojechaliśmy trasą maratonu, czyli czarnym szlakiem. Po drodze przez Tomka poznałem Michała z klubu, który opowiadał mi o Race Kingach. Na utwardzonych odcinkach trzymałem się w czołówce, natomiast na piachu - którego tam było bardzo dużo, momentalnie wszyscy ścigacze mi uciekali.
Jeszcze po drodze przód dostał opr od trenera, za to nie że nie poczekaliśmy na resztę. Miałem zapytać się trenera o oponki, ale widząc go takim stanie wolałem dać sobie spokój, Na zjeździe przed Uzarzewem, pamiętając co się działo w zeszłym roku na rajdzie, teraz zjechałem bardzo ostrożnie.
W Uzarzewie, czekając na trenera z resztą grupy, klubowicze szaleli na podjeździe. Było gorąca, każdemu już zaczynało brakować wody, a jeden podjechał do jakiegoś pana podlewającego kwiaty żeby nalał mu trochę wody do bidonu.
Przyjechał trener, chwilę jeszcze odpoczęliśmy i pojechaliśmy trasą mini maratonu. Był tam zapowiadany przez trenera spory podjazd, którego trudność jednak polegała na piaszczysty początku, którego oczywiście nie pokonałem.
Pierwszej grupy już nie było widać, a mi jechaliśmy przed siebie taką ładną aleją. Zatrzymaliśmy się już w jakieś wiosce i trener nam powiedział, że powinniśmy dobre 2 km wcześniej skręcić w lewo. Teraz mogliśmy jechać jakoś na około, ale grupa zadecydowała zawrócić i jechać planowaną trasą. Ja odważnie wysunąłem się na przód i prowadziłem grupę.
Pojechaliśmy do bardzo ostrego zjazdu, który miał być bardzo piaszczysty i rozryty. Okazał się on bardzo miły, tylko przyblokował mnie jeden gościu z pierwszej grupy, który nawracał po podjeżdżaniu na zjazd. Straciłem przez niego przyjemność z szybkiej jazdy, ale i tak było świetnie.
Już całą grupą pojechaliśmy w stronę Gruszczyna. Ścieżka była dosyć rozryta, a ja trzymałem się przodu. Przez to udało mi się ten odcinek pojechać bez żadnego wypadku, co niestety nie wszystkim się udało. Ponoć jakaś panna zjechała na moment z trasy i wjechała w piach. Z opowiadań ludzi jadący z nią, wyglądało to strasznie. Przeleciała przez kierownicę i dosyć mocno wbiła się w ziemie. Ale na miejscu, jak do nas dojechało to aż tak źle nie wyglądała. Tylko trochę kolanko obtarte.
Dalej ruszyliśmy jakąś tajemną ścieżką nad jeziorem Swarzędzkim, tzn bez skutku szukaliśmy jej, niby miała być za mostkiem, a ostatecznie pojechaliśmy bodajże w stronę szlaku. Tu już zacząłem czajenie się na rozmowę z trenerem, ale do samej Malty nie doczekałem sie. A szkoda, bo można było sobie fajnie pośmigać z przodu. W takim razie poczekałem po przemowie, aż trener przestanie o czymś tam opowiadać i na temacie opon podpytałem się jakie by mi polecił. Zaproponował mi Race Kingi 2.0, do tego jeszcze po cenie hurtowej. Byłbym głupi, gdybym się nie zgodził i pojechałem na parking obgadać z trenerem szczegóły transakcji. Zgadaliśmy się, że jutro przedzwonię dowiedzieć się czy oponki już są i pojechałem do domciu.
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 33.86km
- Czas 01:18
- VAVG 26.05km/h
- VMAX 42.67km/h
- Temperatura 26.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek
Poniedziałek, 30 maja 2011 · dodano: 30.05.2011 | Komentarze 0
Wieczorny wypad, wcześniej z uwagi na brak klucza do korby tylko strzeliłem trochę smaru do środka i nasmarowałem łańcuch. Skrzypienie znikło, smar łańcucha bardzo krótkotrwały. Bardzo dużo ludzi, z tego nawet dosyć dużo "wymiataczy". Krótka przerwa na pomoście i w drogę powrotną normalną trasą do Cytadeli i do domku, gdzie zaopiekowałem się rowerkiem i nasmarowałem łańcuch na jutro.- DST 68.97km
- Czas 03:26
- VAVG 20.09km/h
- VMAX 65.85km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Osowa góra z Jackiem *Największe 3 górki dookoła Poznania zaliczone ;)
Niedziela, 29 maja 2011 · dodano: 30.05.2011 | Komentarze 0
Wycieczka zaplanowana w sobotę wieczorem, szczegóły mieliśmy jeszcze obgadać w południe, jednak Jacek nie pojawił się na gadu do 12:30. Pojechałem na stację zmniejszyć ciśnienie w oponkach i przy okazji zadzwoniłem do Jacka, żeby dopytać się co wyszło z naszego tripa. Szczęśliwie plan się nie zmienił i już jechałem w stronę Grunwaldzkiej.Ze smarowaniem nie trafiłem, do tego dokuczało mi stukanie w suporcie, przez co nie miałem ochoty do szybszej jazdy. Jakby tego było mało, to jeszcze w stronę Lubonia jechałem pod wiatr. Za Hetmańską wahałem się czy jechać dalej, już nawet wyciągnąłem komórkę żeby dopytać się Jacka o pogodę u niego w Puszczykowie. Ładne czarne chmurki wisiały na południu, a kolejny raz zmoknąć nie miałem ochoty. Jednak ostatecznie komórkę schowałem i odważnie pojechałem w chmury. Zauważyłem, że na szybszej kadencji stukanie znikało, to specjalnie redukowałem bieg i szybko pedałowałem, przez co później trochę kolanka bolały.
Miałem dać znać Jackowi jak będę przy stacji w Puszczykówku, ale on mnie uprzedził i zadzwonił jak wyjeżdżałem z Lubonia. Powiedział, żebym się nie śpieszył to za przejazdem przez tory skręciłem w las na szlak nadwarciański. Nawet nie spodziewałem się tam tylu ludzi, co mnie ominęło.
Ładnie przejechałem lasem, nawet raz musiałem przeprowadzić rower przez piach. U jacka byłem jakoś o 14:30, nawet nie podszedłem do furtki a ten już wyszedł z domu. Chwilę u niego próbowałem wyczyścić korbę z zewnątrz i przetarłem cały zasyfiony łańcuch. Jack poszpanował swoją nową crossową maszynką i ruszyliśmy jakimiś nieznanymi mi ścieżkami w stronę Osowej, trochę błądząc po drodze. Podjechaliśmy nawet pod jakaś kruszarnie gruzu i dalej ostrym podjazdem w las, ale oczywiście była to zła droga. Jacek jak zawsze pytał się każdego którędy na tą Osową i każdy mówił nam inną drogę.
Poskładaliśmy wszystkie rady w jedno i pojechaliśmy na asfaltowy podjazd. BYŁ ON ZAJE... . Ostro w górę, na początku jakoś wyrabiałem 15 km/h, na końcu, na najostrzejszym odcinku ledwo ciągnąłem 10 km/h. Nogi już tak bolały, że ciężko byłoby tak dalej jechać. Jacek już wymiękł na samym początku, widać że nie był w formie. Jak już podjechałem na górę to zrobiło mi się smutno, że już koniec, ale oczywiście Jacek musiał popytać się czy to już jest Osowa. Co dziwne, okazało się że nie i wskazaną nam jakąś ścieżynkę przez las prowadząca nad jeziorko - glinianki, czy jakoś tak. Następnie wyjechaliśmy z niej na drogę, a dokładniej to na szlak, wydaje mi się że nawet sam Pierścień dookoła Poznania. Byłem pewien, że musimy jechać grzbietem góry, ale Jacek, który niby pamiętam drogę pojechałem szlakiem, brukiem w dół. Tam na dole jednak Jacek zwątpił i tym razem ja spytałem się kierowcy przejeżdżającego samochodu o drogę. Oczywiście polecił nam się cofnąć tym brukiem na górę i dalej pojechać grzbietem góry, czyli tak jak ja mówiłem. Kolejny podjazd i znowu Jacek wymiękł, gdy ja spokojnie sobie podjechałem.
Tam spytaliśmy się kolejnych osób, gdzie ta Osowa? - poprowadzili nas na szlak na grzbiecie góry, który po szutrowym odcinku zmieniał się w piaszczystą ścieżkę w dół w las. Jadąc tak dojechaliśmy nad jezioro Kociołek, które objechaliśmy dookoła. Przynajmniej w teorii objechaliśmy, bo prawie cały czas przenosiliśmy rowery nad zapadniętymi drzewami. Przy okazji nie jeden raz byliśmy celem ataków chmar komarów. Na tej ścieżce parę razy się zabiliśmy, ale było ok.
Teraz szukaliśmy stacji kolejki na Osowej Górze. Z kolejnych pytań przypadkowych ludzi, wynikło że musimy gdzieś skręcić w prawo i tak zrobiliśmy. Ścieżka była bardzo fajna, dosyć utwardzona przez co można było ładnie śmigać. Kawałek dalej stanęliśmy przed rozwidleniem dróg i wybraliśmy tą na prawo, przez to że prowadziła bardziej pod górę. To było tak pod górę, że nie miałem szans tam podjechać i nawet nie próbowałem tylko ładnie za Jackiem podprowadziłem rower. Żeby już tak nie jeździć tam i z powrotem Jacek poleciał zobaczyć co kroi się na szczycie tej góry, a ja popilnowałem rower. Stacji kolejki nie było widać, ale podobno kawałek przed nami było już jakieś Ludwikowo. Jakoś nie chciałem tam jechać i zawróciliśmy ostrym zjazdem do rozwidlenia drogi, gdzie tym razem pojechaliśmy w prawo (od kociołka w lewo). Tam jadąc w oddali z widokiem na jezioro Budzyńskie nagle droga nam się urwała. Z dylematu o powrotną drogę (Ludwikowo vs Pożegowo) ja na siłę wybrałem powrót do Mosiny.
Zjazd z góry okazał się być trafnym wyborem, rekord prędkości został ustanowiony. Przejazd przez rynek w Mosinie (na którym to Jacek mieszka) i dalej w stronę Puszczykowa. Trochę Jacusiowi uciekłem, przez co przegapiłem zjazd od razu pod jego dom i pojechaliśmy w stronę dworca. Tam się rozstałem z Jackiem i pojechałem do domciu.
W domu po 17.
Kategoria Szosa, Towarzysko, MTB
- DST 13.87km
- Czas 00:41
- VAVG 20.30km/h
- VMAX 36.94km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Do sklepu po opony
Środa, 25 maja 2011 · dodano: 28.05.2011 | Komentarze 0
Rowerek trochę ogarnięty, po wczorajszej masakrze na piachu zdecydowałem się wreszcie podjechać zobaczyć nowe oponki - kendy karma. Od Tomka dowiedziałem się, że powinny być w sklepie na Solidarności, to i tam pojechałem; bez ochoty i sił do szybszej jazdy i w dodatku na trzeszczącym łańcuchu. Sklep odnalazłem bez problemu, jednak moich opon nie sprzedają. Innych nie chciałem, to wróciłem sobie do domu przez park Sołacki, by przez resztę dnia tracić czas na uczenie się matmy.- DST 52.90km
- Czas 02:45
- VAVG 19.24km/h
- VMAX 44.33km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza Góra - Trening
Wtorek, 24 maja 2011 · dodano: 24.05.2011 | Komentarze 0
Tym razem pogoda miała być bardziej udana niż w zeszłym tygodniu, ale... według prognozy mogło popadać ok godz 19. Wychodząc z domu tylko trochę się zaciągało, ale nie widziałem strasznych chmur. Specjalnie tym razem odchudzony rower, bez zbędnej torby podsiodłowej (komórka, klucz i łatki w koszulce), uchwytu na latarkę i niedziałającego po ostatnim treningu dzwonka. Jeszcze na świeżo co nasmarowanym łańcuchu.Z domu wyszedłem o 17:15, jadąc przez sołacz przetarłem sobie łańcuch. Przed mostem nad Wartą zauważyłem znajomie wyglądającego kolarza, tzn poznawałem strój. On ładnie ruszył ulicą, a ja czekałem na chodniku na światłach. Kiedy zapaliło się zielone to ruszyłem w pogoń za nim, do Śródki go dogoniłem i jadąc nad Maltą siedział mi przez chwilę na kole. Jednak tak dobrze, lekko mi się jechało że szybko zrezygnował. Prawie cały odcinek jechałem z prędkością ok 35 km/h, dopiero od źródełka wlokłem się czekając na znajomą twarz. Na polanie Harcerza, pod pomnikiem czekał tylko jeden trochę niepewny rowerzysta, a była już godz 17:55. Jednak po chwili zaczęli się wszyscy zjeżdżać, a dokładnie o 18 przyjechał i sam trener. Do tego miejsca miałem avg speed 25 km/h ;).
5 min po 18 rozpoczęło się tradycyjnie losowanie koszulki, oczywiście znowu byłem blisko (no, o jakieś 10 osób). Jeszcze tylko zdjęcie rekordowej liczby osób i ruszamy w drogę. Szybki zjazd przy źródełku i najkrótszą drogą na asfalt w stronę jeziora Swarzędzkiego.
(*Przez 2 tyg nie znalazłem czasu aby dokończyć i już nie wiele pamiętam)
Z asfaltu wjechaliśmy nad jezioro swarzędzkie, i dalej przy polance na podjazd w las, który pokonałem bez większych problemów. Na początku jechało się miło, dopiero po chwili pojawił się pierwszy piach. Jechałem gdzieś w środku grupy i starałem się moją walką o przyczepność nie spowalniać reszty. Totalnie poległem przy przejściu przez tory, ale tam mało kto przejechał. Potem było jeszcze gorzej: główna droga to była jedna piaskownica, tylko po bokach były jakieś ścieżki wyjechane pomiędzy krzewami. Na szczęście ta masakra nie trwała długo, po chwili wyjechaliśmy na skraj lasu i tam już nawet dało się w piachu ujechać. Trzeba było uważać, żeby nie zjechać z dobrego toru jazdy - ponoć trener przez chwilę się z kimś zagadał i prawie zaliczył glebę. Wtedy już piękne czarne chmury szły znad Poznania, ale przecież nie będzie padać ;).
Przy aeroklubie w Bogucinie (a dokładniej chyba w Ligowcu) wjechaliśmy na betonowe płyty - co oznaczało koniec z piachem. I tak też było, po przejechaniu ul. Poznańskiej śmigaliśmy po asfalcie aż do samej Puszczy Zielonki. Jedynie po drodze był krótki szutrowy odcinek przy cmentarzu, a tak to cały czas piękny, nowy asfalt. Nawet był fajny podjazd (jeśli dobrze pamiętam to 9%) i po nim taki sam zjazd. Chmury już zawisły nad nami, pierwsze krople poczułem na plecach. Ale to był bardzo jak na ten moment przyjemny deszczyk, bardzo dobrze mnie orzeźwił.
Nadszedł czas na zdobycie Dziewiczej Góry. Jechaliśmy bardzo ładnie poprowadzonym szlakiem -była to wąska, kręta ścieżka ze sporą ilością podjazdów i zjazdów. Po chwili takiego rumakowania dojechaliśmy na Dziewiczą Górę - jak zawsze zdziwiłem się że to już jestem na miejscu. Ale to nie był koniec wyprawy.
Gdy trener objaśniał plan, Tomuś jak zawsze szalał popisując się gdzieś z boku. Najpierw sobie robił kółko dookoła wieży widokowej, ale potem przeniósł się na bardziej otwarty i teren. I STAŁA SIĘ RZECZ NIESSAMOWITA:
TOMEK PRÓBUJĄC ZROBIĆ STÓJKĘ ZAPOMNIAŁ ŻE JEST TERAZ NA PIACHU I PO CHWILI ZALICZYŁ PIĘKNĄ GLEBĘ, NA OCZACH WSZYSTKICH UCZESTNIKÓW TRENINGU. Wzbudziło ogólny śmiech, nawet trener coś tam pod nosem się uśmiechnął. Oczywiście od razu tomczer próbując zwrócić honor tłumaczył się, że dużo tam piachu było, ale nikt się tym nie przejął, nawet jeszcze bardziej się śmiali.
To teraz koniec żartów i jedziemy dalej robić pętelki podobno na trasie Mistrzostw Wielkopolski. Pamiętam, że za pierwszym razem pojechaliśmy łagodniejszym zjazdem, i po paru podjazdach/zjazdach, wyminięciu paru przeszkód znowu znalazłem się na podjeździe pod sam szczyt. Jednak teraz nie poszło mi już tak gładko: chyba próbując kogoś objechać straciłem przyczepność, ale na szczęście udało mi się chwycić drzewko. Cały wyciągnięty trzymałem się go myśląc jak teraz wypiąć się z pedałów. Po dłuższej walce udało mi się stanąć na ziemi i po chwili byłem już na górze.
Teraz chwile poczekaliśmy na jakieś zguby i ogólne poruszenie wzbudziło wspomnienie o zjechaniu "killerem" - podobno najtrudniejszym zjazdem w okolicy, gdzie piach, korzenie i samo nachylenie wzbudza strach wśród wielu zawodników. Do tego sławnego zjazdu prowadziła wąska, piaszczysta ścieżka. Jak zawsze przy takiej okoliczności przepuściłem wszystkich ogierów i zostawiłem sobie więcej miejsca. Po wjechaniu w las moim oczom ujrzała się prawie płaska ściana w dół. Już nie pamiętam jak zjeżdżałem, ale na 80% z jedną nogą wypięta żeby w razie czego szybciej się podeprzeć. Zjeżdżałem na dociśniętych maksymalnie klamkach hamulcach, nie pozwalając rozwinąć zbyt dużej prędkości rowerowi. Już prawie na dole killer pochłonął swoją pierwszą ofiarę - koleś źle wybrał drogę i przeleciał przez kierownicę. Mnie jeszcze ten odcinek czekał - całe wydarzenie oglądałem z dość dużej wysokości. Jednak ja sobie poradziłem bez większych problemów.
Dalej pojechaliśmy jakimiś ścieżkami na zbiórkę na Dziewiczą Górę. Przez moment trener jechał za mną i dosyć nie fortunnie na zakręcie, najpierw dosyć mocno hamując aby nie wjechać w piasek ponoć zapomniałem podnieść prawej nogi i zahaczyłem pedałem o korzeń. Efekt był taki, że dosyć mocno mnie wybiło i tym razem ja poleciałem przez kierownicę, nie wiedząc co się dokładnie stało. Trener podobno ledwo co wyhamował, kompletnie nie spodziewał się takiego wypadku. Ja się szybko pozbierałem i po chwili rozmowy na temat mojego stanu pojechaliśmy dalej.
Na górze okazało się, że jednemu zawodnikowi odmówiła dalszej jazdy kaseta. Jacyś starsi wyjadacze, jako rozwiązanie problemu podali popsikanie kasety jakimś WD40, ale że nikt tego nie miał przy sobie, to ktoś zaproponował że można to zrobić w bardziej naturalnym sposób. Gdy nic nie dały parę kopniaków i rzucanie o ziemię, kolega poszedł załatwić to na stronę. Wszyscy momentalnie zainteresowali się, czy na prawdę mocz ma takie właściwości. Koleś wrócił i nadeszła chwila prawdy: założył koło, założył łańcuch i...
kaseta w magiczny sposób chwyciła! Wszyscy osłupieli ze zdziwienia. Ale co dobre szybko się skończyło, jednak siki to nie jakiś smar i szybko kaseta przestała łapać. W takim wypadku kolega poszedł na parking i już dzwoniono po kogoś samochodem.
Tymczasem najwyższa pora była wracać, zrobiło się już dosyć późno (godzina chyba ok 8). Pojechałem w jakieś grupce z tyłu, z Tomaszem (nie tym z klasy, ale drugim tomkiem w klubie) na czele, który niby znał drogę. Poprowadził nas jakoś tak, że chyba zrobiliśmy kółko, ale po chwili dołączyliśmy do grupy. Zaczęło się już coraz bardziej ściemniać. Po wjeździe na asfalt poczułem znowu krople deszczu - już nie było tak miło jak poprzednim razem. Chwilę tak kropiło i już zaczęło sobie padać. Pierwsze krople były jednak gorsze, niż kolejne. Najgorzej było przyzwyczaić się do wody, potem już się jakoś jechało. Dopóki byliśmy na asfalcie, to jechałem dobrym tempem, jednak po wjeździe za aeroklubem na piach, zaczęło się moja walka o przetrwanie. Na mokrym piachu kompletnie sobie nie radziłem, a inni jechali prawie jak chcieli. Przez moment znalazłem się za trenerem i walczyłem o przyczepność.
Jeszcze widziałem trenera, jakieś lampki przed sobą, ale po chwili ten widok zniknął. Jechałem sam w ciemnym lesie w czasie burzy. Byłem cały mokry i brudny, do tego było już pioruńsko zimno. Nie znałem drogi, jechałem przed siebie. Byłem po prosty w szoku, panikowałem. Nie wiedziałem co się ze mną stanie. Nie wiedziałem czy mi komórka się nie zalała i czy działa. Cały czas walczyłem z piachem. Co chwilę odpinałem się z pedałów, bo nie mogłem ujechać. To prowadziłem rower, zaraz z nim biegnąc. W pewnym momencie stwierdziłem że pier***ę piach i jadę do przodu. Oczywiście skończyło się to glebą, ale szybko się pozbierałem i jechałem dalej. Było już na prawdę ciemno, a ja miałem tylko tylnią lampkę. Na szczęście po dłuższym takim szoku dojechałem do jeziora Swarzędzkiego, ale tu też nikogo nie było. Pędziłem ile sił w nogach, żeby tylko dogonić grupę i opierdzielić trenera. Po przejechaniu jeziora Swarzędzkiego nadszedł czas na asfalt. Udało się! Zobaczyłem w oddali jakieś światełka i po chwili znalazłem się już przy trenerze. Od razu powiedział mi takie coś: "Dobrze że jesteś, właśnie zastanawialiśmy się czy jechałem przed, czy za nami.". To zrujnowało mój plan opierdzielenia, ale cieszyłem się że już nie jechałem sam. Dojechaliśmy do wiaduktu i tam poszła komuś dętka. Trener udzielał pomocy, a cała grupa czekała kawałek dalej pod innym wiaduktem. Po dłuższej chwili pierwszy postanowili pojechać. Za nimi kolejny, dalej następny i tak wszyscy nie klubowicze pojechali przez siebie. Ja za nimi. Trzymałem się jakiś dwóch typków, którzy skręcili mi las. Jednak pamiętając poprzednią trasę, że tam było sporo piachu zawróciłem i popędziłem w ulewie za innymi szosą. Ciężko to było nazwać asfaltem, bardziej czułem jakbym jechał po rzece. Woda latała we wszystkie strony. Na światłach duża częśc grupy zdążył przejechać na zielonym, a mi i 2 innym gościom się to nie udało. Oni odbili w lewo i ja zostałem znowu sam. Tym jednak mniej więcej wiedziałem gdzie jechać. Chwilę sobie postałem w ulewie i zapaliło się zielone. W tej samej chwili przyjechało tych dwóch gościów, którzy postanowili jednak pojechać tą drogą. Specjalnie zjechałem na chodnik, żeby uniknąć chlapania wodą na wszystkie strony i tak jechaliśmy do przodu. Oczywiście pierwszy zjazd do lasu pominąłem, dopiero wjechałem w jakiś drugi. Dalej nie wiedziałem za bardzo w którą ścieżkę wjechać, to poczekałem na jeszcze jednego gościa i prowadziłem w stronę Malty. Kawałek dalej pojawił się kolejny dylemat o drogę. Pojechałem prosto, ale jakoś tej drogi nie kojarzyłem i szybko zawróciłem. Na moje szczęście dogoniła nas grupa z trenerem i razem już wracaliśmy w stronę Malty. Jakoś szybciej niż zawsze wyjechaliśmy z lasu. Już nie miałem sił jechać dalej, prawie umierałem. Cały się trząsłem z zimna i przemoczenia. Spytałem się trenera czy znalazło by się jedno miejsce w wozie, trener spytał się o adres i powiedział, że zobaczy czy się załadujemy. Pojechałem z nim na parking, i jeszcze z jednym kolesiem który poprosił o wymianę wygranej koszulki. Chwilę jeszcze postałem w deszczu, a obok pojawiła się rodzinka z kolesiem z rozwaloną piastą. Jakoś trener upchał rowery do busa i władowałem się do samochodu. Byłem uratowany, nie musiałem już męczyć się przez 10 km. Trener okazał się bardzo miłym i rozmownym człowiekiem, cały czas opowiadał mi o jakiś tam swoich przygodach. Nawet zaproponował mi obóz kolarski w Polanicy - zobaczymy co z tego wyjdzie. Wysadził mnie na parkingu, w domu byłem ok 10. Cały mokry, przemoczony, rower cały upieprzony. Od razu pod prysznic i ciepła herbatka żeby się nie przeziębić. MASAKRA
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 27.16km
- Czas 00:58
- VAVG 28.10km/h
- VMAX 41.89km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Szybki Strzeszynek
Poniedziałek, 23 maja 2011 · dodano: 23.05.2011 | Komentarze 0
Jeden dzień odpoczynku i od razu taki efekt. Idealne warunki do szybkiej jazdy, do tego po udanym dniu w szkole (prawie skończony projekt na infę po 2h męczarni w szkole przy brzdąkaniu MacMastera) nogi same rwały mi się na rower. Trasa już teraz standardowa, łatwiejsza wersja. Na pomoście długo nie zabawiłem, max jakieś 5 min.- DST 44.32km
- Czas 01:57
- VAVG 22.73km/h
- VMAX 22.63km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Malta i Strzeszynek
Sobota, 21 maja 2011 · dodano: 21.05.2011 | Komentarze 0
Wszędzie tłumy, dojechałem za staw Olszak, skąd wróciłem jakimiś ścieżkami przez las, w parku sołackim jeszcze raz wytarłem łańcuch na pomost nad strzeszynkiem bez objeżdżania jeziora ze względu na prawdopodobne błoto. Wróciłem trasą nieco trudniejszą.- DST 18.75km
- Czas 00:49
- VAVG 22.96km/h
- VMAX 35.89km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszyn
Sobota, 21 maja 2011 · dodano: 21.05.2011 | Komentarze 0
Jakimś cudem udało się już Kasii wyprosić moją wizytę u niej, miało być 5 min a zrobiło się 2h robienia zdjęć. Na szczęście z planów wbicia na pustą chatę do Jacka nic nie wyszło, więc dużo nie straciłem.Wracając znowu przez dziurę w oponie poszła mi dętka.
Kategoria Towarzysko
- DST 72.87km
- Czas 03:00
- VAVG 24.29km/h
- VMAX 42.28km/h
- Temperatura 24.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek, za Maltą, Strzeszynek
Środa, 18 maja 2011 · dodano: 18.05.2011 | Komentarze 0
Rowerek wyczyszczony i łańcuch nasmarowany, to po 17:00 na rower.Najpierw nad Strzeszynek, powrót bardziej ekstremalną trasą, później nad Maltę gdzie przy źródełku złapałem jakiegoś szybkiego kolesia. Później jeszcze mi na koło jeden inny koleś usiadł i tak jechaliśmy w stronę Swarzędza. Przed mostkiem na piachu miałem poważniejszy uźlizg, ale jakoś udało mi się utrzymać rower. Pan jadący za mną ładnie to skomentował: "ojej" i pojechał w swoją stronę. Ja obejrzałem plan przy ulicy i pojechałem w stronę Malty odbijając ze szklaku w las. Tam momentami trochę błądziłem, ale ostatecznie wyjechałem przy Maltance. Później przejechałem się już normalną trasą nad Strzeszynek, w parku Sołackim przez ból pleców przesunąłem i podwyższyłem sobie trochę siodełko, nad samym jeziorem już trochę kolanka bolały. Przerwa ok 10 min (godz 20:15), kolanka odpoczęły to szybko do domciu póki ciepło. Jakoś tak najlżej mi się teraz jechało, mimo 65 km w nogach. Na Bukowskiej, na skrzyżowaniu z Polną był ładny wypadek - widziałem tylko jeden samochód cały poobijany stojący bokiem "na drzwiach" bodajże pasażera. W domu przed 21.
Kategoria Ze światełkiem
- DST 44.44km
- Czas 02:11
- VAVG 20.35km/h
- VMAX 40.05km/h
- Temperatura 16.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Trening z Polska Na Rowery - Jezioro Swarzędzkie
Wtorek, 17 maja 2011 · dodano: 17.05.2011 | Komentarze 0
Trening zaczynał się o 18 na Polanie Harcerza nad Maltą. Po wypadzie z Tomkiem szybko zjadłem obiad i o 17 byłem już gotowy do wyjścia, jednak przestraszyły mnie trochę ładne, czarne chmurki na zachodzie. O 17:30 zrobiło się wszędzie ciemno, jednak nie padało, to zdecydowałem się wyruszyć. Od razu jak wyszedłem z domu poczułem kropelki, przy targach to już nawet ładnie padało i przeczekałem jakieś 10 min największy deszcz.Trochę spóźniony dojechałem na miejsce zbiórki, gdzie z daleka zauważyłem Tomka i Karola. Jeszcze mocno nie padało, tylko tak sobie kropiło. Na miejscu było 18 osób, pomiędzy którymi losowana była koszulka na zasadzie gry w marynarza. Karolowi takie coś nie było potrzebne i odsunął się na bok rezygnując z gry.
O 18:10 ruszyliśmy w drogę, jakąś leśną ścieżką. Od razu okazało się, że leje deszcz i sucho raczej z tego nikt nie wyjdzie. Leśne ścieżki to było jedno wielkie błoto, które szybko znalazło się na mnie i całym rowerze. Już nie mówiąc o okularkach, przez które nic nie widziałem. Na szczęście zostawiłem sobie trochę miejsca i nie jechałem nikomu na kole, przez co nie dostawałem z dodatkowej dawki błota spod opon. Tempo mi bardzo odpowiadało, idealne takie jakim bym sam jechał. Tomek szarżował z przodu a Karol jechał albo z tyłu rozmawiając z trenerem o klubie (nie ma już dla niego miejsca, ale na zawody może się z nimi zabrać) albo z Tomczerem na przedzie. Ja głównie trzymałem się środka. Mimo dosyć małej temperatury i z początku opadów deszczu było mi dosyć ciepło, i na ostrzejszym pedałowaniu trochę się pociłem. Zmierzaliśmy szlakiem w stronę Jeziora Swarzędzkiego, by tam porobić jakieś pętelki (wtedy jeszcze nie wiedziałem o co chodzi).
Gdy dojechaliśmy na miejsce, trener pojechał przodem jakąś ścieżką w las pokazać nam pętelkę. Pierwszy raz jechałem taką ostrą trasą: najpierw długo, średnio łagodny zjazd zakończony ostrym nawrotem w piachu, z którego pierwszym razem jakimś cudem udało mi się wyjechać, potem na płaskim seria ostrym zakrętów w piachu omijających zawalone drzewo - również prawie leżałem. Kiedy myślałem, że najgorsze już za mną to nagle wszyscy przede mną podejrzanie zwolnili na ładnej polance. Za zakrętem okazał się być ostry podjazd, na którym nie jedna wytrenowana osoba wysiadała. Szybko wrzuciłem najmniejszy bieg i na wysokiej kadencji walczyłem z dociążeniem przedniego koła. Trochę przeszkadzali mi jadący wolniej ode mnie, ale jakoś utrzymałem rower. Gdy pokonałem podjazd znalazłem się w punkcie, w którym zaczynaliśmy pętelkę. Jednak to nie był jeszcze jej koniec...
Teraz było najgorsze, prawie pionowy zjazd ścianą w dół. Jak to zobaczyłem to byłem w szoku, jednak przezwyciężyłem własny i na hamulcu jakoś zjechałem. W kilku miejscach tylnie koło się uślizgnęło, ale ważne że przeżyłem. Jak już zjechałem to tak dla odmiany znowu musiałem pokonać ten sam podjazd co przed chwilą go wymęczyłem. I znowu walczyłem z utrzymaniem przedniego koła.
Na górze trener ogłosił plan na dziś: dla ambitnych 5 pętelek w lewo i w prawo (czyli cała ta trasa z 2 podjazdami), a dla mniej ambitnych 4,5 pętelki ;).
No to przepuściłem wszystkich wariatów i pojechałem w nieco spokojniejszym towarzystwie. Trasę do podjazdu pokonałem tym razem bardzo wolno, uważając na piach na zakrętach. Podjazd jakoś dałem radę, potem wolnoo zjazd i znowu podjazd. Wpakowałem się za kogoś bardzo wolnego i nie dałem rady na takiej prędkości utrzymać rower. Lecąc na jedną stronę jakoś udało mi się wypiąć i obyło się bez gleby. Ponownie wsiąść na rower nie dałem rady i przepuszczając dublujących mnie harpaganów (w tym Karola i Tomka) podprowadziłem rower na górę. Potem druga pętelka bez większych problemów, tylko ten podjazd i ostry zjazd mnie ciągle przerażał. Na trzeciej pętelce zaliczyłem glebę na podjeździe, zarzuciło mi przednim kołem i bezpiecznie przewróciłem się na lewe kolano. Szybko się wypiąłem, wstałem i jakoś wskoczyłem na rower wpinając się w pedały i dalej już bez problemu podjechałem. Czwarta pętelka jakoś pokonana i piąta, tym razem jakoś Karol znalazł się przy mnie i przez to trochę szybciej jechałem początek pętli. Zjazd ostro za Karolem, do podjazdu na płaskim też trochę pedałowałem. Podjechałem na górę i już wszyscy czekali to nie kończyłem pętelki. Czyli łącznie zaliczyłem 4,5 pętli - trasę dla mniej ambitnych.
Następnie czas na powrót - harpagany które miały wskazywać wszystkich drogę ruszyły do przodu zostawiając wszystkich w tyle, przez co my potem martwiliśmy się o to, czy dobrze jedziemy. Złapałem się grupkę nieco szybszych i jakąś inną trasą niż inni dojechaliśmy do źródełka, gdzie "harpagany" czekały na resztę.
Było już godzina ok 20:45, jeszcze mowa końcowa trenera, później dyskusja klubowa i pojechałem z Tomkiem do domu. Wróciłem od parku Sołackiego z lampką, w domu o 21:30.
Kategoria MTB, Ze światełkiem, Treningi grupowe



