Info
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.
W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!
2015:
2014:
2013:
2012:
2011:
2010:
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2015, Grudzień12 - 0
- 2015, Listopad11 - 0
- 2015, Październik9 - 0
- 2015, Wrzesień21 - 0
- 2015, Sierpień21 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec12 - 0
- 2015, Maj16 - 0
- 2015, Kwiecień24 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty18 - 0
- 2015, Styczeń20 - 0
- 2014, Grudzień8 - 1
- 2014, Listopad9 - 0
- 2014, Październik11 - 0
- 2014, Wrzesień19 - 0
- 2014, Sierpień35 - 0
- 2014, Lipiec27 - 1
- 2014, Czerwiec18 - 0
- 2014, Maj20 - 0
- 2014, Kwiecień21 - 0
- 2014, Marzec24 - 0
- 2014, Luty23 - 0
- 2014, Styczeń8 - 0
- 2013, Grudzień6 - 0
- 2013, Październik6 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień16 - 0
- 2013, Lipiec9 - 0
- 2013, Czerwiec15 - 0
- 2013, Maj17 - 0
- 2013, Kwiecień17 - 0
- 2013, Marzec5 - 0
- 2013, Styczeń3 - 0
- 2012, Grudzień7 - 0
- 2012, Listopad11 - 0
- 2012, Październik12 - 0
- 2012, Wrzesień22 - 0
- 2012, Sierpień33 - 0
- 2012, Lipiec32 - 0
- 2012, Czerwiec32 - 0
- 2012, Maj45 - 0
- 2012, Kwiecień28 - 0
- 2012, Marzec18 - 0
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń1 - 0
- 2011, Grudzień3 - 0
- 2011, Listopad11 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień25 - 0
- 2011, Sierpień27 - 0
- 2011, Lipiec37 - 0
- 2011, Czerwiec29 - 0
- 2011, Maj23 - 0
- 2011, Kwiecień27 - 0
- 2011, Marzec5 - 0
- 2011, Styczeń2 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik7 - 0
- 2010, Wrzesień15 - 0
- 2010, Sierpień19 - 0
- 2010, Lipiec28 - 0
- 2010, Czerwiec18 - 0
- 2010, Maj4 - 0
Wpisy archiwalne w kategorii
Towarzysko
| Dystans całkowity: | 6326.52 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 288:25 |
| Średnia prędkość: | 21.94 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 68.04 km/h |
| Maks. tętno maksymalne: | 189 (96 %) |
| Maks. tętno średnie: | 144 (73 %) |
| Suma kalorii: | 26114 kcal |
| Liczba aktywności: | 110 |
| Średnio na aktywność: | 57.51 km i 2h 37m |
| Więcej statystyk | |
- DST 71.63km
- Czas 03:12
- VAVG 22.38km/h
- VMAX 42.28km/h
- Temperatura 18.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Puszczykowo z Jack i Kon oraz Strzeszynek z Kas
Sobota, 30 kwietnia 2011 · dodano: 30.04.2011 | Komentarze 0
W piątek w szkole umawialiśmy się na grilla u Jacka, co wieczorem zostało przez niego odwołane. Wstępnie wtedy umówiłem się Konradem na krótką przejażdżkę o 14. Dzisiaj jednak Jacek zdecydował się w ogóle wyjść na rower, o 14:30 miałem być w Luboniu. Za wcześnie zjadłem obiad - o 13, potem jeszcze drożdżówka i w drogę o 14. Od razu okazało się, że jest mi w samej koszulce zimno i przy targach zawróciłem i cofnąłem się po długi rękawek. Tym razem z domu wybiegłem jakoś o 14:15, czyli już teoretycznie nie miałem szans być na czas. Jednak wiatr mi prawie całą drogę sprzyjał: na równym asfalcie na Drodze Dębińskie prawie cały czas 40 km/h, a mogło być więcej. Potem Dolną Wildą min 30 km/h. Ostatecznie w Luboniu przy Biedronce byłem o 14:45, czyli czas miałem dobry.Z Kondziem od razu pojechaliśmy przez Luboń na ścieżkę przy głównej ulicy w stronę Puszczykowa. Jechało się równie dobrze jak do Lubonia, bez większego wysiłku śmigaliśmy 30 km/h. Gdyby nie czekanie na pociąg na przejeździe oraz nie urżnięcie Kondzia przez jakiegoś owada to dojechalibyśmy do Jacka w dobre 20 min. Tak to byliśmy u niego w domu o 15:20.
Miał wolną chatę, oczywiście w szkole wmówił nam że będzie u niego babcia. Z Konradem zwróciliśmy uwagę na jego tv 52', a przypomniało mi się że dzisiaj o 15:30 gra Borussia, więc udało mi się namówić na włączenie meczyku. Efekt niesamowity, jeszcze w HD <3. Szkoda że tylko mi się teraz nie chciało ruszać z miejsca, po 10 min zauroczenia chłopacy zmusili mnie do jechania dalej. Szkoda, bo BVB wygrało 2:0, przez co zapewniło sobie dzisiaj mistrzostwo, a do tego drugą brameczkę zdobył Lewandowski...
Najpierw skoczyliśmy nakarmić Kondzia do jakieś restauracji, a potem na drugą stronę ulicy na lody. Tym razem jedna gała jakiś na prawdę dobrych, już nie pamiętam o jakiej nazwie. Tutaj zadzwoniłem do Kaśki, żeby zgadać się z nią co do wczoraj planowanego naszego spotkania. Najpierw odmówiła, a potem zadzwoniła że jednak znajdzie czas o 18. W tym czasie chłopacy gadali którędy będziemy jechać, czy przez las czy ulicą. Było już późno, po 16. Moje zdanie, co do powrotu, zmieniało się 3 razy i ostatecznie zdecydowałem się jechać ulicą, żeby być szybciej w domu.
Jednak oni woleli jechać lasem, przez co rozstaliśmy się o ok 16:40. Nawet było mi to na rękę, bo nie musiałem co chwilę na nich czekać, tylko sobie śmignąłem równym tempem pod wiatr. Tak dojechałem do Lubonia, gdzie zatrzymał mnie pociąg - godz 17. Wtedy usłyszałem dzwonek telefonu - oczywiście dzwonił Jacek, z pytaniem gdzie jestem i tym że mam na nich poczekać. Nie wiem dlaczego się na to zgodziłem, kompletnie nie było mi to na rękę. No dobra, chwilę poczekałem aż pociąg przyjedzie, potem czekałem na nich za przejazdem. W końcu przyjechali i Konrad zdecydował wrócić przez Luboń, żeby było szybciej. Właśnie w tym momencie rogatki się opuściły i czekaliśmy kolejne 10 min. W międzyczasie pojeździliśmy sobie na innych rowerach, mi przypadł Cube Kondzia.
Teraz Konrad wpadł na świetny pomysł pojechania inną drogą - jakimś polnym szutrem. Spoko, gdybym się nie spieszył. Trasę może sobie skróciliśmy, ale również znacznie wydłużyliśmy. Następnie, skoro byliśmy już tak blisko to pojechaliśmy odwiedzić Martę... Nie znowu dlaczego się na to zgodziłem. Tym razem dokładny adres znaliśmy, wystarczyło poszukać domu. Okazało się, że mieszka zaraz na przeciwko tego białego domu, w którym szukaliśmy jej tydzień wcześniej. Jacek kulturalnie do niej zadzwonił i czekaliśmy na nią, aż wyjdzie, dobre 10 min. Kolejne 15 min gadaliśmy z nią, po czym o 18 pojechaliśmy.
Z chłopakami rozstałem się przy biedrze, tej samej co 4h temu spotkałem się z Kondziem. Teraz czekało mnie trudne zadanie: walka z wiatrem. Z początku z dającym po twarzy wiatrem nie jechało się przez Luboń zbyt miło, ale później na Dolnej Wildzie już było nieco lżej. Role odwróciły się na Krakowskie, gdzie wiatr mi teoretycznie nieco pomagał. Przy Browcu, o 18:30 oddzwoniłem do Kaśki, która chciała już wychodzić z domu.
Szybko śmignąłem do domu, gdzie wciągnąłem drożdżówkę, cieplej się ubrałem i wpakowałem latarkę i popędziłem ile sił w nogach do Strzeszyna. Ulicami jechało się miło, miałem wrażenie że wiatr jest po mojej stronie. W lesie też szybko, ale taka jazda już zaczynała mnie męczyć. Ostatecznie byłem u niej o 19:10, ale jeszcze czekałem 10 min aż Kasia wyjdzie. Ukazała mi się z jakimś chłopakiem, którym był niejaki Andrzej. Oczywiście poszliśmy do sklepu, po lody i batony. Dla niejedzącej od 2 tyg Kasii było to mało, więc ja poszedłem a ona pojechała moim rowerem do drugiego sklepu po chipsy. Potem chwilę pogadaliśmy u niej pod bramą i tak zrobiła się 19:50. Jeszcze akcja z jakimiś ludzi, których Kasia opierniczyła za wyrzucanie śmieci do złego kubła (nie wiem o co chodzi, miała mi to wytłumaczyć) oraz chowanie się przed Andrzejem i nasze spotkanie dobiegło końca. Była już godz 20 i pojechałem ulicą nad Strzeszynek na zachód. Spóźniłem się o parę minutek, jak dojeżdżałem na pomost to coraz bardziej słońce chowało się między drzewami, aż na pomoście już zupełnie go nie było. Wróciłem sobie z lampką normalnym tempem, jeszcze specjalnie założyłem okulary bo coś mi to oka wpadło. W domu o 20:40.
Kolejny raz test tomka TF2, tym razem nieco więcej smaru, ale dokładniej przetarty przed jazdą - bez rewelacji, do szutrowego odcinka Kondzia była cisza, potem już coś charczało.
Kategoria Szosa, Towarzysko, Ze światełkiem
- DST 58.41km
- Czas 02:36
- VAVG 22.47km/h
- VMAX 38.69km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek i Strzeszynek z Szymonem
Piątek, 29 kwietnia 2011 · dodano: 29.04.2011 | Komentarze 0
Dzisiaj w szkole pożegnanie maturzystów, przez co lekcje do 12:30 :). Po 14 wyszedłem z domu, jak zawsze zacząłem od Strzeszynka. Potem wybrałem się w stronę Kiekrza, gdzie spory wąż przepełznął zaraz przede mną. Dojechałem do przejazdu i zawróciłem. Objechałem Strzeszynek i nad Rusałką zadzwonił do mnie Szymek, który zaraz miał do mnie dołączyć. W tym czasie 2 razy objechałem Rusałkę, potem sobie usiadłem na ławeczce. Po chwili nudzenia się i gadania z Kasią przez telefon zdecydowałem pojechać w stronę Szymona. Tak spotkałem go za parkiem Sołackim i razem pojechaliśmy odpocząć nad Rusałką. Posiedzieliśmy tam dobre 30 min i ruszyliśmy nad Strzeszynek. Po drodze Szymek momentami szalał, raz miałem problemu z dogonieniem go. Na pomoście znowu dłuższy odpoczynek, sprawdziłem tam telefon a tu zonk: 12 połączeń nieodebranych, oddzwoniłem do Kasii i według jej poleceń pozdrowiłem Szymka, który kazał mi jej przekazać że ją kocha, po czym spytał się z jaką Kasią ja gadam. Posiedzieliśmy na pomoście znowu ponad 30 min i o 17:30 pojechaliśmy z powrotem. Już nawet nie jechałem z Szymkiem do cytadeli, tylko od razu poszarżowałem w Niestachowską. Jeszcze specjalnie jechałem Bukowską i Szylinga żeby być szybciej. W domu o 18, już miałem szybko zjeść obiad i jechać na zachód, ale......taka mała niespodzianka: drzwi zamknięte, nikogo nie ma, a ja nie mam kluczy do mieszkania. Od razu telefon do mamy o to, gdzie teraz jest - w Realu w King Crossie. Nie chciało mi się znowu znosić roweru i jechać gdzieś, więc poszedłem na półpiętro ogarnąć trochę rower. Po małym wyczyszczeniu go, jednak się wkurzyłem i zdecydowałem pojechać do mamy po klucze. Szybko przefrunąłem ścieżką na Bukowskiej i rozsiadłem się na ławce przed wejściem. Po chwili dosiadła się do mnie jakaś babcia z zakupami i było by wszystko ok, gdyby nagle nie zachciało się jej zapalić. Długo nie wytrzymałem w tym smrodzie i nie czekając na mamę pojechałem jakoś dookoła King Crossa. Gdy już wróciłem przed wejściem, mama dała mi kluczę i popędziłem do domu, gdzie przed chwilą wrócił brat. Ostatecznie wróciłem o 19, szybko zjadłem jabzo, 2 grześki i jogurt, przebrałem się i znowu na rower ;)
Test Tomkowego TF2 - tym razem nałożona minimalna ilość.
Kategoria Towarzysko
- DST 46.59km
- Czas 01:49
- VAVG 25.65km/h
- VMAX 53.27km/h
- Temperatura 18.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Malta i Strzeszyn
Sobota, 23 kwietnia 2011 · dodano: 23.04.2011 | Komentarze 0
Po dojechaniu ulicami na Sołacz, tym razem od razu ruszyłem nad Maltę. Był mały ruch więc pierwszy raz pokonałem Wartę jezdnią, a nie ścieżką/chodnikiem. Nad Maltą za to duży ruch, także nie raz musiałem ostro hamować, ale jakoś 3 kółka objechałem. Wracając zaplanowałem szybko skoczyć sobie nad Strzeszynek, ale nad Rusałką obczaiłem telefon i zgadałem się z Kaśką, która od ponad godziny siedziała sama nad stawkami. Nagle znalazłem w sobie tyle energii, że dojechałem do niej w ok 10 min. Chyba dobrą godzinę gadaliśmy, ale zrobiło się tak zimno że już jej uciekałem. Dałem namówić się na odprowadzenie do bramy, po czym szybko śmignąłem sobie ulicą w stronę Poznania. Na początku, żeby się rozgrzać prędkość wynosiła min 35 km/h, a potem już momentami wiatr dawał mi mocno popalić. W domu byłem po 20, wyjątkowo wróciłem Bukowską i Szylinga. Kategoria Towarzysko
- DST 73.56km
- Czas 04:01
- VAVG 18.31km/h
- VMAX 41.89km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Luboń i Puszczykowo z Konradem i Jackiem
Piątek, 22 kwietnia 2011 · dodano: 22.04.2011 | Komentarze 0
Plan był taki: tempo odpoczynkowe, więc o 12 spotykam się z Kondziem w Luboniu i jedziemy do Jacka do Puszczykowa, gdzie chwilę pojeździmy i do domu wrócę ok 15.Nigdy nie jechałem do Lubonia rowerem, więc chciałem wyjechać z domu nieco wcześniej, jakoś o 10:30. Jednak poranne kolejki w sklepach nie pozwoliły mi na to, i z domu wyszedłem dokładnie o 11. Okazało się, że nie musiałem się tak śpieszyć, do Lubonia dotarłem prosto ścieżką przy Dolnej Wildzie. Na wiadukcie nad autostradą byłem 30 min przed czasem, tj. o 11:30.
Konrad nie był na to przygotowany i kazał mi do siebie podjechać. Jako tako wytłumaczył mi drogę, z tego zapamiętałem takie coś: zaraz za autostradą w prawo pod mostem, ulicą przy autostradzie, potem będą 2 ronda, mam znaleźć jakąś ul. Unijną, potem jakieś 2 ścieżki i mam jechać pod górę. No dobra, bez problemu znalazłem tą Unijną, z której dopytałem się gdzie mam dalej jechać. Trochę się nie dogadaliśmy i pojechałem nie do tej Biedronki co trzeba było. Zamiast dokładnie dojechać pod jego dom, to ja zawróciłem i pojechałem przy parku papieskim w stronę autostrady. Tam zgłupiałem, bo droga prowadziła nad autostradą, a Kondzio nic o tym nie wspominał, więc pojechałem sobie pod krzyż zobaczyć okolicę. Tam na górze wypatrzyłem drugą biedrę i drugi kościół, więc znowu dałem znać Konradowi gdzie jestem i żeby się znowu nie zgubić poczekałem w parku.
Gdy już miałem uciekać przed kontrolą straży miejskiej, przyjechał Kondzio i razem posunęliśmy w stronę Warty. Chwilkę szukaliśmy dojazdu do lasu z głównej ulicy, po czym wąską ścieżką dojechaliśmy do Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Tam Kondzio przyuważył, że szlak jest zamknięty, ale stwierdziliśmy że damy radę. Trasa od początku była ciekawa, zaczęło się od świetnej ścieżki chyba asfaltowej, która na nieszczęście po chwili się skończyła i jechaliśmy zwykłą leśną drogą. Chyba tylko raz natrafiliśmy na podmokły teren, a tak to co chwile było piaszczyście. Raz ostry zjazd i raz krótki, kilku metrowy ostry podjazd.
Pierwszym niepokojącym znakiem był zniszczony most, przez który w jednym miejscu trzeba było przeprowadzić rower. Pomyśleliśmy że przez to właśnie był szlak zamknięty, aż tu nagle szlak się zerwał nad strumieniem. Okazało się że kolejny most był cały zawalony i musieliśmy albo przeprawić się jakoś przez strumień, albo jechać wzdłuż niego do jakiegoś mostu. Ja byłem za znalezieniem jakiegoś dobrego miejsca do przeprawienia się, ale Kondzio uparł się aby pokonać wodę przez takie prowizoryczne przejście zrobione z kilku zawalonych konarów drzew. No dobra, pierwszy poszedł Konrad ze swoim rowerem, ale szybko okazało się, że sam nie da rady. Musiałem mu pomóc potrzymać rower, żeby on mógł przejść dalej i tam go ode mnie przechwycić. Z CUBEm nie było większych problemów, za to z moim Krossikiem było nieco gorzej. Mimo, że wyjąłem pełny bidon wody, to i tak był cięższy od rowerka Kondzia. Ale skoro z jednym się udało, to i z drugim musiało się udać. Jakoś udało mi się z nim zejść na poziom wody, gdzie przejął go ode mnie Kondzio. Dalej ja go przechwyciłem za siodełko, ale kierownica nieco się wykręciła i ratując przód jakoś tył zleciał z gałęzi i przed moment kawałek opony był w wodzie. Na szczęście nie straciłem równowagi i wydobyłem go z wody, gdzie przejął go Konrad i przeprawa przez wodę okazała się udana. Wyśmialiśmy strumień i pojechaliśmy dalej.
Dokładnie o 13 byliśmy w Puszczykowie, czyli tak jak Kondzio umówił się z Jackiem. Po drodze mijaliśmy odjebaną chatę Michała M. Zatrzymaliśmy przed sklepem, gdzie ja trochę się zdziwiłem że to już jesteśmy. Tam Konrad musiał jeszcze odwiedzić swoją ciocię, a mi kazał jechać prosto do Jacka. Po 200m samotnej jazdy prostą drogą, znalazłem charakterystyczny punkt którym był biały dostawczak z odkurzaczami i spytałem się Jacka gdzie mieszka. W tej chwili moim oczom ukazał się jego wilczur, który nie dawał mi spokoju ciągłym szczekaniem zza płotu. Wrażenie robił groźne, ale zgodnie z Jacka zapewnieniami okazał się grzecznym pieseczkiem. Na chwilę wbiłem do Jacka domu, gdzie zostałem miło przywitany sokiem i czekając na Konrada rozsiedliśmy się w ogródku. Ten po chwili przyjechał, został również przywitany szklanką soku, pobawił się z psami i pojechaliśmy we trzech na najlepsze lody w mieście. Chłopacy polecili mi smak "cookies", których wziąłem jedną gałę, gdy oni wzięli po kilka kul w różnych smakach. Chwilę posiedzieliśmy delektując się lodami i oglądając pociągi, po czym ruszyliśmy dalej.
Tym razem naszym celem było chyba Jezioro Jarosławskie (nazywane przez nich "Jarocha"). Najpierw musieliśmy przejechać przez Puszczykowo ulicami. Na jednym podjeździe, na którym ponoć Jackowi się odechciewa jechać dalej, trochę pocisnąłem i zostawiłem chłopaków z 50m w tyle. Następnie odcinek przez las. Ścieżka była dosyć nietypowa, trochę rozjechana: w środku było takie utwardzone, wąskie koryto którym można było pędzić, a po obu stronach wszystko w czym można było się zakopać, lub nieźle zniszczyć rower. Jechaliśmy z wiatrem, Jacek na czele, a dla mnie zostały tyły. Jackowi musiało się dobrze jechać bo ładnie się rozpędzić i szybko zaczął nam uciekać. Kondzio to zobaczył i postanowił go dogonić. Ja zostałem trochę w tyle, po czym też przyspieszyłem i szybko zacząłem gonić Konrada. Aż tu nagle, nie wiem co chciał Kondzio zrobić, ale zjechał z głównego koryta w piach, gdzie ratując się przed upadkiem wjechał kołem do ubitego koryta. Na moje nieszczęście stało się w tej chwili, kiedy goniąc go byłem kilka metrów za nim, i na dużej prędkości (pow 30 km/h) zostało mi tylko ostro dać po hamulcach jednocześnie krzycząc: "ja pierdolę, Konrad". Przednim kołem zahaczyłem chyba o jego rower i poleciałem jakoś z rowerem przez kierownicę. Na szczęście miałem kask i po za paroma zadrapaniami nic mi się nie stało. Muszę przyznać, że fajnie mi się leżało na tej ziemi, byłem cały brudny, wszędzie miałem ziemię i nie chciało mi się wstawać. Nawet okularki trochę dostały bo szkiełko się poluzowało i nie wiem jak to się stało ale z wewnętrznych spodenek wyjąłem szyszkę. Po oględzinach mnie i roweru pojechaliśmy dalej w stronę jeziora.
Po fajnym, dosyć ostrym zjeździe nad jarochę, rozsiedliśmy się na ławce. Niedaleko nas była inna grupa roweromaniaków, w tym jeden w koszulce BikeStatsa o nicku Jarzyna ;). Trochę obmyłem się w jeziorze, chwilę odpoczęliśmy i pojechaliśmy dookoła jeziora. Wracając obowiązkowo wstąpiliśmy na lody, tym razem jedna gała truskawki i nagle Konrad uświadomił sobie, że śpieszy się na trening na 17. Wtedy była jakoś 15:20. Nawet miał plan wskoczyć w pociąg i być szybciej, ale okazało się że najbliższy pociąg nie kursuje 22.04, czyli dzisiaj. To ruszyliśmy, tym razem cały czas nawet fajną ścieżką przy ulicy. Co chwile musiałem zwalniać mimo, że nie miałem jakiegoś mocnego tempa (jechałem jakieś 22/23 km/h), bo chłopacy zostawali w tyle.
Już chyba w Luboniu, Konrad został w tyle, bo jak się później okazała przebił dętkę. Nikt nie wie jak on to zrobił, że cały gwóźdź przebił mu oponę na wylot. Była wtedy godzina 16, szybko wziąłem się do roboty i rower był gotowy do jazdy po ok 15 min. Znowu moja pompka z lidla za 9,99zł była bohaterem ;).
Odstawiliśmy Kondzia pod dom i wtedy padł genialny pomysł odwiedzenia Marty. Konrad biegł na trening, więc nam za bardzo nie wytłumaczył jak do niej dojechać, ale podał nam adres i że mieszka w białym domu. Przy okazji po Konrada podjechały jego ziomki w Golfie, ale nie chciało im się czekać i pojechali na trening bez niego. Jacek poszedł do biedry coś kupić i dowiedzieć się jak dojechać do Marty, a ja popilnowałem rowerów. Po chwili wrócił z tabliczką czekolady, która od razu zniknęła i ze wskazówkami, które nic nam nie mówiły. Nagle przypomniała się Jackowi że Bob kiedyś był u Marty i nam powie jak do niej dojechać. On nam wszystko bez problemu powiedział, tylko że coś się Jackowi zapomniała o pojechaliśmy kawałek za daleko. Na szczęście znalazł się plan Lubonia, na którym szybko obczailiśmy drogę. Znaleźliśmy biały dom, biały płot, adres się zgadzał i nawet samochód wydawał się dziwnie znajomy. Chcąc zrobić niespodziankę Marcie, zadzwoniliśmy do niej, ale bez skutku. Wreszcie Jacek się wkurzył i podszedł pod płot i zadzwonił do drzwi. Gdy tak czekaliśmy aż ktoś wyjdzie to cały czas jakiś fajny pies sobie podskakiwał szczekając zza płotu. Wreszcie wyszła jakaś pani i Jacek spytał się czy jest Marta. Ku naszemu zdziwieniu odpowiedziała nam, że to najwyraźniej jakaś pomyłka i że tu nie ma żadnej Marty. No dobra, to pojechaliśmy dalej szukać domu Marty. Przy okazji co chwilę dzwoniliśmy do Boba i on cały czas wskazywał na ten dom, w którym nie żadnej Marty. Jeszcze nawet dowiedzieliśmy się, że ma młodszą siostrę, a tam wtedy w tle biegała jakaś dziewczynka. Jacek każdego się pytał, czy wie gdzie mieszka rodzina K, ale nikt ich nie znał. Przez te poszukiwania zrobiło się już późno i musiałem wracać do domu. Z Lubonia wyjeżdżałem o ok 17:50, a w domu byłem o 18:20.
Tak miło to jeszcze nigdy nie spędziłem Wielkiego Piątku, nawet sprzątanie w domu mnie ominęło. Wycieczka bardzo udana - ponad 7h na rowerze. :)
Kategoria Towarzysko, Szosa
- DST 30.48km
- Czas 01:18
- VAVG 23.45km/h
- VMAX 39.36km/h
- Temperatura 17.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek z Szymkiem
Środa, 20 kwietnia 2011 · dodano: 20.04.2011 | Komentarze 0
Nad rusałką o 17, oczywiście jak dojechałem to już odpoczynek. Nad Strzeszynkiem rozdawali CocaColę light, którą ,rzecz jasna, nie pogardziliśmy. Wracając nad rusałkę dogoniliśmy tomczera z jego koleżanką i do jeziora jechaliśmy razem. Nad Rusałką kolejna przerwa, potem miałem plan jechać nad Maltę ale zrobiło się późno i momentami było mi chłodno. Z Cytadeli dochodziły ciekawe odgłosy (Próba Misterium Męki Pańskiej). Kategoria Towarzysko
- DST 47.41km
- Czas 02:04
- VAVG 22.94km/h
- VMAX 39.36km/h
- Temperatura 16.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek i Malta
Wtorek, 19 kwietnia 2011 · dodano: 19.04.2011 | Komentarze 0
Ze świetną nowiną o meczu Lech-BVB ruszyłem od początku spokojnym tempem. Mimo to nad Strzeszynek dojechałem dosyć dobrym tempem. Pogoda piękna, nad jeziorami tłumów nie było. Wyjątkowo zrobiłem sobie przerwę nad Rusałką i gdy już miałem ruszać to odezwał się do mnie jakiś były kolarz-rowerzysta w podeszłym wieku i chwilkę razem powspominaliśmy stare czasy ;). Na przejeździe przez jezdnię na Sołaczu zauważyłem Marikę w tramwaju, ale oczywiście najpierw udawała że mnie nie widzi, a potem że śpi. Przed Maltą minąłem się na moście z tomczerem i jego kumplem z klubu. Nad maltą nie wiadomo skąd znalazł się przy mnie tomcio, który od razu zwrócił uwagę na mój hałasujący łańcuch. Nie wiem czego on oczekiwał od ostatniego smarowania 500km temu ;). Gdy już tak razem jadąc tomczer zbadał cały mój sprzęt, stwierdził że musi zrobić trening i sekundę później już był dobre 20m przede mną. Co ciekawe, dzisiaj wiatr wiał w drugą stronę niż zawsze i tam gdzie dzień wcześniej pędziłem 35 km/h, dzisiaj ledwo wyciągałem 25 km/h. Za to tym razem bosko pędziło się od źródełka w stronę galerii Malta. Łącznie zrobiłem 2 kółka i spokojnie, równym tempem wróciłem do domu gdzie wziąłem się za łańcuch ;) Kategoria Towarzysko
- DST 57.19km
- Czas 02:32
- VAVG 22.57km/h
- VMAX 35.89km/h
- Temperatura 10.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek i Malta z Szymonem
Czwartek, 14 kwietnia 2011 · dodano: 14.04.2011 | Komentarze 0
Luźniejszy dzień, zamiast na lekcjach to byliśmy w kinie, a jutro wycieczka do stolicy więc można było poszaleć. Zaczęło się o 16, najpierw Strzeszynek, gdzie zgadałem się z Szymkiem. Wtedy pogoda była ciekawa, z jednej strony się przejaśniało, a z drugiej ciemne chmury, z których jak się później okazało trochę popadało. Korzystając jeszcze ze słońca zrobiłem dobrym tempem kółko dookoła jeziora, gdzie spotkałem się z miłym pozdrowieniem od jakiegoś kolarza ;). Z Szymkiem już nad Rusałką, po krótkim odpoczynku na ławce, a potem pod mostem z uwagi na deszcz, zdecydowaliśmy się pojechać nad Maltę. Tam od razu usiadłem na koło jakiegoś innego kolarza, za którym bardzo miło mi się jechało. Mogło być trochę szybciej, ale nie chciałem zostawiać zmęczonego przyjaciela. Gdy Szymon już nie dawał rady zrobiliśmy sobie dłuższy postój. Następnie zostawiłem go nad Maltą, gdyż nie chciał już ze mną jeździć i zrobiłem sobie dodatkowo 2 kółka. Było mi mało, więc pojechałem nad Rusałkę, gdzie spotkałem Kubę na jego nowym rowerze. Chwilkę pogadaliśmy, zrobiło się ciemno i musieliśmy wracać. Zostawiłem go na Bułkowskiej i sam śmignąłem sobie do domciu. Była wtedy już godzina ok 20:15 ;) Kategoria Towarzysko
- DST 31.01km
- Czas 01:40
- VAVG 18.61km/h
- VMAX 40.40km/h
- Temperatura 12.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek z Mariką
Sobota, 9 kwietnia 2011 · dodano: 09.04.2011 | Komentarze 0
Zgadaliśmy się na 16:45 w parku Sołackim, przez co nie widziałem drugiej połowy meczu BVB-HSV (skończyło się 1:1, w 92min gol Kuby :<), ale mimo to było warto.Tym razem od początku jechaliśmy lepszym tempem, nawet szybciej niż ja sam dzisiaj "rano". Wiatr nieco słabszy, za to mimo godziny dużo cieplej niż w południe.
Odpoczynek na pomoście, wracając Marika szalała (w pewnym momencie 37,5 km/h :D). Na światłach na Wojska Polskiego Marika swoim głupim żartem prawie "spowodowała" wypadek.
Potem pętelka do cytadeli i do domu.
PS Pozdro dla krowy przy stajniach.
Kategoria Towarzysko
- DST 26.23km
- Czas 01:29
- VAVG 17.68km/h
- VMAX 43.07km/h
- Temperatura 12.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Bonin i Strzeszyn z Mariką
Środa, 23 marca 2011 · dodano: 23.03.2011 | Komentarze 0
Kolejny ciepły i słoneczny dzień, a do tego rekolekcje więc to nie mogło skończyć się inaczej. Tym razem Marika uprzedziła moje myśli i "wyciągnęła" mnie na rower. Mieliśmy spotkać się o 16 w parku Sołackim, ale jej meridka wymagała interwencji mojej pompki, więc szybciutko zajechałem na bonińsko. Ruszyliśmy z początku żółwim tempem (ok 15 km/h) - co mnie bardzo zdziwiło. Dojechaliśmy tylko do stawku z uwagi na brak czasu Mariki. Później najwyraźniej komuś się już spieszyło, nie ma to jak pędzić 25 km/h po błocie nad Rusałką (gdzie ja w niedziele ledwo 10 km/h wyciągałem) ;) Kategoria Towarzysko
- DST 20.88km
- Czas 01:23
- VAVG 15.09km/h
- VMAX 37.30km/h
- Temperatura 5.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Pierwszy noworoczny wypad
Sobota, 22 stycznia 2011 · dodano: 05.02.2011 | Komentarze 0
Plan był taki: pojeździć sobie chwilkę, nie zmęczyć (przegrzać) się i wrócić happy do chaty żeby uczyć się polaka. Dosyć ciepło się ubrałem żeby nie przeziębić się, i pojechałem spokojnym tempem.Rusałka cała w lodzie wygląda zajebiście, czyli inaczej niż zawsze, tylko na ścieżkach sporo błota z jednej strony, a z drugiej strony jeszcze lód.
Oczywiscię mało mi było walki o przyczepność więc pojechałem sobie w stronę cytadeli (a tak naprawdę to jeździło się normalnie jak latem tylko ten lód taki nierówny był i trochę mną natrzepało).
Jakimś dziwnym trafem zamiast wbić na cytadele to znalazłem się z powrotem w parku Sołackim, w którym, co ciekawe, jest jedno jezioro zamarznięte, a drugie nie...
Wracając do domu niespodziewanie zauważyłem tomczera na światłach i pojechałem z nim i jego kumplem, który nie wiadomo skąd nagle pojawił się obok mnie. Ich celem był sklep na Szpitalnej, oczywiście w sobotę zamknięty. Po drodze dziwnym trafem wjechałem prost w krawężnik, co się później okazało, skończyło się przebitą dętką.
Kategoria Towarzysko



