Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Bike Maraton 2014

Dystans całkowity:783.27 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:44:26
Średnia prędkość:17.63 km/h
Maksymalna prędkość:75.10 km/h
Liczba aktywności:9
Średnio na aktywność:87.03 km i 4h 56m
Więcej statystyk
  • DST 87.26km
  • Czas 04:54
  • VAVG 17.81km/h
  • VMAX 66.02km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Sprzęt Peak
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Świeradów Zdrój

Sobota, 4 października 2014 · dodano: 05.10.2014 | Komentarze 0

Najlepszy wyścig i wynik w sezonie. Zebrane doświadczenie z poprzednich edycji zaprocentowało w finale.
 
Super zakwaterowanie w Hotelu Interferie w Świeradowie, poranna teamowa odprawa nastawiła mniej jeszcze bardziej do boju i o 10:15 wyjechaliśmy w Eskowym składzie z panem Jasiem, Tomkiem i Karoliną na rozgrzewkę. Do Świeradowa w dól, potem pod górkę. Dwa razy zrobiłem dłuższy podjazd, po czym ustawiłem się w czwartej linii pierwszego sektora 15 min przed startem. 
Ostatnie odliczanie w tym sezonie i start!
Pierwsze depnięcia mocno, potem przez parę sekund w czołówce nikt nie chciał ciągnąć i tempo się ustabilizowało, do czasu aż nie odnalazł się w tłumie Piotrek Kurczab który od razu swoim atakiem rozerwał peleton. W ten sposób wszyscy ci, co liczyli na wygraną pognali do przodu, a ja spokojniejszym, równym tempem jechałem w środku grupy "goniącej". 
Pierwszy podjazd był długi. Ciągnął się i ciągnął 10 km, w czasie których do pokonania było ponad 500m przewyższeń.
Od samego początku wszystko poszło według mojej myśli. Załapałem się do mocniejszej grupy w której dzięki pracy Megowiczów znacznie odjechaliśmy reszcie.
Po podjeździe zaczęły się naprzemiennie zjazdy i podjazdami szybkimi izerskimi szutrami, aż do podjazdu pod Wysoki Kamień.


Po godzinie jazdy byłem na 6 pozycji OPEN Giga, tracąc jedynie 2min do Piotra Kurczaba. 
Teraz rozpoczął się podjazd pod Wysoki Kamień, który dobrze znałem ze zgrupki w Szklarskiej. Tym razem było go dużo trudniej podjechać. Wychodziło już ze mnie zmęczenie. Moja grupa się rozpadła, szybsi pojechali przodem, ja zostałem gdzieś w środku. Na technicznym zjeździe do Zakrętu Śmierci w dodatku zablokowałem się za zawodnikiem, który nawet jak dla mnie za wolno zjeżdżał, przez co co chwile doganiały mnie osoby, które zostawiłem na podjeździe. 

Amor świetnie wybierał nierówności na zjazdach. W ogóle świetnie się sprawował. Wreszcie nie ograniczały mnie bolące ręce i mogłem pokonywać zjazdy z pełną prędkością.

Następnie dla odmiany rozpoczął się kolejny podjazd. Tym razem jechałem sam, mając przed sobą parę osób, a za mną gonił mnie Bogdan Czarnota który złapał laczka na zjeździe. Jednego dogoniłem, wtedy dojechał Bogdan i szybko nas zastawił, przy okazji zabierając ze sobą parę osób jadących przed nami. Dogoniła mnie jeszcze jedna osoba z którą dojechałem na zmianach do rozjazdu mega/giga. W tym momencie zaczęło wychodzić zmęczenie mocniejszym początkiem i od rozjazdu walczyłem o utrzymanie pozycji.

Po wjechaniu na pętlę Giga rozpoczęła się "zabawa". Totalna dzicz którą można nazwać Pure MTB. Ścieżki przez las wyglądały jakby zostały stworzone tylko na ten wyścig. Slalomem między drzewami, przez ściółkę pokrytą gałęziami. W zacienionych miejscach dużo błota, czasami jakieś przejazdy przez strumienie. Na płaskim nie było kiedy odpocząć, zawsze trafiały się jakieś techniczne przeszkody w postaci korzeni czy kamieni. Na zjazdach podobnie. Szybko dogoniła mnie dwójka z Mitutoyo, przejechałem z nimi kawałem podjazdu. Wtedy minęła 2h jazdy. Byłem 10 Open.
Jeden z nich zaczął kręcić ponad moje siły. Wiedziałem że są z mojej kategorii i fajnie byłoby z nimi powalczyć chociaż na tej jednej edycji, ale wola dojechania do mety wygrała i odpuściłem. Po chwili odpadł też drugi z nich, który teraz jechał tempem podobnym do mojego. Podjazd dłużył się. Profil na kierownicy tylko mnie mylił, nie wziąłem pod uwagę dystansu którego pokonałem na rozgrzewce i myślałem, że jestem dalej niż byłem. Na kolejnym wjeździe w las oboje mi odjechali, za to dogonił mnie Marcin Piecuch z paroma kompanami. Coś tam krzyknąłem że tym razem to ja miałem wygrać i próbowałem utrzymać jego tempo, ale na kolejnym podjeździe przestałem dawać radę. Szczęśliwie dłużąca się już pętla giga zaczęła się kończyć. Przez Rozdroże Izerskie wróciliśmy na pętlę Mega.

Rozpoczęło się teraz wyprzedzenia Megowiczów, co zawsze umila samotność długodystansowa, a na 10 km przed metą w dodatku dogonił mnie jeden gigowicz z Optyku-Okular z którym nawiązałem współpracę. Chwile później drugi gigowicz, ale ten tylko spojrzał po nas i szybkim skokiem nam odjechał. Nie mieliśmy ani sił, ani ochoty do szarpania się za nim. 
Na podjazdach i płaskim równe zmiany, na szybkich zjazdach ja byłem szybszy. Jadąc razem szybko zleciały ostatnie podjazdy, na ostatni zjazd z początku techniczny on wjechał pierwszy, udało mu się sprawniej wyprzedzić Megowiczów i na wyjeździe w parku w Świeradowie był jakieś 10m przede mną.


Na długim zjeździe ulicą niewiele odrobiłem, starałem się jeszcze maksymalnie opóźnić hamowanie i wyprzedzić go na zakręcie zaraz przed metą, ale o mało co nie skończyło to się naszą kraksą. Co prawda dzięki temu udało mi się zrównać rowerami, ale wtedy on mocniej depnął i wjechał o koło przede mną.
 
Koniec końców rewelacyjne 17 miejsce Open i 9 w kategorii. Życiówka pobita o prawie 10 miejsc. Wreszcie pojechałem na miarę moich możliwości. 

Na mecie nie było zwyczajowej "bomby". Czułem zmęczenie i jazdę na pograniczu skurczy, ale nie byłem tak wykończony jak zawsze. To znak że mogę jeszcze więcej z siebie wycisnąć!

Niestety w generalce spadłem na 11 miejsce. Nie było Glona który stanowił dla mnie największe zagrożenie, ale pojawiło się dwóch innych chłopaków którym też brakował jeden start do pełnej ilości startów. Jeden z nich przyjechał 30 sekund po mnie, drugiemu włożyłem 25 min. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie 11 punktów, czyli ok 5 minut nad tym drugim rywalem. Dowiedziałem się o tym dopiero w hotelu po długich obliczeniach z kalkulatorem w ręku. Za rok będzie o co walczyć, pokazałem dzisiaj że stać mnie na wiele. 

TREZADO:
W skrócie: JAK ZAWSZE NIEZAWODNIE!
Kolejne Giga bez laczka - mleczko w pełni spełniło moje oczekiwania na ten sezon! 


  • DST 81.23km
  • Czas 04:21
  • VAVG 18.67km/h
  • VMAX 56.20km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Sprzęt Peak
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Polanica-Zdrój

Sobota, 20 września 2014 · dodano: 21.09.2014 | Komentarze 0

W ostatnim tygodniu żadnego konkretnego treningu, bez wprowadzenia, na nowej ramie. Do tego zapomniałem kasku. To się nie mogło dobrze skończyć. O ile kask pożyczyłem od organizatora i to nawet bardzo przyzwoity, to moja forma już była w dużo gorszym stanie. Start z pierwszego sektora fajna sprawa. 15 min przed startem staję w 4 - 5 linii, od początku odpuszczam czołówkę żeby się lepiej rozgrzać.

Pierwsze 10 km prawie ciągłego podjazdu wjechałem za Marcinem Piecuchem i przed Piotrkiem Majerem, na pierwszym błotnistym zjeździe dostałem błotem po oczach przez co straciłem cenne sekundy i co gorsze, całą przewagę jaką zyskałem na podjeździe. Dalej było już coraz gorzej. Na płaskich jak próbowałem mocniej popracować to przeszkadzały wypinające się buty z pedałów (bloki do wymiany), na zjazdach za bardzo odpuszczałem i potem traciłem kolejne dobre pociągi. Pierwsza runda szybko minęła, druga też, ale już w samotności . Do rozjazdu do mety trzymałem tempo, potem zaczęły się problemy. Najpierw bóle w plecach i rękach. Następnie nagłe opadnięcie z sił. Ratowałem się żelem - zaczął boleć brzuch. Takiej bomby jeszcze nie miałem. Ostatni dłuższy podjazd ledwo co podjeżdżałem. Nogi nie chciały współpracować.  

Na zjazdach dużo błota. Korzenie i kamienie jak były to bardzo śliskie, pure MTB. Dobra szkoła techniki. Byłaby i dla mnie, gdybym podjął wyzwanie. Przez gorszą dyspozycję straciłem koncentrację, nie mogłem opanować roweru w tym błocie. Trudniejsze odcinki wolałem sprowadzić niż powalczyć. Zero przyjemności ze zjazdów, same cierpienie z dyskomfortu. To był ten wyścig, w którym miałem już dość. 
Na dodatek w końcówce miały być jakieś niespodzianki. Były. 3 długie podejścia. Nie, to nie były podejścia, to były wspinaczki z rowerem. Dobrze że mam długie nogi i łatwiej było mi wybierać odpowiednie stopnie. Współczuję tym znacznie mniejszym ode mnie. 
Po tych 3 wspinaczkach na Zbójeckie Skały ostatni kilometr w dół do mety. Początek techniczny - bolało. Po wyjeździe z lasu przyjemniej drogami i chodnikami przez Park Zdrojowy.


Na mecie zgon jak nigdy. Próbowałem rozjechać - nic nie dało. Napicie się i zjedzenie czegoś - bez poprawy. Ustawiłem się w kolejce do myjek. Próby stania kończyły się zawrotami głowy, miałem wrażenie że lada moment zemdleję. Dopiero przyjęcie pozycji siedzącej na ramie z czołem opartym o kierownice zaczynało pomagać. Po ponad 10 min w takiej pozycji wróciłem do świata żywych. Wtedy stwierdziłem, że czekanie na myjkę nie ma sensu i przez biuro zawodów wróciłem do auta, które stało hen daleko od centrum. 
Rezultat? 
Zadziwiająco dobry jak na taką moją porażkę. 30 open, czas 3:34, 40 min straty do pierwszego w mojej kategorii. Generalka znacznie podreperowana - cel wykonany. Teraz czas na ostateczną walkę o 10tkę w generalce na finale w Świeradowie! 

Parę słów o TREZADO:
Jak zawsze "bomba". Obie opony na mleczku, obie dojechały w całości bez jakichkolwiek problemów. 
Muszę przyznać, że Rubena Scylla całkiem dobrze radzi sobie w błocie jako opona napędowa. Saguaro na przedzie tańczyło. 

Rama?
Sztywna, ale pozycja nie dopasowana do mojej sylwetki. Czeka mnie trochę roboty z ustawieniem wszystkiego. Po pierwsze - podwyższam skok w Rebie na 100mm. Tego dzisiaj bardzo brakowało. 


  • DST 122.79km
  • Czas 04:31
  • VAVG 27.19km/h
  • VMAX 51.18km/h
  • Temperatura 27.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Poznań

Niedziela, 7 września 2014 · dodano: 08.09.2014 | Komentarze 0

Było szybko. Ogień od startu do mety, bez oszczędzania się. Do rozjazdu mega/giga dawałem dużo zmian, potem zapłaciłem za to i więcej jechałem na kole. Na metę wjechałem totalnie zajechany, płuca bolały, ciężko się oddychało. Czas jazdy 3:18:50, z czego 2:12 w strefie pod progiem, 1:06 w beztlenie, jedynie sekundy w strefie tlenowej. 
Miejsce 26 Open, 14 kat M2
Warto było. Od kolejnego wyścigu start z 1 sektora. Wreszcie nie będę musiał stać 30 min w sektorze ;)



  • DST 88.19km
  • Czas 05:35
  • VAVG 15.80km/h
  • VMAX 65.44km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Szklarska Poręba

Sobota, 16 sierpnia 2014 · dodano: 17.08.2014 | Komentarze 0

Kolejny epicki Bike Maraton. 

Praktycznie do samego końca zwlekałem z wybraniem opon na ten wyścig. Ostatecznie licząc na ładną pogodę i suche warunki założyłem z tyłu Ikona. Już w piątek zacząłem wątpić w słuszność wyboru. Dojeżdżając do Szklarskiej wjechaliśmy w ulewę. Padało dobre kilka godzin. Wieczorem jak byliśmy na Festiwalu przestało, za to w nocy znowu się rozpadało i siąpiło do samego rana.
Nienawidzę dźwięku jakie wydają krople odbijające się od dachówek i parapetu w przeddzień wyścigu. Nie wróży to dobrze. Tym razem jednak noc przespałem całkiem dobrze. 
Z rana  wszędzie mokro. Pod wyciągiem do tego zimno. Wszyscy zwlekaliśmy z rozgrzewką do ostatniej chwili. Zamiast marznąć na zewnątrz, grzaliśmy się w aucie. O godz 10:20 ruszyłem pojeździć. 15 min jazdy, ustawiłem się w trzeciej linii trzeciego sektora i niespodzianka: dla odmiany zaczyna padać. Do startu pozostało 20 min. Szybkie omówienie planu z Panem Wackiem: od startu mocno i dalej zobaczymy, na mini zawsze można zjechać ;) 

Punktualnie o godz 11:00 Michał Kwiatkowski strzałem dał sygnał do startu 1 sektora. Kolejne sektory ruszały dopiero jak ostatni zawodnik zniknął na zakręcie za pierwszym podjazdem. Czekało mnie jeszcze dobre 5 min stania i marznięcia. Jednak nie było już tak źle. Adrenalina robiła swoje. Krew buzowała w żyłach rozgrzewając ciało. Po podjechaniu do linii startu stałem na czele sektora z lewej strony, mając przed sobą tylko podjazd, a z mojej prawej i za mną rywali. 
Odliczanie i ruszyli! 
Ja mocno ale dość zachowawczo. Początkowe metry po płaskim ostrożnie, na wyczucie roweru i na lekkie dogrzanie przed wspinaczką. Podjazd też z rezerwą, jednak do samego końca na wysokich obrotach.
Ci co ruszyli pełną mocą, w połowie podjazdu zaczęli opadać z sił. Fot: FotoMaraton.pl

Przed samym "szczytem"  lekko odpuściłem i przepuściłem na pierwszy zjazd 2 innych zawodników, przez co gdy oni dokręcali to ja mogłem odpoczywać im na kole. Po chwili pojawił się obok mnie pan Wacław Szwarc, a pod koniec zjazdu dojechał do nas Tomek Dopierała. Kolejny, tym razem dłuższy podjazd zaczęliśmy w takiej Eskowej trójce. Przez mocniejsze tempo pana Wacka odjeżdżaliśmy reszcie 3ciego sektora i goniliśmy końcówkę drugiego. Jak dla mnie tempo było za mocne na początek wyścigu jadąc prawie bez rozgrzewki, jednak nie chciałem stracić takiej dobrej możliwości drużynowej jazdy. Tomek dał zmianę panu Wackowi, po chwili opadł z sił i odpadł od nas. Dogonił nas na zjeździe, a gdy wjechaliśmy w pierwszego błotnistego singla, ja zaplątałem się za wolniejszymi zawodnikami z 2giego sektora tym samym kończąc mój udział w jeździe drużynowej. 
Rozpoczęła się teraz zabawa. Pomiędzy podjazdami były trudne, techniczne zjazdy. Trasę niby znałem, ale na sucho było o wiele łatwiejsza. Teraz na mokrych kamieniach nie ryzykowałem zjazdu do Jagniątkowa. 
Na podjeździe pod Dwa Mosty dogoniłem najpierw Krzysia Andrzejewskiego, a kawałek wyżej Tomka Dopierałę. Dalej pustka. Tylko mgła i momentami jakieś krople deszczu. Zero ludzi. Zamieniłem parę słów z Tomkiem i pojechałem do końca swoje.
Jadąc tak samemu byłem pełen uznania dla mojego napędu. Po wymianie suportu wydobywała się tylko muzyka spod opon. Zero niepożądanych dźwięków, wszystko płynnie działa, nic nie przeskakuje. Podwójna dawka smaru na łańcuchu idealnie sprawdziła się w takich warunkach.
Na górze straciłem parę sekund żeby się ubrać i zjeść żela, po czym pognałem w dół. Zjazd szybki, wręcz jak to bywa u Grabka karkołomny. 60 km/h po mokrym zniszczonym asfalcie. W dodatku na dole okazało się, że zablokowała mi się przerzutka przednia na blacie. Na szczęście linki całe, wystarczyło zadziałać brutalną siłą i pomóc sprężynie przerzutki zdusić błoto wewnątrz mechanizmu. 
Niestety przez to dogoniła mnie grupka z Tomkiem i Krzysiem, zanim zdążyłem się zebrać to wjechałem na trasę zaraz za nimi. Dalej było parę zjazdów, więc Tomek szybko odjechał, a Krzysia zostawiłem na pierwszym kamienistym zjeździe.
Do rozjazdu mega/giga miałem jeszcze okazję jechać z Michaliną Ziółkowską która złapała wcześniej laczka. Po drodze było wiele ciekawych zjazdów, na których na Instynkcie świetnie się bawiłem i po każdym chciałem jeszcze raz. Stąd też nie mogło być innej decyzji jak pojechać na rozjeździe na Giga! 

Dla takiej genialnej trasy aż chce się jechać Giga! fot: FotoMaraton.pl

Został mi jeden, większy żel. Miałem go zjeść na Dwóch Mostach, ale wjeżdżając na drugą pętlę zaczynałem odczuwać lekki głód. Mam jeszcze awaryjnego batona, ale ten to tylko w przypadku większej bomby. Trudno, ryzykuję i jem teraz. Co będzie potem zobaczymy. Była to dobra decyzja. Podjazd pod Dwa Mosty pokonałem już nie tak mocno jak za pierwszym razem, ale również solidnym, równym tempem. Pomału pokonany dystans dawał się we znaki moim nogom. A do mety daleko. 
Na zjeździe dokręcałem i kładłem się na rowerze niczym Kwiato na Tourze. Od tego momentu zaczęło się odliczanie do końca. 
Rower zalepiony błotem już nie szedł tak dobrze jak na pierwszej rundzie. Jednak dalej wszystko działało co miało działać.
Na technicznych zjazdach świetna zabawa, na podjazdach coraz większe cierpienie. Tak do rozjazdu gdzie teraz pozostała już tylko jazda do mety.

Tym razem nie było z górki. Było wręcz przeciwnie. Głównie pod górkę. I to 2 razy. Profil na kierownicy, mimo iż mocno zalany, sprawdził się w tym momencie. Wiedziałem co mnie czeka. Pierwszy podjazd długi i żmudny. Przez Jagniątków do Michałowic. Trochę po asfalcie i trochę w terenie. Ogólnie młynek i mielenie prawie na skurczach. Zawodnik z BikeHeadu który porobił mnie na końcówce w Bielawie i tym razem deptał mi po piętach. Jednak to ja teraz byłem silniejszy na podjeździe i mu odjeżdżałem.
Z Wysokiego Mostu rozpoczynał się techniczny zjazd szlakiem nad strumieniem Rudnik do Szklarki. Swoista wisieńka na torcie wyścigu. Przez gęsty las zrobiło się ciemniej, parę razy wybrałem złą drogę między kamieniami i musiałem kilka metrów sprowadzić. Reszta zjechana, następnym razem uda się zjechać całość. Po tej przyjemności trasa przebiegała ścieżką nad Szklarka, którą przejechaliśmy pierwszego dnia zgrupowania ale w odwrotnym kierunku. Tym razem było dużo szybciej i mniej ludzi. Po pokonaniu mostku, przy Żółtej Skale rozpoczął się prawie ostatni, długi podjazd. Tak jak na zjeździe do Szklarki zawodnik BikeHeadu przemknął obok mnie, tak ja go dorwałem i wyprzedziłem teraz, na podjeździe. Zaczynała mnie brać bomba. Przydałby się jakiś żel. Meta już blisko. Jadę na oparach, byle do mety.
Po podjeździe było parę kilometrów odcinka Drogą pod Reglami. Na płaskim i paru lżejszych zjazdach można było dać odpocząć nogom przed tajemniczą końcową wspinaczką. Przyszła ona szybciej niż się tego spodziewałem. I zaskoczyła chyba wszystkich. Stromo. Nawet bardzo stromo. Do wjechania... gdyby nie było tam błota. Spróbowałem, opony zabłocone, pierwszy odcinek przejechałem, po połowie mnie odcięło... pojawiły się skurcze. Zaczyna mnie chwytać w udo. Walczę do końca. Dojeżdżam do zawodnika z mega i poddaję się. Schodzę z roweru, skurcz chwyta. Próbuję rozciągnąć mięsień, ruszam nogą i znowu to samo. Powiększa się, wręcz wyję z bólu. Chwila cierpienia i zaczynam powoli iść. Przeszło. Idę szybciej, kawałek wyżej wskakuję na rower podjeżdżam na samą górę. Już siłami woli. Na szczęście to już sama końcówka, a teraz miał być zjazd. Nie byle jaki, bo trasą zawodów DH.

Koncentracja do samego końca. Kamieni mało, za to dużo korzeni. Też dobra zabawa. Fot: Joanna Tomes

Następnie ostatni krótki podjazd na stojąco, kilkadziesiąt metrów w dół i upragniona meta. Wycieńczony, wygłodniały, w pół żywy. Pierwsze pytanie: gdzie bufet. Dobrze wiedziałem gdzie jest, ale wolałem się spytać. Ot tak dla pewności ;) 

Od razu rzuciłem się na banany. Nie wiem ile ich pochłonąłem, ale na pewno nie małą ilość. Następnie pomarańcze. Dojeżdża Glon który po starcie rozciął oponę. Razem schodzimy do auta. Schodzimy bo nie chcemy zjeżdżać żeby nie zmarznąć. Po chwili zaczyna padać. Dość mocno. Teraz to już nie ważne czy zimno czy nie, zjeżdżamy byle jak najszybciej się ogrzać. Tam już wszyscy czekają na nas. Okazało się, że tylko Tomek Czerniak przejechał Giga na dobrym 7 miejscu Open.
Ja ukończyłem na 28, takim samym jak moja życiówka w Myślenicach. Czas: 4h 58 min - nie udało się zejść poniżej 4:30 tak jak planowałem w czasie jazdy, będzie co poprawiać w przyszłym roku. 

Dziś świetnie spisał się sprzęt. Rama pospawana po wyścigu dalej jest pospawana, bez pęknięć. Napęd - rewelacja. Chyba pierwszy wyścig który przejechałem bez problemów z łańcuchem. Ogumienie podobnie jak napęd, żadnych laczków, żadnych rozcięć, tylny Ikon jakby się doszczelnił błotem. Swoją drogą Ikon na takie warunki był strzałem w dziesiątkę. Trasa faktycznie było w dużej części błoto odporna, miejscami tylko zalegało więcej wody. Po kamieniach szedł pewnie, na korzeniach i mostkach nie było niekontrolowanych uślizgów. Trochę tylko przesadziłem z ciśnieniem w przedniej oponie, było powyżej 2 barów.

Wynik dobry, jednak wszystkim humory popsuła pogoda. Mimo to, trasa była genialna, aż chce się wrócić na te kamienie na zjazdach. Według mnie najlepsze edycja tegorocznego Bike Maratonu. Wątpię żeby to się miało zmienić w Polanicy czy Świeradowie, o Poznaniu już nie mówiąc. 



  • DST 82.28km
  • Czas 05:17
  • VAVG 15.57km/h
  • VMAX 56.14km/h
  • Temperatura 31.5°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Bielawa

Sobota, 19 lipca 2014 · dodano: 20.07.2014 | Komentarze 0

Wyścig nie zapowiadał się pozytywnie. W środę po treningu zaczęły się moje problemy żołądkowe, czwartek przeleżałem w łóżku prawie nic nie jedząc, dopiero w piątek z rana zjadłem coś więcej na śniadanie. Przejazd w południe rowerem 2km na zbiórkę mnie i tak wykończył. A samo ściganie zapowiada się w upale. Cel jest jeden: dojechać do mety. Na jakim dystansie, okaże się na trasie. 
Przejazd w upale autem i powietrze w Bielawie mnie postawiło na nogi, przez co w sobotę normalnie funkcjonowałem. 

Z rana już było gorąco. Rozgrzewkę odwlekałem na ostatnią chwilę chowając się w cień. O 10:15 ruszyłem pokręcić, o 10:40 stałem w sektorze. Po ostatnich słabszych startach przyznany mi został trzeci sektor, co mnie motywowało do lepszego wyniku i powrotu do dwójki, w szczególności pod kątem startu w Poznaniu i słynnego przejścia pod Warszawską. 

Po godzinie 11:00 zaczęły się starty poszczególnych sektorów. Nie jest dobrze, puszczają od razu jak sektor przesunie się na linie startu. Szykuje się dużo wyprzedzania na pierwszym podjeździe. Ruszyłem i ja prowadząc na czele cały 3ci sektor. Nie gnałem, odpuściłem szybkie gonienie po starcie oszczędzając siły na podjazd. Na dobre mi to wyszło. Jak dojechaliśmy do końcówki dwójki, rozkręciłem się na wyższe obroty i zacząłem wyprzedzać tych, co po starcie ruszyli w pogoń. Cały pierwszy podjazd jechałem w sąsiedztwie pana Wacława Szwarca. Nie było dzisiaj pana Jasia obok mnie, więc trzymałem się doświadczonego pana Wacka. Było tak ciasno, że miejscami wyprzedzanie było bardzo uciążliwe i kończyło się utratą cennej energii. Dlatego raz pan Wacek sprawniej wyprzedzał grupkę osób po czym mi odjeżdżał, ale kolejna grupka go zatrzymywała na dłużej i spokojnie do niego dojeżdżałem. Jak dla mnie tempo było za wolne, zbyt szarpane. Nie odpowiadało mi. Brakowało mi równego, mocnego wspinania się pod górę. Dlatego oszczędzając siły jechałem razem z grupkami które doganiałem, by dopiero po chwili ich wyprzedzić w bezpiecznym miejscu i jak dla mnie spokojnym tempem im szybko odjechać. Denerwujące również było wpychanie się innych osób. Trzeci sektor nie dla mnie. Szybko muszę odzyskać dwójkę...

W tłoku na pierwszym podjeździe. fot: fotomaraton.pl

Po 10 km czyli rozjeździe na mini zaczęła się wspinaczka pod Wielką Sowę. Nie spodziewałem się tylu luźnych kamieni. Jadąc w grupie nie poradziłem sobie z podjazdem, kilka razy musiałem ratować się podparciem. Tu mi wiele osób odjechało. Na samej górze dużo turystów, na zjazdach dogoniłem Krzyśka Andrzejewskiego, gdzie go też na bardziej stromym odcinku zostawiłem. Po zjazdach ostry nawrót i sztajfa po asfalcie. Zagapiłem się, nie zredukowałem biegu i musiałem się zatrzymać. Przy okazji zdjąłem luźny zegarek pulsometru. Od teraz jechałem bez kontroli wysiłku. Brakowało mi tego, musiałem zdać się na moją własną ocenę. Kolejne zjazdy i podjazdy pokonywałem spokojnie, ale sprawnie, pamiętając o ciągłym piciu i jedzeniu. Bidon uzupełniłem już na 3cim bufecie, 2 żele zjadłem do rozjazdu mega / giga. Żele Aptonia, nie były najlepsze, aby je w pełni przełknąć potrzebowałem dużej ilości wody, ale energii dodawały tyle, ile powinny. 

Rozjazd pojawił się szybciej niż się spodziewałem.  Trasa tak mi się podobała, że chciałem jechać jeszcze dalej zanim będę powtarzał ten sam odcinek. Tymczasem była już połowa trasy, a ja dalej miałem siły, czułem się dobrze jak nigdy. Czułem, że to będzie ten pierwszy wyścig, który przejadę bez bomby. Teraz czekała mnie ponowna wspinaczka na Wielką Sowę.

"Jest dobrze, chyba uda mi się dojechać bez bomby". fot. Kasia Rokosz.

Tym razem poradziłem sobie dużo lepiej, wypinając się tylko w pojedynczych miejscach. Przed sobą miałem więcej miejsca, wiec zjazdy pokonałem szybciej niż poprzednim razem. Pamiętając o ostrym nawrocie wytraciłem prędkość i zredukowałem już wcześniej, przez co tym razem od razu wspinałem się po asfaltowej sztajfie. Dogoniłem i wyprzedziłem tam pana Wacka, który uciekł mi na pierwszym podjeździe pod Wielką Sowę. Dalej przed sobą widziałem jednego gigowicza z Gomoli, którego dogonienie obrałem sobie za cel. Jechał podobnym tempem jak ja, więc wiedziałem, że nie będzie łatwo. Przed ostatni bufet i kolejna dolewka do bidonu i przed ostatni, trzeci żel. 
Powoli zaczęło wychodzić zmęczenie. Już podjazdy nie pokonywałem tak łatwo jak wcześniej. Teraz zaczynała się walka z nogami. Dodatkowo na stromych zjazdach znowu muszę zwalniać przez blokujący ból w palcach. Pora odpowietrzyć te hamulce, zabieram się do tego od Wałbrzycha... 
Końcówka pętli. W oddali zauważam koszulkę Colexu. Pierwsze co myślę - Czerniak miał defekt. Nie tym razem. Podjeżdżam bliżej i widzę też Tomka, ale Pawelca. Myślę, że musiała go strasznie boleć spuchnięta stopa, wyprzedzając dopinguję żeby walczył do mety. Dalej strome płyty. Gomola w zasięgu, jednak na tym podjeździe jeszcze mi do niego trochę brakuje. 
Rozjazd, ostatni żel, ostatni bufet i do mety. Ryzykuję, mam końcówkę wody i napoju izotonicznego w bidonach, na bufecie nie zatrzymuję się, biorę tylko kubeczek wody w dłoń i w pogoń. On też się nie zatrzymał, jechał dalej. Jednak już był bliżej. 
Szybki zjazd, przed nim pojawiło się kilku megowiczów, zwolnił, ja zaryzykowałem, dojechałem i bez hamowania i ominąłem ich na zjeździe. Byłem teraz z przodu z małą przewagą, którą chciałem utrzymać do mety. Nie było jednak tak łatwo. Przed nami wyrosły techniczne sztajfy, które bez próby walczenia równo butowaliśmy. Już na poprzednich podjazdach czułem jak chwytały mnie skurcze. Na jednym podjeździe nawet musiałem zsiąść z roweru i się ponaciągać. Dlatego teraz wolałem nie ryzykować, ciężko byłoby to podjechać na świeżości, a co dopiero mając w nogach 60 km górskiego maratonu. Na podejściach zawodnik Gomoli doganiał mnie. Maszerował szybciej ode mnie. Mi zaczynało już brakować sił. 

Każdy dodatkowy kamień po którym trzeba było się wspiąć był teraz morderczy dla moich nóg. Chwila nieuwagi i skończyło by to się glebą. fot. Elżbieta Cirocka

Na zjazdach jednak miałem wielką przewagę. Przed ostatnim podjazdem odjechałem na tyle, że straciłem rywala z pola widzenia. Teraz byle nadać mocniejsze tempo do mety i spróbować dogonić innych. W oddali pojawiło się wiele osób, jednak nie przypominali oni nikogo z giga. Za to na przedostatnim zjeździe przefrunął obok mnie zawodnik z teamu Bikehead. Razem wjechaliśmy na ostatni podjazd. Wiedziałem że jest szybszy na zjazdach, więc warto będzie przetrzymać podjazd i pojechać z nim do mety. Nogi mi już nie dawały rady, jechałem ostatkiem sił. Dobrze, że był to już ostatni podjazd... Prawie cały jechaliśmy równym, mocnym tempem. Takim, jakim bym chciał jechać pierwszy podjazd, a nie ostatni...
Dopiero na samym końcu zaatakował: 

Nie miałem z czego odpowiedzieć. Byłem już wypompowany. Odpuściłem, dałem mu odjechać. fot. Danuta Postek

Zniknął szybciej niż się pojawił na poprzednim zjeździe. Widać było, że zachował więcej sił ode mnie. Samą siłą woli by mi aż tak nie odjechał. 
Do mety było już teraz z górki. W przenośnym i dosłownym znaczeniu. Zero podjazdów, tylko zjazdy i czasami po płaskim. Pasowało mi to bardzo. Na początkowych zjazdach odpocząłem i mogłem po płaskim ciągnąć. Jeden ostrzejszy, czyli ciekawszy zjazd, który przyniósł mi wiele radości. Przejazd lasem, już w oddali widać zbiornik wodny i słychać miasteczko zawodów, ostatnie zakręty i meta. 

Czas: 4h 25 min, patrząc na przebieg maratonu liczyłem na lepszy, ale jestem bardzo zadowolony, że w końcu przejechałem całość bez kryzysu. Bilans dnia: 4 żele, 3 bidony wody, 1 bidon napoju izotonicznego, 4 kubki wody. Plan żywieniowy wykonany perfekcyjnie, profil trasy na kierownicy pozwolił mi lepiej wygospodarować siły na cały wyścig i zaplanować miejsca na żele.  

Zaraz po wyścigu szybka wizyta w bufecie, pokręcenie w okolicy bufetu i ponowna, tym razem dłuższa wizyta na arbuza. Później kąpiel w jeziorze i na koniec niezapomniane emocje oglądając na żywo z ekipą piękne zwycięstwo Rafała Majki w Tourze. Dzięki Glon że ogarnąłeś Eurosport Playera ;) 
Po wszystkim pierwsza w tym roku, powyścigowa pizza w Łagiewnikach. Bardzo udany wyjazd! 


TREZADO
Opony świetnie się sprawdziły w tych warunkach. Co najważniejsze, gdy mijałem wiele osób z laczkami na trasie, ja nie miałem z ogumieniem najmniejszych problemów. Oba koła zalane mlekiem, oba koła szczelne, kamienie nie były straszne dla opon! Ciśnienie przód ok 1,8 bara, tył 2,0.



  • DST 94.24km
  • Czas 06:39
  • VAVG 14.17km/h
  • VMAX 62.35km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Myślenice

Sobota, 28 czerwca 2014 · dodano: 30.06.2014 | Komentarze 0

Dystans łączny z czwartkowym docieraniem klocków (2km) i piątkowym, porannym zawiezieniem roweru (kolejne 2 km) oraz rozgrzewką i rozjazdem. 
Co do wyścigu... 
W skrócie - kolejny zgon, tym razem przez odwodnienie na najcięższym podjeździe, zaraz po rozjeździe mega/giga.






  • DST 70.00km
  • Czas 04:34
  • VAVG 15.33km/h
  • VMAX 75.10km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Wisła

Sobota, 7 czerwca 2014 · dodano: 08.06.2014 | Komentarze 0

Genialny wyścig. Długo będę go pamiętał.
Do 50 km pełen ogień, potem zabrakło już sił, na ostatnim podjeździe męczyły mnie skurcze. 3 razy schodziłem z roweru i prawie wyłem z bólu. Po wszystkim na mecie zgon, leżałem na trawie i próbowałem złapać oddech. Na szczęście ogarnął mnie Piotr Niewiada - dzięki wielkie. Nie wiem ile bym tam leżał próbując dojść do siebie.





  • DST 62.30km
  • Czas 03:35
  • VAVG 17.39km/h
  • VMAX 63.55km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Wałbrzych

Sobota, 24 maja 2014 · dodano: 25.05.2014 | Komentarze 0

Pierwszy górski maraton, pierwsze giga. Prognozy pogody nie są zbyt optymistyczne, ale nie będzie takiej tragedii jak w Jeleniej. Jadąc już do Wałbrzycha złapała nas burza z gradem.
Następnie w nocy padało. Słysząc obijające się krople deszczu o szybę nie mogłem zasnąć…
Poranek – jest ładnie, nie pada, chociaż co jakiś czas coś pokropiło.

Na starcie wyszło nawet słońce, przez co zrobiła się straszna duchota. 20 minut rozgrzewki, w sektorze w drugiej linii, 30 minut czekania i start. Od początku poszedł ogień. Jechałem w czołówce drugiego sektora. Nie uciekałem, trzymałem się koła Damiana Nowickiego. Jechał dla mnie idealnym tempem, nie za słabo, ani nie za mocno. Cały czas równo, bez szarpania. W taki sposób przejechałem z przodu cały pierwszy podjazd, na zjazdach widząc dużo błota odpuściłem nieco. Do Jeleniej pod tym względem nie może się to równać, ale pamiętając jak tam mi się jechało to wolałem zwolnić i kontrolować sytuację.


foto: Elżbieta Cirocka

Jechało mi się dobrze, na podjazdach nadawałem swoje mocne tempo przez co wyprzedzałem dużo osób, potem na zjazdach traciłem. Pierwszy kluczowy moment był na zjeździe wąską ścieżką którą teraz płynął strumień po ostatnich opadach, przez co była mocno wymyta i utworzyły się rynny. Kamienie nie ułatwiały zjeżdżania, w dodatku było całkiem stromo. Zaraz przed tym zjazdem wepchnął się przede mną jeden kolarz. Pomyślałem sobie, że skoro jechał tak mocno, że mnie dogonił, to na pewno umie dobrze zjeżdżać i będę mógł z tego skorzystać. Niestety, było zupełnie inaczej niż się spodziewałem. Dość mocno mnie spowalniał, jazda za nim była wręcz niebezpieczna, zbyt wolna jak na taki trudny zjazd. Przez to nie raz musiałem w nadmiarze dohamowywać, w jednym momencie tak się do niego zbliżyłem, że żeby nie wjechać w niego to musiałem zjechać wąską rynnę, która kończyła się błotem i dużą dawką kamieni. Spanikowałem i wypiąłem się. W tym czasie jak powolnie zjeżdżaliśmy dogoniła nas całkiem pokaźna grupką, którą teraz musiałem przepuścić. Ruszyłem dopiero za nimi, tracąc ok minutę czasu i wiele miejsc. Dalej po zjeździe zauważyłem, że na poboczu stał Tomek Jakubowski z kimś z Rybek. Spytałem czy wszystko gra – dostałem odpowiedź że potrzebują pompki. Zatrzymałem się. Okazało się, że Rybka rozszczelniła oponę i pompując chce teraz ją doszczelnić. Dałem pompkę i chciałem jechać, jednak on nalegał abym został i pomógł, przez co nie będzie potem komplikacji z oddaniem pompki. Głupio było tak go zostawić, więc chcąc- nie chcąc zostałem. W tym czasie wyprzedził mnie pan Jasiu, któremu znacznie odjechałem na pierwszym podjeździe. Pompowanie nie przynosiło efektu, więc po ok minucie zostawiłem go i pojechałem dalej. Daleko nie dojechałem bez przygód. Zaraz po rozjeździe Mini/Mega, na pierwszym singlu w lesie niefortunnie uślizgnęła mi się tylna opona na korzeniu, co wybiło mnie z równowagi i upadłem na lewe kolano. Tak, te kolano które miałem mocno zdarte na AMPach. Leżąc na ziemi, wiedziałem że jest źle. Byłem wkurzony. I to bardzo. Nie miałem ochoty wstawać z tej ziemi, ale że dalej jechali następni to wypadałoby sprzątnąć rower z trasy, co też po chwili zrobiłem. Co ciekawe – kolarz który jechał za mną też się na tym samym korzeniu wyłożył, ale upadł na prawą stronę. Jak zobaczyłem moją nogę, to przeklinałem jak nigdy. Wyglądało to fatalnie. Całe zabłocone, do tego wyciekała krew z rany. Byłem zrozpaczony, zastanawiałem się czy nie wycofać się z wyścigu. Jednak wsiadłem na rower i  testowo sprawdziłem jak się jedzie. Nie jest najgorzej. Kolano obite więc trochę boli, ale jechać można. Dopiero na podjeździe zacząłem odczuwać dziwny ból w tym kolanie, ale ostatecznie podjąłem decyzję zjechania na mega, czym tym samym skończyła się moja walka a zaczęło podziwianie widoków i ogólna radość z jazdy. Jazdy dość asekuracyjnej żeby bardziej sobie nie dobić tego kolana, ale dalej jazdy ;).
Następnie trasa była zróżnicowana: długie podjazdy szerokimi drogami i singlami w lesie. Zjazdy tak samo, z tym że często były kamienie na ścieżkach. Nawet znalazło by się sporo płaskiego z dużą dawką błota. Moja jazda teraz wyglądała tak, że na podjazdach jechałem dalej swoim tempem, na płaskim nieco odpuszczałem podziwiając widoczki, a na zjazdach starałem się ryzykować puszczając hamulce, ale zazwyczaj wtedy doganiali mnie Ci, których wyprzedziłem na podjazdach. Jak na domiar złego po rozjeździe Mega/Giga zaczął szwankować mi napęd od błota. Ładnie go prosiłem żeby łańcuch się nie klinował, ale był uparty i nie chciał mnie słuchać. Co jakiś czas stawałem i przemywałem wodą napęd, ale na nie wiele się to zdawało. Pod koniec jeszcze wyprzedziła mnie czołowa trójka z Giga, a za karę że się tak guzdrałem na trasie, na metę wjeżdżałem w ulewie i burzy. Ogólnie z wyścigu średnio jestem zadowolony. Plan był przejechać Giga i nie wykonałem tego, ale patrząc na okoliczności to podjąłem dobrą decyzję. Nawet muszę przyznać, że na ostatnich podjazdach odczułem zmęczenie. Sił było tak na styk. Pewnie z Giga miałbym problem żeby dojechać do mety. Przez to że pojechałem Mega to mogłem się w spokoju umyć w naszym ośrodku, oraz czekając na pana Jasia umyłem też rower. Wyjazd mimo wszystko dość udany. Co sobie pojeździłem to moje, a na koniec to nawet odczuwałem mega frajdę puszczając się na zjazdach. Nie były specjalnie trudne techniczne, ale na zakrętach bywało niebezpiecznie. Zjazd szutrówką 60 km/h z pięknymi widokami na Wałbrzych i okolicę był wisienką na torcie.


foto: Joanna Tomes. Zaraz po ostatnim zjeździe na chwile przed ulewą, widać że humor dopisywał.

Ostatecznie miejsce 80 Open, więc całkiem nieźle.

TREZADO
Dzisiaj koła się sprawdziły. Czułem się na nich pewnie na zjazdach i na podjazdach. Po AMPach gdzie nauczyłem się jeździć w błocie, radziłem sobie lepiej na podjazdach niż konkurencja. Ciśnienie z przodu 1,8 – 2 bara, z tyłu na dętce powyżej 2 barów. Mimo że przedni Ikon z błotem nie wiele ma do czynienia, to dzięki niższemu ciśnieniu czułem się pewnie. Żadnych problemów z rozszczelnieniem lub rozcięciem nie było. Dzisiaj Trezado otrzymuje ode mnie notę 5/5.




  • DST 94.98km
  • Czas 05:00
  • VAVG 19.00km/h
  • VMAX 49.08km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Miękinia

Niedziela, 13 kwietnia 2014 · dodano: 16.04.2014 | Komentarze 0

Dane z licznika, reset zaraz przed startem: 86,63 km; 3:49h

Czasu zbyt wiele nie wygospodarowałem, więc tylko parę luźnych przemyśleń:
Mój pierwszy start w maratonie w tym roku, do tego dystans Giga. Dobrze że się udało załatwić u organizatora świetny 2 sektor, dzięki temu była nadzieja na dobry rezultat. Na rozgrzewkę pokręciłem 45 minut po czym udałem się na start, gdzie wszystko opóźniło się o 30 minut. Pierwszy sektor poszedł, odliczanie drugiego i zaczęła się moja Eskowa przygoda na Bike Maratonie! Od początku wielkie zdziwienie - niby drugi sektor, stałem gdzieś w połowie stawki, a tempo jak dla mnie wycieczkowe. A do tego ludzie przepychają się jakby od tego miało zależeć ich życie... No kurde. Czy ja jestem taki mocny czy inni tacy słabi? Na szosie już nie wytrzymałem i pognałem pod wiatr gonić jakąś grupkę. Oczywiście się ostro zapiekłem, dużo podgoniłem ale też grupa której chciałem się pozbyć podgoniła mnie. Tak, że przy wjeździe w las wszystko się zjechało. A tam dalej wyścigi. Teraz już byłem z lekka podmęczony i szanowałem jazdę na kole, więc na tempo nie narzekałem. Ale gdy widziałem że ktoś próbuje ambitnie się przebić do przodu to szybko przeskakiwałem na jego koło. Sam też nie raz ładnie podgoniłem. Po takich wyścigach rzędów pojawiły się pierwsze podjazdy i kolejny szok - ludzie przy bardzo lekkich podjazdach pod które jakby się uprzeć można by z blatu wjechać, zrzucali na młynek i mielili... A że było wąsko to nie raz nie było takich jak wyprzedzić. Dla mnie szok, bo jakby nie patrzeć był to 2gi sektor, który do tej pory uważałem za dość mocny. Jak się dało to wyprzedzałem, jak nie było miejsca to czekałem do końca i na wypłaszczeniu gdy inni szukali powietrza to ja śmigałem przed nich. Najbardziej jednak było wkurzające to, że po takich podjazdach zawsze były jakieś zjazdy lub zakręty, na których takie osoby które wyprzedziłem, bez skrupułów zajeżdżały mi drogę i mówiąc kolokwialnie wpierniczali się przede mnie. Rozumiem jak jednego lub dwóch tak przepuszczę bo widzę że dobrze sobie radzi, ale nie cała grupa. Kolejny podjazd i znowu mnie blokowali. Wniosek z tego jeden - do poprawki pokonywanie zakrętów i zjazdy, bez tego ciężko być dobrym maratończykiem.
Na trasie pojawiła się też mała traska XC - w okolicy starej cegielni, czy jak się to też zwie. Według mnie, jak na trasę w której ma wystartować 2000 osób z czego połowa rekreacyjnie to nieco przegięli. Fajnie że ciasno, parę podjazdów i ciekawszych zjazdów, ale kilka niebezpiecznych przejazdów po zboczu z którego można było przez wyprofilowanie ścieżki łatwo spaść w małą przepaść, mogli sobie odpuścić. Dla kogoś obeznanego z trasą - pewnie bomba, dla kogoś kto jedzie tu pierwszy raz dobre wyzwanie, dla kogoś kto nie trenuje mogło się to skończyć źle. Jednego takiego starszego pana zbierałem w jednym miejscu na mojej drugiej rundzie, tzn zbierałem jego rower z trasy bo sam leżąc na zboczu nie chciał pomocy. Powiedział tylko że zaraz przyjedzie jego znajomy i mu pomoże, a mi kazał jechać dalej.
To był moment w którym wyprzedził mnie Pan Jasiu startujący z 3ciego sektora. Niestety był to ten właśnie odcinek XC który psychicznie już przegrałem przed jego początkiem, że Pana Jasia tempa nie utrzymałem a potem już nie dogoniłem. Na podjazdach doprowadzałem nogi do takiego zapieku, że potem musiałem parę minut luźniej pokręcić aby znowu móc trzymać tempo. Na odcinkach technicznych już nie było koncentracji i motywacji, dlatego też w paru miejscach skapitulowałem i prowadziłem rower.  W miedzyczasie dogoniłem kogoś z Eski, kim okazał się Rafał który złapał laczka, ale taka motywacja do dogonienia Pana Jasia ("bo Rafał patrzy") na niewiele mi się zdała. Właściwie to cała druga runda przejechana siłą woli. Na końcówce dojechał do mnie jeden kozak który dawał bardzo mocne zmiany na pierwszej rundzie, ale przepadł gdzieś na jednym z bufetów. Zdziwiłem się, że tak długo trwało jemu dogonienie mnie, bo miałem problem żeby nawet jechać moim równym tempem. Co prawda to jeszcze nie był ten etap myśli że na zawsze rzucam kolarstwo, ale już wczesne oznaki przez ból pleców i palców od rąk zaczynał się pojawiać. Powracając do końcówki i kozaka - wyprzedził mnie, dał znowu mocną zmianę że zacząłem siłą woli trzymać jego koło. Nogi już się poddawały ale głowa chciała, a jak wiadomo głową można wszystko zdziałać. Ale gdy już chciał, żebym dał zmianę to najpierw odmówiłem, a kolejnym razem gdy specjalnie zwolnił wyszedłem przed niego i pojechałem ile jeszcze miałem sił w nogach. A że jechałem siłą woli, to tych sił już brakowało, tak że za długo nie trwała moja zmiana. Do Mety dojechałem już za nim, za jego dobre zmiany odpuściłem walkę na finiszu, ale starałem się w jechać zaraz za nim aby nie tracić sekund. Następnie miło sobie podziękowaliśmy i kawałek się rozjechaliśmy rozmawiając, potem gdzieś w tłumie znalazłem Tomka P i Pana Jasia i razem wróciliśmy do auta. Byłem wykończony i miałem wszystkiego dość.

Podsumowując, 36 miejsce na 117 startujących na GIGA. Z początku byłem zły że tak słabo, ale teraz stwierdzam że to świetny wynik jak na mój debiut w barwach Eski. Wiele się nauczyłem i wiem co muszę poprawić w kolejnym starcie, więc na pewno będzie już tylko lepiej. Z roweru jestem bardzo zadowolony - mimo zjechanych opon i krzywych kół nie było żadnych większych problemów. Nawet bidonu nie zgubiłem. Do poprawki jeszcze wykorzystanie bufetów - wylewanie na siebie wszystkich kubeczków z wodą nie jest chyba najlepszym pomysłem, też nie jest fair wobec innych zawodników.
W każdym razie jedno jest pewne - jak będę miał nowe koła, to dopiero będzie ogień! :) Kolejne Zdzieszowice i pierwsze góry - tam to dopiero będzie zabawa!