Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
  • DST 34.15km
  • Czas 01:49
  • VAVG 18.80km/h
  • VMAX 42.39km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Strzeszynek z J, K, M - przed maratonem, pierwsza jazda na RK

Sobota, 4 czerwca 2011 · dodano: 04.06.2011 | Komentarze 0

Chłopacy już od tygodnia planowali większą wyprawę w tą sobotę, ale ja tłumaczyłem się że muszę zrobić sobie przerwę przed zawodami. Jedynie planowałem przejechać się kawałek na piach sprawdzić, czy opony i klocki są dobrze założone i jak sobie poradzą w takich warunkach.
Z moich planów wyszło tyle, że jak Jacek spytał się mnie, czy będą mogli zostawić u mnie rowery na czas filmu w kinie to postanowiłem przejechać się z nimi. Przecież nie mogłem ich tak zostawić pod domem, musiałem chociaż podjechać z nimi na Sołacz.
Wracając z kina, gdy kumple poszli do browca coś zjeść, ja wróciłem do domku i dopieściłem swój rower. Chwilę później już oni wrócili i pojechaliśmy najpierw na stacje dopompować moje nowe oponki, a potem do parku Sołackiego po Marikę. Pierwszy raz to Marika czekała na mnie (w tym wypadku nas), do tej pory zawsze było odwrotnie. Pojechaliśmy nad Strzeszynek, ja co chwilę się zatrzymywałem i regulowałem sobie hamulce. Nad Rusałką zostawiłem ich i wytarłem sobie łańcuch. Potem miałem problem z odnalezieniem ich, dojechałem do Lutyckiej a ich nigdie nie było. Jeszcze wyregulowałem sobie hamulce i zadzwoniłem do Jacka. Okazało się, że wyprzedziłem ich przy plaży i jak obejrzałem się za siebie do byli zaraz za mną. Kawałek dalej znowu zostawiłem ich, a sam pojechałem na piachy. Tym razem odnalezienie się zajęło trochę więcej czasu. Nad Strzeszynkiem ich nie znalazłem, po pierwszym telefonie mieli na mnie czekać w lesie za pomostami, po drugim pojechali w "lewo" na rozjeździe przy ścieżce dookoła Strzeszynka - przejechałem całe kółko i nigdzie ich nie spotkałem, po trzeciej rozmowie byli w Kiekrzu. Wkurzony pojechałem się położyć na ławce nad stawkiem i trochę popisałem sobie z Tomusiem na temat zawodów (razem z trenerem mieli pecha ze sprzętem). Po dobrych 20 min przyjechali, chwilę odpoczęliśmy i poprowadziłem ekipę moją treningową trasą - podjazdem przez las. Jechałem z Jackiem na czele, a Kondzio z Mariką gdzieś zostawali w tyle. Po pokonaniu podjazdu pojechaliśmy do Strzeszyna do sklepu i dalej wracaliśmy alternatywną trasą nad Rusałkę. Zjazd się chyba wszystkim podobał, a w szczególności Konradowi. Kawałek dalej szalała Marika, która tak przyspieszyła że nam zaczęła uciekać, a nam widząc co się dzieję zbytnio się nie spieszyło. Po chwili straciliśmy ją z pola widzenia i zaczął się problem.
Chwilę poczekaliśmy na rozjeździe aż do nas wróci, ale nie doczekaliśmy się tego. Dodzwonić się do niej szło, a Jacek po pojechaniu na rozjeździe w prawo na zwiad też jej nie znalazł. Jednak ten plan z pozwoleniem Marice uciec nie był najlepszym pomysłem. Przez następne 30 min krążyliśmy po okolicy szukając naszej zguby. Dojechałem do Lutyckiej, a tam też jej nie było. Gdy wracałem z Kondziem w stronę Jacka, zadzwoniła do mnie Marika pytając się gdzie my jesteśmy, bo ona jest przy Strzeszynku tam gdzie ostatnio się spotkaliśmy... Jakoś nie wiedziałem o jakie miejsce jej chodzi, i zgadaliśmy się za 5 min przy Rusałce. Oczywiście było to z naszej strony niewykonalne, bo jeszcze musieliśmy poszukać Jacka. Teraz to Kondzio, któremu pokazałem w którą stronę pojechała Marika (Strzeszyn), popędził tam ile miał sił w nogach. Na szczęście dodzwoniłem się do Jacka, który go przejął i obaj wrócili do mnie.
Fajnie że dzisiaj miałem się nie męczyć, a szukając jej pędziłem jak głupi. Już spokojnie przejechaliśmy Lutycką do ścieżki i 5 min później odnalazła się nasza zguba. Z komendą Mariki "do mojego pokoju" pojechaliśmy na Bonin. Spoko gdyby jakiś facet tego nie skomentował, ale nie ma się czego dziwić ;).
Teraz zaczęła się najlepsza zabawa w bloku z windą. Marika pojechała pierwsza, ja wszedłem schodami na 6 piętro, a Kondzio z Jackiem męczyli się z wpakowaniem rowerów. Zanim ostatnio Konrad przyjechał na górę to ja już zdążyłem się rozgościć.
Zasiedzieliśmy się u Mariki do 20:20, byłoby dłużej ale Konradowi już się strasznie spieszyło. Z chłopakami rozstałem się pod domem jakoś o 20:40.
To wszystko strasznie skopało mi dzień, nie dosyć że nie zdążyłem kupić w biedrze batonów (musiałem lecieć do Piotra i Pawła), nie zrobiłem sobie pizzy tylko dalej musiałem wciągać makaron, to w domu jeszcze na szybko nasmarowałem sobie łańcuch i pozbierałem manatki. Miałem jeszcze zrobić ogólny serwis roweru, ale jak widać skończyło się na samym łańcuchu. A jutro już mój pierwszy maraton...
Kategoria Towarzysko



Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!