Info
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.
W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!
2015:
2014:
2013:
2012:
2011:
2010:
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2015, Grudzień12 - 0
- 2015, Listopad11 - 0
- 2015, Październik9 - 0
- 2015, Wrzesień21 - 0
- 2015, Sierpień21 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec12 - 0
- 2015, Maj16 - 0
- 2015, Kwiecień24 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty18 - 0
- 2015, Styczeń20 - 0
- 2014, Grudzień8 - 1
- 2014, Listopad9 - 0
- 2014, Październik11 - 0
- 2014, Wrzesień19 - 0
- 2014, Sierpień35 - 0
- 2014, Lipiec27 - 1
- 2014, Czerwiec18 - 0
- 2014, Maj20 - 0
- 2014, Kwiecień21 - 0
- 2014, Marzec24 - 0
- 2014, Luty23 - 0
- 2014, Styczeń8 - 0
- 2013, Grudzień6 - 0
- 2013, Październik6 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień16 - 0
- 2013, Lipiec9 - 0
- 2013, Czerwiec15 - 0
- 2013, Maj17 - 0
- 2013, Kwiecień17 - 0
- 2013, Marzec5 - 0
- 2013, Styczeń3 - 0
- 2012, Grudzień7 - 0
- 2012, Listopad11 - 0
- 2012, Październik12 - 0
- 2012, Wrzesień22 - 0
- 2012, Sierpień33 - 0
- 2012, Lipiec32 - 0
- 2012, Czerwiec32 - 0
- 2012, Maj45 - 0
- 2012, Kwiecień28 - 0
- 2012, Marzec18 - 0
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń1 - 0
- 2011, Grudzień3 - 0
- 2011, Listopad11 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień25 - 0
- 2011, Sierpień27 - 0
- 2011, Lipiec37 - 0
- 2011, Czerwiec29 - 0
- 2011, Maj23 - 0
- 2011, Kwiecień27 - 0
- 2011, Marzec5 - 0
- 2011, Styczeń2 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik7 - 0
- 2010, Wrzesień15 - 0
- 2010, Sierpień19 - 0
- 2010, Lipiec28 - 0
- 2010, Czerwiec18 - 0
- 2010, Maj4 - 0
Wpisy archiwalne w kategorii
Wyścig
| Dystans całkowity: | 4306.91 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 207:08 |
| Średnia prędkość: | 20.79 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 75.10 km/h |
| Maks. tętno maksymalne: | 205 (105 %) |
| Maks. tętno średnie: | 169 (86 %) |
| Suma kalorii: | 12186 kcal |
| Liczba aktywności: | 57 |
| Średnio na aktywność: | 75.56 km i 3h 38m |
| Więcej statystyk | |
- DST 83.49km
- Czas 03:53
- VAVG 21.50km/h
- VMAX 72.00km/h
- Temperatura 15.0°C
- HRmax 193 ( 94%)
- HRavg 164 ( 80%)
- Kalorie 2458kcal
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Maraton Barlinek
Niedziela, 3 czerwca 2012 · dodano: 03.06.2012 | Komentarze 0
RPE: 9 - idealna pogoda do jazdy, nie było upału który dodatkowo wykańczał ludziDystans Mega 70 km
3m M1 / 27 Open
Pobudka 6:00, nie chciało mi się wyłazić z łóżka, przez co spóźniłem się parę minut na zbiórkę. Z rana wpadła kaszka + drożdżówka z serem od wczoraj, potem jeszcze w czasie jazdy dołożyłem jogobollę 500g po której był ogień. Dobrze że wziąłem poduszkę do samochodu i mogłem w czasie podróży wygodnie sobie pokimać. Na pierwszej rozgrzewce na podjeździe miałem problem z przerzutkami, nie chciały zmienić przełożenia. Wydaje mi się że była to wina świeżego smaru, który za bardzo kleił łańcuch. Na moje szczęście dalej już tego problemu nie miałem.
Po tej krótkiej przejażdżce na której już tętno dochodziło mi do 180 wróciliśmy do samochodu, gdzie ja zdjąłem nogawki i pojechałem dalej z Tomkiem. Ten nie chciał powtórzyć ze mną podjazdu i pojechałem tam sam. Jakoś tak wyszło, że zapuściłem się z 2 innymi zawodnikami gdzieś w głąb trasy i trochę się pogubiliśmy. Po 10 minutach jeżdżenia po liściach zdecydowaliśmy się zjechać na szagę w dół między drzewami. Właściwie to zjeżdżał tylko pierwszy kolega, a ja z drugim sprowadzaliśmy rowery. W ten sposób znaleźliśmy się na asfalcie, a gdy dojechałem (już sam) na linię mety to niespodzianka... Wszyscy już stoją na starcie, a do samego startu pozostało niecałe 10 min! Szybko przebiłem się przez grupkę ludzi do busa, który na dodatek złego był zamknięty. Zacząłem biec do chłopaków, ale szybko przemyślałem moją sytuację i cofnąłem się po rower. Jakoś dopchałem się do Tomków, jakiś miły pan potrzymał mi rower i pobiegłem po kluczyki do trenera stojącego z przodu. Zdjąłem z siebie koszulkę, zgarnąłem parę batonów, narzędzia i szybko zjadłem banana. Jeszcze przebiegłem się oddać kluczyki panu Jasiowi i na 5 min przed startem stałem w sektorze. Nigdy takiej solidnej rozgrzewki nie miałem :)
Krótko o wrażeniach z wyścigu:
- runda honorowa masakryczna, ciągła walka o pozycję i uważanie żeby się nie przewrócić
- na starcie ostrym Tomek P był kawałek przede mną, Tomczera już nie widziałem. Za to ja byłem w okolicy trenera, Jarka i pana Jasia.
- pierwszy podjazd po bruku, wiedziałem że jest najpierw po prawej, a potem po lewej ścieżka rowerowa, ale oczywiście widziałem w jeździe brukiem możliwość wyprzedzenia wielu osób - jakoś do 3/4 faktycznie dobrze mi to wychodziło, a potem już się tylko zamęczałem utrzymując tempo jadących po ścieżce
- na zjeździe z drogi na single tracka, udało mi się po zewnętrznej wyprzedzić ze 4 osoby, ale tylko dlatego że nie tłoczyłem się na ścieżce, a objechałem sobie korek brukiem
- pierwsza rzeczka i przez chaotyczną jazdę kolarzy przede mną ratowałem się wypięciem z pedałów, przez co zrobiłem tam ładny koreczek. W sumie mi to było na rękę, pod górkę widziałem jak wyprzedzałem mojego rywala w kat Adama z XC-MTB
- dalej na singielku nie ryzykowałem wyprzedzaniem przez krzaki i tylko mogłem patrzeć jak odjeżdża mi czołówka
-pech Tomczera i zamiast jechać w czołówce omijam go jak ten męczy się z wymianą przebitej dętki
- pierwszy ostrzejszy podjazd w terenie i już pierwsze osoby odpadały. Ja czułem moc, ale nie mogłem jej wyzwolić przez jadących przede mną, a z drugiej strony nie chciałem się na początku zajechać
- przed pierwszym ostrzejszym zjazdem na źle pojechanym zakręcie wyprzedził mnie Tomek na Corratecu 29er, za którym się od teraz trzymałem
- nie forsował tempa, czułem się na sile i dałem zmianę, ale na niebezpiecznym zakręcie w prawo między płotem drucianym zablokował nas cofający się po swój bidon kolarz, przez co to Tomek wjechał pierwszy na singielka
- tam dogoniliśmy dwójkę z XC Kujawi, którą Tomek korzystając z dobrej okazji wyprzedził, a ja męczyłem się za nimi dobry kawałek
- zanim z nimi się uporałem to Tomka już przede mną nie było, od teraz musiałem radzić sobie sam lub znaleźć mocnego towarzysza
- błotko i masakra na korzeniach, potem przeskoczenie strumyka - wolałem nie ryzykować przebicia dętki i grzecznie przeprowadzałem rower
- wjazd do miasta, najpierw piękna sekwencja zakrętów w dół na ścieżce, a następnie przejazd pomostem i tłumy dopingujących kibiców - czyli to co najpiękniejsze w sporcie :)
- na szosie nie goniłem w pojedynkę Tomka tylko poczekałem na sporą grupkę... Szkoda że jak mnie dogonili to nikt nie chciał prowadzić, nawet jak zachęcałem ich do tego to woleli jechać spokojnie moim tempem...
- wjazd do lasu i od razu znalazło się kilku rwących zawodników
-podjazd i pierwszy zbulwersowany kolarz, bo jak to mogłem na lekkim podjeździe zwolnić żeby nie wjechać w jadącego przede mną...
- kolejny podjazd i zostawiłem dużą część grupki w tyle, potem zjazd do mety, wyminięcie się z Tomkiem P i Tomkiem na Corratecu, tam nawrotka i w piachu wyprzedza mnie Adam Frątczak gorąco dopingowany przez swoich ludzi
- ale już na pierwszym podjeździe na rundzie okazało się, że może i technicznie jest dobry, ale na podjazdach ze mną nie wygra
- seria podjazdów i zostawiam go daleko w tyle, ale pierwszy piaszczysty zjazd i ten przelatuje obok mnie jak strzała
- skubaniec próbował uciec, ale tanio skóry nie sprzedałem i trochę męcząc się dogoniłem go
- najwyraźniej zapomniał o dosyć ostrym zakręcie i ładnie go przestrzelił, na czym ja skorzystałem i załapałem się na kole zawodnika jadącego na przełaju, zostawiając Adama w tyle
-jednak na błocie dogonił nas z paroma innymi osobami, a nawet szybko próbował uciec, przez co chyba tylko się zmęczył
-Końcówka drugiej rundy to nasza współpraca, na początku trzeciej trochę sobie pogadaliśmy i uzgodniliśmy współpracę. Ja wychodziłem na zmianę na płaskich i na podjazdach, a jego przepuszczałem na odcinkach technicznych.
-Koniec 3 rundy i na szosie z konieczności zacząłem jeść batona, przez co nie dałem Adamowi zmiany
- Początek 4 rundy i na serii podjazdów wyprzedza nas jakiś mocny kolarz, ja łapię jego koło i już na zawsze pozostawiam Adama w tyle
- Na zjazdach staram się ryzykować, w oddali widzę sporą grupkę
- wyprzedzam jednego pana z Corrateca, on mnie dogania przed błotnistym singlem i daje mi zmianę. Na szosie ja wychodzę na prowadzenie i do lasu wjeżdżam przed nim.
- Ostatni podjazd i daję z siebie wszystko - wyprzedzam pana Jana z M5+, widzę przed sobą, jak się później okazało Szymona z którym Tomek jechał w Gnieźnie.
- czuję że zaczynają mnie łapać skurcze - trochę zmniejszam tempo, ale nadal jest one mocne
- ostatni zjazd i nie daję się nikomu dogonić, niestety szansy dogonienia już też nie mam
- wykończony wjeżdżam na metę i od razu widzę stojących klubowiczów przy busie, brakuje tylko Tomczera
Tym razem plecy nie dawały mi się we znaki tak jak w Gnieźnie, czułem je od drugiej rundy a potem starałem się często prostować
Za to bardziej odczuwałem lewą dłoń, którą musiałem sobie gdzieś obić. Palce po dłuższych hamowaniach też bolały.
Podsumowując: Dzięki super-jogobelli i solidnym treningom nie złapałem ani razu kryzysu, ciągle czułem chęć i siły do jazdy. Mój dotychczasowy najlepszy występ, pierwsze podium w życiu :). Wielkie brawa dla tomczera który nie poddał się tylko jechał dalej i przyjechał 1 min po mnie. W nagrodę załapał się na masaż.
Kategoria Wyścig
- DST 73.00km
- Czas 03:22
- VAVG 21.68km/h
- VMAX 46.01km/h
- Temperatura 28.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Maraton Gniezno
Niedziela, 20 maja 2012 · dodano: 20.05.2012 | Komentarze 0
RPE: 10 - co prawda mogłem mocniej, ale na mecie byłem totalnie wykończony.- poranna kaszka może być, ale jakoś makaronem się bardziej najadłem
- BATONY w upały koniecznie bez czekolady
- rozgrzewka w formie XC spoko, potem na starcie był ogień :)
- niestety, ale 30 min stania w upale na starcie nie jest zbyt przyjemne
Po starcie albo ja byłem tak dobrze przygotowany, albo czołówka wolno jechała. Przez pierwsze 10 km ciągle miałem ich na widoku, w porównaniu do Dolska tym razem nie dałem Tomkowi uciec i nawet sam próbowałem podciągnąć go z całą grupą do czołówki. Podobno wtedy dałem taką mocną zmianę, że Tomek ledwo co trzymał mi się na kole na tętnie 205. Szkoda że mi pulsometr nie działał, sam jestem ciekaw jakie wtedy ja miałem tętno. W każdym razie nie jechałem na maxa, starałem się nie zajechać na samym początku. Liczyłem też że zaraz ktoś mnie zmieni i w taki sposób dojedziemy do czołówki, ale na technicznym zakręcie sporo straciłem i schowałem się za innymi. Przez następne kilometry jechałem za Tomkiem bacznie pilnując jego pozycję. Pierwszy problem zaczął się po technicznym zjeździe. Wtedy zobaczył że zostałem trochę z tyłu na szybkim single-tracku ostro przycisnął z jeszcze jednym zawodnikiem. Dla mnie nie było to takie straszne i szybko na podjeździe do nich dojechałem. Tam jednak Tomek popełnił prosty błąd i musiał zejść z roweru. Ja jechałem zaraz za nim i mnie nieco przyblokował. Nie próbowałem go omijać bo nie jestem w te klocki najlepszy i razem z nim wbiegałem na górę. Tak mnie to wybiło z rytmu, że od tego momentu Tomek zaczął mi odjeżdżać. Najpierw na parę metrów, potem załapał się na kole za innym kolarzem i tak zyskiwał kolejne metry. Liczyłem że uda mi się zawiązać jakąś pogoń z paroma jadącymi zaraz za mną, dlatego nie goniłem go za wszelką cenę. Ostatnią nadzieję na to straciłem, gdy po wyprzedzeniu mnie przez zguby Swatów i Lonki załapał się właśnie na asfalcie im na kole Tomek. Wtedy już był za daleko i za szybko jechał, żeby było w ogóle możliwe dogonienie go. Szkoda, bo w tym momencie wygasła szansa na zajęcia miejsca na pudle.
Dalej już było ze mną coraz gorzej:
-na końcu pierwszej pętli pojawił się ból pleców i przez całe 35 km męczyłem się z nim. Z początku nie był taki zły, ale już od połowy drugiej pętli musiałem tracić dużo sił, żeby co chwile jechać na stojąco aby wyprostować się. Jeśli tego nie robiłem to ból całkowicie mnie blokował.
-Chyba na drugim bufecie uratował mnie banan, po nim poczułem lekki zastrzyk energii. Mojego rozpuszczonego batona nie miałem zamiaru jeść, już pierwszym, z którego częściowo zlizałem czekoladę na starcie, nieźle się ubrudziłem. Wodę albo częściowo wypijałem, albo cały kubeczek lałem na siebie
-Siodełko dobiłem podobnie jak w Suchym Lesie rok temu, na szczęście pod koniec wyścigu - dodatkowo zwiększało to mój ból pleców przez ok 10 km.
-Nie utrzymywałem tempa jadących przede mną, parę osób skutecznie mnie wyprzedziło - mogę tłumaczyć to plecami, ale raczej problem tkwił w moim przygotowaniu
- końcówkę postanowiłem przejechać na maxa - skończyło się to przebitą dętką na krawężniku i biegiem przez ok 50m
Po przejeździe linii mety byłem totalnie wykończony - jedynie na co starczyło mi sił to położyć się na siodełku. Gdy tak leżałem to nagle przyszła do mnie Basia (koleżanka z gimn) z jej tatą pogratulować mi. Jak się później okazało, przyjechała tutaj po była w okolicy i tak po prostu wygrała w K1, zajmując rewelacyjne 4 miejsce wśród kobiet na mini. Następnie po raz któryś pan Piotr Kurek wypytał mnie o wzrost i wszystkim zaprezentował największego kolarza zawodów. Jeszcze okazało się, że brakuje mi licznika. Musiałem go zgubić gdzieś na końcówce, pamiętałem jak patrzyłem na niego na ok 65 km. Przy krawężniku gdzie poszła mi dętka nie znalazłem go. Przeszedłem się do busa i tam zaproponowałem pójść wykompać się nad jezioro. To był najlepsze co mogłem zrobić. Chwilę później już stałem w wodzie w samych spodenkach. Super uczucie, każdemu to potem polecałem. Gdy po prawie 3 h męczarni w upale można się tak ochłodzić. Długo ta przyjemność nie trwała bo szybko zrobiło mi się zimno i zacząłem wręcz marznąć. Ale chwile się poruszałem, a resztę słońce samo załatwiło.
Podsumowując: DYSTANS MEGA 66 km (na liczniku ok 65)
6 Miejsce w kategorii (Tomczer 3, Tomek 4) / 39 Open
- z formy jestem zadowolony, szczególnie zaraz po starcie. Z przejechanymi kilometrami było już tylko gorzej
- przygotowany byłem o wiele lepiej niż w Dolsku
- jak na poprzedzające wyścig 3 tygodnie ciężkiego trenowania to jestem zadowolony, ale zawsze mogło być lepiej.
Wniosek: albo nowy rower albo od dzisiaj jeżdżę na Mini - z moim międzyczasem na mecie Mini miałbym tam 3 miejsce w kategorii i ok 15 w Open :)
Jeszcze z przystanku na Bukowskiej zrobiłem sobie "rozjazd" w sandałkach do domu
Kategoria Wyścig
- DST 86.26km
- Czas 03:49
- VAVG 22.60km/h
- VMAX 52.92km/h
- Temperatura 12.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Maraton Dolsk
Niedziela, 22 kwietnia 2012 · dodano: 22.04.2012 | Komentarze 0
RPE: 9Open 55, kat M1: 4. Do 3ciego Tomczera strata 5 min, do pierwszego 15 min.
Dystans MEGA - 71km w czasie 2:43:30z
- dzień wcześniej dieta makaronowo-wodowa, rano drożdżówka z herbatką, przed wyścigiem makaron, banany i jakieś ciastka/cukierki od znajomych
- opłaca się długo czekać przed startem, to co się straci z rozgrzewki nadrobi się załapując się do mocnej grupy
- już od początku zaczęły mnie palce boleć, a po kilkunastu km poczułem ból w plecach... coraz bardziej odczuwam potrzebę 29era
- forma bardzo słaba, przez połowę dystansu ledwo co trzymałem tempo grupy
- dużo do poprawienia elementów technicznych - długie zjazdy i szybkie pokonywanie zakrętów
- niepotrzebnie 2 bidony wziąłem - wypiłem zaledwie pół bidonu izotonika i łyk wody, przez całą drogę bałem się że woda mi wypadnie z koszulki...
- źle było z moją psychiką, na ok 35 km już chciałem kończyć moją przygodę z kolarstwem, wynikało to z mojej słabej-dobrej formy
- na ok 45 km albo dostałem nagły przypływ energii albo inni mocno osłabli - w tym momencie poczułem moc i pierwszy raz wyszedłem na prowadzenie w rozerwanej wieloma podjazdami grupce, szkoda że nikt ze mnie nie skorzystał i musiałem sam gonić.
- w międzyczasie kolejny nagły przypływ energii i motywacji - Tomek złapał laczka i wyprzedziłem go, co dało mi realne szanse na zajęcie miejsca na podium
- dalej goniłem od jednego, chwila przerwy i do następnego, tu też nikt nie chciał ze mną współpracować
-w końcu tą gonitwą tak się zmęczyłem że musiałem odpocząć za jednym, ale że on miał słabe tempo to cała grupa których przed chwilą wyprzedzałem nas dogoniła
-jadąc w tej grupce na parę km przed metą dogoniliśmy Sobkowiaka, z którym walczę w kategorii co dało mi kolejny zastrzyk energii i po wymianie z nim spojrzeń mocnym sprintem uciekłem grupie przed zjazdem - efekt był taki jak oczekiwałem, grupa przyspieszyła przez co urwała Artura, a mnie dogoniła po ok 500m i dalej ciągnąłem wszystkich żeby mieć pewność utrzymania mojego wysokiego miejsca
-na ok 1 km przed metą najpierw współczułem jednemu w grupce którego chwyciły skurcze, a potem i mnie ten problem dopadł - podejrzewam że to już było ze zmęczenia
- PODSUMOWUJĄC: Tomczer był pod wrażeniem mojej formy, ja jednak nie czuję się zadowolony, ale jeszcze dużo pracy przede mną. Teraz tydzien przerwy i wkraczam do okresu podst 3, sam jestem ciekaw jak to będzie w Suchym Lesie. Do tego czasu przede wszystkim muszę poprawić elementy techniczne. Z mojego startu jestem bardzo zadowolony, szkoda że tylko otarłem się o podium. Ale jeszcze wszystko przede mną :)
Kategoria Wyścig
- DST 115.84km
- Czas 04:52
- VAVG 23.80km/h
- VMAX 54.48km/h
- Temperatura 28.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Bike Maraton Poznań GIGA
Niedziela, 4 września 2011 · dodano: 04.09.2011 | Komentarze 0
4 maraton i już pojechałem na giga - 96 kmKat 7, open 76/119, czas: 4:03
CJR: 9
RPE: 9 - dystans zrobił swoje, ale nie byłem aż tak wykończony jak po sprincie w Suchym
Sobota: cały dzień dużo piłem, wieczorem dodatkowo oprócz kawałka pizzy zjadłem sporo makaronu. Spać o 24
Pobudka normalnie jak w niedziele (9), zwykłe śniadanie + trochę makaronu od wczoraj. O 10 wyjechałem z domu i dokładnie o 10:30 byłem przy sektorach
Podsumowanie wyścigu:
- w poznaniu 7 sektor to masakra, na szczęście byłem w przedniej części tego sektora (wepchnąłem się do swoich z klubu) i aż tak dużo nie straciłem
- dojazd do przejazdu pod Warszawską wolnym tempem, szybciej na treningach jeździmy
-PRZEJAZD POD WARSZAWSKĄ = 15 min czekania - strata nie do odrobienia, już bez szans na dobry wynik
- potem jazda na zmianki z Patrykiem = głównie ja go ciągnąłem, ale czasami dał mi odpocząć
- źle pojechałem objazd trasy i nie spodziewałem się takiej drogi za podjazdem nad jeziorem, przez co straciłem dystans do Patryka przez odblokowanie amora
- pogoń za Patrykiem od Gruszczyna - dogoniłem go dopiero w Uzarzewie, kiedy on już trochę opadł z sił
- Na zmianki z Patrykiem, znowu głównie ja ciągnąłem, w lesie to już nie wytrzymywał mojego tempa i niepotrzebnie na niego czekałem
- Gonienie pana Zaworskiego i następnie jazda z nim na zmiany - po jednej zmianie odjechałem goniąc kolesia który mnie wyprzedził
-od teraz jechałem sam, nie mogłem nikogo znaleźć za kim mógłbym pojechać
-ten baton enervita jest mało praktyczny - nie za dobry w smaku i przeżuwa się go jak jakąś gumę
-na ostatnich km mojej przygody na mega dogonił mnie duet EMED/FTI i z nimi podciągnąłem do rozjazdu, gdzie stwierdziłem że mam za dużo sił i skręciłem na giga
- NA MEGA pan z Emedu był 201, co w kat M1 oznaczało by 12 miejsce gdybym z nimi dojechał, a sił miałem dużo więc raczej bym im ładnie uciekł
- samotna jazda, na pierwszym bufecie dłuższa przerwa (banan + uzupełnienie bidonów), dowiedziałem się że najbliższy na giga jedzie 20 min przede mną
- chwilkę pojechałem ze zajechaną panią z Corratecu - nie utrzymała koła i jej odjechałem
-sam aż do asfaltu w Jankowicach, po drodze najadłem się na 2 bufecie (banan + pomarańcza, 3 kubeczki wody), czasami wyprzedzałem ludzi z Mega
- dogoniła mnie 2 z DalekoJeszcze? : walczyłem trzymając koło pierwszemu, kiedy 2 odpadł. Musieli mnie dogonić jadąc na zmiany
- Nie utrzymałem jego tempa, już wcześniej miałem oznaki mojej słabości, ale teraz ostro walczyłem
- na ostatnim bufecie cześć Ania
- na zjeździe ładnie mną naczepało, aż straciłem kontrolę nad rowerem
- dalej jechałem byle do mety, nawet na moment się zatrzymałem żeby wytrzeć ręce
- na ścieżce na swarzędzkiej doganiał mnie drugi koleś z DalekoJeszcze, ale tanio skóry nie sprzedałem i szybko na ścieżce którą jechałem pierwszy raz mu odjechałem
- nie spodziewałem się że trasa poprowadzi single trackiem i podjazdem nad jeziorem Swarzędzkim, na którym kiedyś trenowaliśmy
-dalej starałem się trzymać dobre tempo pow 30 km/h, co jakiś czas mijałem jakiegoś zawodnika
- mocno przyspieszyłem od ostatniego przejazdu, jakieś 3~4km do mety. Na maxa zacząłem cisnąć po wjeździe z asfaltu na ścieżkę do mety
-SPOKO ŻE FINISHUJĄC MUSIAŁEM CO CHWILE HAMOWAĆ ŻEBY NIE POTRĄCIĆ JAKIŚ PRZECHODNIÓW LUB INNYCH ROWERZYSTÓW
-raz nawet zaraz za zakrętem wyrosła mi 4 osoba rodzinka co szła całą ścieżką - wtedy jechałem dobre 40 km/h : po hamlucach, zarzuciło mi tyłem i prawie co wjechałem w jakiegoś pana...
- tą jazdą wyprzedziłem parę osób, na ostatnich metrach już nie miałem kogo gonić.
- bardzo pozytywnie zaskoczył mnie izotonik enervita - dużo lepszy od isostara
Czuję że jest forma, tym razem ja objechałem tych, którzy byli przede mną w Hermanowie. Trochę przesadziłem z tym giga, mogłem cisnąć końcówkę i sprawdzić się na Mega. Co nie zmienia faktu że jestem zadowolony z mojej decyzji.
Kategoria Wyścig
- DST 79.85km
- Czas 03:54
- VAVG 20.47km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 25.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Maraton Hermanów MEGA
Niedziela, 21 sierpnia 2011 · dodano: 22.08.2011 | Komentarze 0
Pierwszy raz dystans Mega - 54 km, test przed Poznaniem.Wynik: Open 84 / 294, kat M1: 12/16 - słabo, ale nie ma tragedii
Czas: 2:16:54
strata:
- 27 min do zwycięzcy (Halejak, zaraz za nim Sylwek Swat)
- 21 min do 3 miejsca
- 13 min do 6 miejsca
- 1 min do Patryka - kiedy straciłem go z pola widzenia byłem pewien, że już jest daleko przede mną
RPE: 8 (start mocny, ale żeby się nie zajechać, później starałem się oszczędzać siły, których do mety pozostało mi dużo)
Pogoda piękna, z rana chłodno upał odczuwałem dopiero na mecie. Na trasie dobre warunki, trochę błota i sporo piachu zbytnio mi nie przeszkadzał.
Pobudka o 5:30, szybkie niedzielne śniadanie i na 6:23 na pociąg. Tam już spotkałem 4 maratończyków, na trasie dosiadła się jeszcze jedna pani. Po godzinie przysypiania ze stacji udaliśmy się grupką do Hermanowa. Tempo było dla mnie za wolne i gdy obczaiłem jak tam dojechać wyrwałem na przód. Na miejscu było mało ludzi, kolejki do zapisów w ogóle nie było. Jak podszedłem do biura zawodów to byłem zaskoczony bardzo miłą obsługą, każdy mi mówił co mam po kolei zrobić. Zapisałem się, odebrałem pakiet startowy (koszulka, ŻEEEEEEEL :) ) i usiadłem sobie na słoneczku. Trochę podjadłem makaronu z domu i pojechałem do kościoła na mszę. Gdy wróciłem po godzinie kolejka do zapisów była bardzo długa, a dochodziła 9:30. Przez to organizator przesunął start na 11, żeby wszyscy zdążyli się zapisać. Gdybym wiedział że tak będzie, to bym ze spokojem wstał dużo później i przyjechał pociągiem idealnie na 9:30. Ale już się stało, a ja cieszyłem się koszulką i żelem na wyścig. W kolejce spotkałem kumpla z klubu którego raz widziałem na treningu i zostawiłem u niego w aucie plecak.
Gdy już swoje odstał pojechaliśmy na rozgrzewkę, najpierw trochę błądząc po okolicy, a później poznając trasę wyścigu. Gdy wróciliśmy to większość była już poustawiana w sektorach (były 2: wspólny dla giga i mega, osobny dla mini). Nam przypadły miejsca gdzieś w końcu (na oko 200 - 300) i byliśmy już bez szans w walce o czołową lokatę. Wiadomo, jeśli byłbym mocny to szanse miałbym i z końca, ale ja taki nie jeszcze nie jestem i muszę liczyć na dobrą lokatę na starcie.
PODSUMOWUJĄC:
- spóźniony na ustawianiu w sektorach
- znając początek trasy mogłem nieco mocniej pojechać na starcie
- dalej też mogłem mocniej, przynajmniej utrzymać się blisko Łukasza
- żel jest zajebisty :D - mimo problemów z otwarciem zębami, siłę miałem do końca
- izotonik Torqa sprawił, że się nie odwodniłem tak jak w Suchym Lesie - starałem się co każdy asfalt coś wypić,
- połączenie izo + żel trochę sprawiał mnie o mdłości
- ale cała moja uwaga i tak skupiała się na bolących palcach i plecach
- momentami słabłem, nie dawałem utrzymać tempa jadących przede mną
- na zjazdach traciłem, na podjazdach goniłem
- ostatni kilometr z oszczędzałem siły na walkę na finiszu:
- odjechałem na jakieś 300m do końca; nikt mnie nie pogonił i z przewagą 40s dojechałem zachowując spory zapas sił sam do mety
-WNIOSEK: mogłem cały ostatni kilometr pojechać na maxa, wtedy była szansa kogoś dogonić,
Kategoria Wyścig
- DST 58.70km
- Czas 02:28
- VAVG 23.80km/h
- VMAX 58.71km/h
- Temperatura 25.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Maraton Suchy Las
Niedziela, 7 sierpnia 2011 · dodano: 08.08.2011 | Komentarze 0
RPE: 10 (max) - na początku się zajechałem na starcie, później ciągnąłem się innym na kole i po 20 km odczuwałem skutki odwodnienia. Na 30 km, kiedy już organizm nie dawał rady (robiło mi się słabo, ciarki miałem na całym ciele) odpuściłem już katowania się i puściłem koła.- Chyba rano zjadłem złe śniadanie, za mało węglowodanów
- Za ostry start
- Na ok 5 km dupskiem ubiłem siodełko i później jazda nie należała do najprzyjemniejszych, ale nawet nie było tak źle
- Na pierwszym błotnej kałuży do lewego oka wleciał mi kawałek błota, z którym przez ok 2 min potem walczyłem.
- Nie wiem jak to się stało ale później już w domu miałem bardzo nisko wyciągniętą sztycę.
Dystans Mini - 38 km, 1:16, średnia 30 km/h. Miejsce w kategorii 9, OPEN: 30.
Kategoria Wyścig
- DST 74.02km
- Czas 03:41
- VAVG 20.10km/h
- VMAX 59.88km/h
- Temperatura 32.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Maraton Mosina-Pożegowo
Niedziela, 5 czerwca 2011 · dodano: 05.06.2011 | Komentarze 0
Przygotowanie i dojazd.Pobudka rano o 6:40, wstałem bez problemów. Wszystko przygotowałem sobie przed pójściem spać, także musiałem tylko zjeść śniadanie (kiełby, makaron do plecaka) i mogłem już jechać na dworzec. Już dojeżdżając do dworca zauważyłem pierwszych zawodników, na dworcu przy kasach byli już kolejni. Trochę sobie postałem w kasie, do tego jeszcze obsługiwała taka nie miła pani. Bilet do Mosiny kosztował mnie 3,80 + 1zł za rower. Pociąg wyjeżdżał o 8:04, na peronie byłem jakoś przed 8. Pociąg już tam stał, niestety starego typu chyba bez przedziału z miejscami na rower. Zobaczyłem w przejściu jednego rowerzystę, to ładnie spytałem się czy można dołączyć i wbiłem do niego. Bardzo dobrze trafiłem i trochę sobie z nim pogadałem. Z rowerami nie było problemu, jeśli ktoś chciał wyjść to sprawnie je przesuwaliśmy. Przed Puszczykowem dobrałem się do mojego makaronu, który miałem zjeść na śniadanie i tak mi smakował, że żałowałem że tak mało go wziąłem. Kiedy kończyłem jeść przyszedł konduktor, pokazałem mu bilet i już legitymacji nie kazał mi pokazywać tylko życzył "smacznego". Później jeszcze przepuszczałem go do drzwi, przy czym był bardzo miły dla nas. Chwilę później już byliśmy w Mosinie i pożegnałem się z moim pociągowym towarzyszem.
Mosina / Przed startem.
Godz ok 8:30. Za dużo kolarzy to z pociągu nie wysiadło, jakaś ekpia w koszulkach Corrateca, jeden w CSC i jakiś jeszcze jeden. Pojechałem za ludźmi z Corrateca, którzy oczywiście zamiast od razu na Pożegowo to pojechali do sklepu. Później musiałem krążyć po rynku i szukać jakieś drogi na rondo. A to jedna było jednokierunkowa, a to druga była ślepa. Jakoś na około wyjechałem z tego i na rondzie zauważyłem oznaczenia maratonu. Jadąc według nich pojechałem na podjazd do Pożegowa, gdzie spokojnie, nie męcząc się na najmniejszej przerzutce sobie pedałowałem 10 km/h. Co chwile ktoś w ramach rozgrzewki zjeżdżał, żeby potem podjechać pod górkę. Na górze, w miasteczku maratanu pierwsze co to poszedłem się zapisać. Trochę to dziwnie wyszło, bo najpierw zapisałem się na dystans i dostałem numerek, a potem poszedłem do kas jeszcze raz z kolejną wypisaną kartą uczestnika, gdzie zapłaciłem i dostałem pieczątkę na karcie. Z tego co słyszałem, to najpierw trzeba było zapłacić, a potem dopiero zapisać się na dystans, a tak jak ja to zrobiłem to mogłem już w ogóle nie płacić. Gdy już załatwiłem te wszystkie sprawy to była godz ok 9, czyli 2h do startu. Usiadłem sobie pod drzewkiem i przyglądałem się jak wyglądają przygotowywania do maratonu. Panował ogólny chaos, wszystkie namioty z jedzeniem były dopiero co rozkładane. Na parkingu przybywało coraz to więcej samochodów, do zapisów zaczęła się robić długa koleja. Siedząc tak, zagadał do mnie jakiś weteran maratonów i chwilę mi pomarudził na organizację i maraton. Gdy Jacek nie dawał oznak życia do 10, zadzwoniłem do niego z pytaniem gdzie jest. Okazało się, że gdzieś źle skręcił i pojechał na jakąś wiochę ładne parę km dalej. Zaczęło robić się nieciekawie, za 30 min miało być ustawianie w sektorze, a z plecakiem raczej nie pojadę. Żeby szybciej tą sprawę załatwić podjechałem na rondo do Mosiny, żeby Jacuś nie musiał się na podjeździe męczyć. Jednak po 10 min bezsensownego czekania znowu do niego zadzwoniłem i okazało się, że on teraz jest na Osowej. To sobie ładnie zjechał, przejął plecak i ja pojechałem na górę. Teraz to już mnóstwo ludzi sobie podjeżdżało, niektórzy nawet dawali z siebie wszystko. Ja też nie chciałem jechać zupełnie na luzie i trochę zwiększyłem tempo.
Godz ok 10:30. W miasteczku pierwsze co usłyszałem, to głos trenera w udzielanym wywiadzie. Chcąc podjechać do trenera po skończonej rozmowie zainteresował się mną komentator słowami "Mamy nawet zawodniku z drużyny Eurosportu!". Ja wtedy cały przestraszony zacząłem machać głową na "nie", żeby nie podchodził do mnie ale to nic nie dało. Już po chwili podstawił mi mikrofon pod twarz i wypytywał mnie o koszulkę. Gdzie ją wygrałem, jakie były pytania itp. Na koniec jeszcze spytał się, czy znam dwóch komentatorów Eurosportu, na co ja odpowiedziałem coś w stylu: "No pewnie, pan Jaroński i Wyrzykowski!" Ogólnie to było to straszne, jak usłyszałem swój głos przez głośniki to tak się speszyłem, że nie mogłem ułożyć składnego zdania i ciągle się jąkałem. Ale jakoś dałem radę, następnym razem będzie lepiej.
Teraz goniłem trenera, żeby przywitać się z nim i zagadać o taktykę/trasę maratonu. Jednak od razu mi się to nie udało, nie dosyć że ktoś tam za nim biegł doradzając coś, to jeszcze spieszył się zrobić rozgrzewkę. Chwilę poczekałem za nim przed parkingiem i jedynie zdążyliśmy powiedzieć sobie cześć. Gdy już straciłem nadzieję na dłuższą rozmowę pojechałem na moją miejscówe pod drzewkiem i już zaraz jechałem z wolna ustawić się w sektorze. Trochę skopałem że nie pojechałem tam od razu, tylko poczekałem aż już będzie tam trochę ludzi.
Wychodząc z cienia, poczułem ten gorąc jaki bił z nieba. Ludzi zaczęło szybko przybywać, zarówno za mną jak i wpychalscy przede mną. Trochę dziwne, że ludzie po prostu albo dostawiali się z przodu, albo przenosili rowery nad innymi i ustawiali się w kolejnych "liniach", gdzie ludzie musieli się mocno ściskać aby wstawić tam jeszcze jeden rower. W czasie gdy przybywało ludzi zaczęło się odliczanie. Najpierw 10 min do startu - corny już rozpakowane w kieszonce koszulki. Sprawdzam jak się mają - jeden już mi się cały klei, drugi jakoś siedzi w opakowaniu. Na 2 min przed startem poczułem głód i szybko zjadłem tego bardziej roztopionego corna. Łyk wody i już jestem gotowy do startu. Jeszcze tylko trener wepchnął się gdzieś z przodu i już były sekundy do startu.
START MARATONU
Końcowe odliczanie do startu. Wpinam jeden but żeby szybciej ruszyć. I nastąpiła ta chwila. Wszyscy momentalnie zaczęli się pchać, a zanim ja w ogóle trochę się ruszyłem do przodu to minęło dobre 30 sek. Z początku przesuwałem się odpychając butem, dopiero po kolejnych sekundach usiadłem na siodełku. Już czołówka była na dole, a ja dopiero co zaczynałem zjazd. Ten świst opon 400 kolarzy jadących ponad 50 km/h - niesamowite, nic po za tym wtedy nie słyszałem. W takim peletonie o wiele szybciej się jedzie niż samotnie - prawie bez pedałowania osiągnąłem 60 km/h i starałem się objeżdżając tych przede mną przebić się do przodu. Koniec zjazdu, teraz dobrze ułożyć się do zakrętu i jeszcze parę pozycji odrobić. Zrobiłem to dosyć ostrożnie, ale nie jakoś specjalnie wolno. Później słyszałem, że tam niektórzy pędząc 60 km/h musieli ostro hamować, a nawet doszło do paru kolizji. Następnie rondo - tutaj miałem więcej miejsca i pojechałem je z lewej, krótszej strony zdobywając jeszcze parę miejsc. Wjazd na rynek i tu niespodzianka - cały peleton zatrzymał się. Coś tam z przodu krzyczeli żeby się cofnąć, śmiali się, że podobno źle skręciliśmy. Wtedy zgłupiałem i stanąłem w miejscu, mimo że mogłem się trochę przepchać do przodu. Niektórzy nawet zawracali, ale ja wolałem chwilę poczekać i zobaczyć co się będzie dalej działo. W tym czasie miała przemawiać pani Burmistrz Mosiny, której oczywiście nie widziałem ani nie słyszałem. Po chwili ruszyliśmy dalej, startując byłem gdzieś w 2 połowie stawki. Teraz znowu zaczęło się przepychanie do przodu i dobre ustawianie się przed startem ostrym, który miał być po pokonaniu torów. Trasa pokierowana była jakimiś nieznanymi mi ulicami, ale jechałem na tyle szybko że odrabiałem pozycji. Po chwili wjechaliśmy na właściwą ulicę do Pożegowa, gdzie zaczął się ten straszny podjazd. Jednak dla mnie jadąc w peletonie nie był on znowu taki straszny. Objeżdżałem wszystkich równo, prędkość osiągałem 15-20 km/h. Gdzieś w połowie podjazdu wyczaiłem jednego gościa z Torq'a i stwierdziłem, że fajnie będzie jak chociaż spróbuję utrzymać jego tempo. Teraz zacząłem przepychanie się do przodu razem z kontrolowaniem jego pozycji. Jakoś strasznie szybko to on nie jechał, nie miałem problemu z trzymaniem się jego. Parę razy zgubiłem go z pola widzenia, ale po chwili sam się odnalazł gdzieś z boku.
Podjazd już za mną, mocno przetasował stawkę. Słabsi na nim jeszcze jechali, ci mocniejsi już dawno byli z przodu. Ja zjazd po bruku pokonałem zaraz za Torqiem, nawet jeszcze udało nam się przebić trochę do przodu. Teraz wjazd w las - JEDNA WIELKA CHMURA KURZU. Teraz zrozumiałem, co to znaczy jechać maraton w takim upale, bez większych opadów na trasie od wielu dni. Kurz i pył był wszędzie, widoczność była nie wielka. Tylko dostrzegałem parę rowerów przede mną i obok mnie. Czułem, jak kurz wciska mi się pod okularami do oczu, nawet w jednym miejscu musiałem zamknąć prawe oko bo już nie mogłem wytrzymać. Piach, który w zeszłym tygodniu przysporzył mi tyle problemów. Teraz jechałem jak burza, momentami tylko tańcząc. Torq na Rocket Ronach miał większy problem, przez co trochę mu odjechałem. Było by pięknie, gdyby nie jedno miejsce w którym się ostro zakopałem i zatrzymałem na chwilę pociąg zawodników za mną. Jednego przepuściłem, a przed resztą szybko wszedłem na trasę i ruszyłem goniąc przód. Po paru sekundach już jechałem komuś na kole. Zakręt w prawo i dalej już bardziej utwardzoną trasą do przodu. Tutaj zaczęło się moje ściganie. Tempo, jakim jechali zawodnicy było po prostu za wolne jak dla mnie i prawie cały czas, jak pozwalały na to warunki starałem się przemieszczać do przodu. Nigdy tędy nie jechałem, więc wolałem nie przesadzić i zakopać się znowu w jakimś piachu, przez co wyprzedzałem tylko w pewnych miejscach. Z resztą miejsca zapiaszczone było od razu widać po chmurach kurzu. Wyjechaliśmy z lasu i dalej trasa prowadziła alejkami przez jakieś wiochy. Na moment nawet znaleźliśmy się w Łodzi. W pewnym momencie wyprzedził mnie jeden koleś - a mało takich było ;). Ten ktoś wydał mi się dziwnie znajomy i po chwili jechania za nim przypomniało mi się że podobny gościu na treningu chodzi. Tempo miał świetne, dla mnie idealne. W pewnym momencie zrobiło się trochę piachu, ale spokojnie dało się pędzić. On jednego wyprzedził, a ja utkwiłem przez piach za tym wolnym. Kiedy nadarzyła się okazja to wyprzedzania to nie wahając się popędziłem prawą stroną, gdzie szynko utwardzona drogi przemieniła się w grząski piach, w którym po raz drugi poległem. Jechałem wtedy ramię w ramię z kolegą z treningów, a po chwili już czekałem aż wszyscy przejadą i będę mógł się wepchnąć do jakieś grupki. Wyprzedziło mnie wtedy bardzo dużo kolarzy, straciłem może nawet 20 miejsc. Kiedy udało już mi się wjechać to po wyjechaniu na pewniejszy teraz kontynuowałem moją taktykę wyprzedzana, ale już mądrzejszy co do piachu. Nawet dogoniłem mojego Torqa, za którym już się teraz trzymałem. Wjazd na szosę i cała grupa zaczęła pić, ja wtedy szybko wziąłem łyka i dosyć mocno się rozpędzając zdobywałem kolejne miejsca. Dalej znowu w teren i znowu ten torq. Jadąc tak dojechałem do pierwszego bufetu, gdzie patrząc jak to inni robią również z resztą zatrzymałem się aby przejąć kubeczek z wodą. Starałem się szybko to wypić już jadąc i połowę rozlałem sobie na twarz. Straciłem przez to parę miejsc, ale również kilku zawodników co jechało przede mną jeszcze się posilało. Po chwili już nabrałem prędkości i dalej trzymałem się kolesia z Torqa. Już nie pamiętałem jak to i gdzie szło, ale jadąc za torqiem przez różne lasy, alejki, pola, w pewnym momencie wyprzedził nas inny, nieco starszy kumpel z jego teamu na rowerze chyba 29er i momentalnie tempo wzrosło. Było widać, że starszy pomaga młodszemu koledze nadając tempo, na czym ja też mocno skorzystałem. Gdzieś dalej wjechaliśmy jakaś grupa cofała się w naszą stroną, a my wjechaliśmy wtedy w ścieżkę wgłąb lasu. I tu się zaczęła największa frajda. To co trenowaliśmy na treningach: ostry podjazd, a zaraz ostry zjazd, wąskie ścieżki między drzewami. Na większości podjazdów doganiałem przód, a na większości zjazdów jadąc dość asekuracyjnie ci z przodu uciekali mi. Na jednym podjeździe, widać jak ci na górze męczą się, zatrzymują i schodzą z rowerów ja nawet nie podejmowałem wyzwania tylko od razu zsiadłem i podbiegłem na górę. Po przejechaniu pętelki chyba był kawałek w lesie, po czym wyjechaliśmy na płyty betonowe. Tutaj zaczęła się prędkość. Jechałem dosyć spokojnym tempem (30 km/h) za torqiem. Korzystając z okazji wyjąłem z tylniej kieszonki batona i wpakowałem go do paszczy z połowę. Zacząłem go mielić, a tu niespodzianka: jadąc tymi płytami nagle zaczęło robić się dosyć stromo, do tego jeszcze torq jakoś dziwnie zwiększył tempo. Ja z wypełnionymi polikami postanowiłem nie dać mu uciec i szybko dosiadłem mu się na koło, a jak skończył się podjazd do dokończyłem moje posilanie się. Łyk wody i kawałek jadać z nim, wyprzedził nas jakiś szybszy zawodnik. Nastała teraz ta smutna chwila, w której opuściłem torq i popędziłem za tym rozpędzonym gościem. Dosiadłem mu się na koło i przebijaliśmy razem do przodu.
Gdzieś w okolicach Puszczykowa trasę poprowadzono przez jakieś posesję. Z początku była ona dosyć stromo po płytach pod górkę, później wypłaszczenie z widokiem na domek z basenem (ktoś tam obok mnie powiedział, że teraz można by wjechać prosto w basen - fakt, upał był, ale do zniesienia). Dalej drugi bufet - w jeździe złapałem kubeczek, wziąłem łyka, resztę wylałem na plecy i brzuch - świetne uczucie. Jeszcze podjechałem po arbuza i wpieprzając go goniłem tych przede mną. Przez sprawne obsłużenie zyskałem parę pozycji. Teraz kolejna trasa bardziej wymagająca, kolejne zjazdy i podjazdy. Nie wiem jak to możliwe, ale w pewnym momencie znalazł się chyba ten sam koleś z torqu przede mną, ale miał problem na jednym z zakrętów i wypadł na moment z trasy. Wtedy sprawnie go objechałem i jechałem dalej. Tam spotkała mnie nie miła niespodzianka - widok trenera stojącego z boku grzebiącego coś w rowerze z tym samym kolesiem, z którym widziałem go na starcie. Krzyknąłem coś jak "Oj trenerze trenerze, znowu pech", na co on mi coś odpowiedział ale już tego nie dosłyszałem.
Dalej pamiętam asfalt, gdzie po zobaczeniu na liczniku 33km (trasa miała mieć 35 km) zwiększyłem tempo. Po chwili jednak zobaczyłem tabliczkę 5 km do mety, ale już tempo starałem się utrzymać. Nawet musiało być tak równo, że zablokowałem amora. Zapomniałem o tym i na dużej szybkości wjechałem w próg zwalniający - nieźle coś mi tam trzasnęło, jakby tego jeszcze było mało to potem coś z przodu mi charczało. Bałem się, że poszła dętka, ale na szczęście obyło się bez tego. Pędząc tak dalej znowu trasa prowadziła przez las, a tam na końcu prostego odcinka było sporo piachu. Widziałem jak inni z nim walczą, to ja woląc tego uniknąć zsiadłem z roweru i biegłem z nim przez ok 50m. Obok mnie jedna kobitka z nim walczyła i chyba nawet dała radę, ale pewni straciła na tym więcej sił niż ja. Teraz już dawałem z siebie prawie wszystko - 1km do mety. 500m przed metą stała jakaś grupka informująca o tym fakcie. Ja, jak to usłyszałem to jeszcze przyspieszyłem, na co oni zaczęli mi klaskać i krzyczeć widząc moją walkę o czas. Już słyszałem odgłosy z mety, znowu ten głos komentatora. Teraz polanka i rozjazd - tylko kurde co TU SIĘ DZIEJE?! Pojechałem na wprost ludzi, a tam trasa do mety zablokowana taśmą i tylko na drugie kółko można było wjechać. Jakieś babce spytałem się gdzie meta i ona kazała mi pod taśmą przejechać. Szybko to zrobiłem i teraz dawałem z siebie wszystko na brukowanym podjeździe. Do tej pory jakoś mocno się nie zmęczyłem, ale tutaj to po prostu czułem jak tracę siły. Gdzieś tam kilkanaście/kilkadziesiąt metrów przede mną widziałem jakiegoś zawodnika, którego wyprzedzenia przybrałem za cel. Dawałem ile mogłem, a jechałem nawet dosyć szybko. Widziałem jak go doganiam. Podjeżdzając coraz wyżej byłem coraz bliżej jego. Jeszcze czas dla fotoreporterów, którzy wyłapali piękny moment mojego grymasu jak poczułem straszny ból nóg i już byłem przy nim. Ostatnia prosta do mety. Obejrzałem się czy ten ktoś próbuję mnie dogonić i odetchnąłem. Najwyraźniej był tak zmęczony, że pogodził się z tą porażką na ostatnich metrach, a ja już ostatkiem sił dojechałem na metę. Tylko słyszałem jak komentator nawoływał "I kolejni na mecie: zawodnik w koszulce Eurosportu..." i położyłem się na kierownicy roweru łapiąc oddech. Podziękowałem temu komuś za "walkę" i jak doszedłem do siebie poszedłem zorientować się, co się dzieje w miasteczku.
Po maratonie (godz ok 12:30):
Była darmowa woda, kiełba za kartkę i długie oczekiwanie na ogłoszenie wyników. Trochę się obmyłem i czekałem na wyniki, które miały być o 14:40. Poddałem się o 15:15 i uciekłem do Jacka po plecak. Tam się u niego obmyłem, chwilę pogadaliśmy w ogródku w tym czasie coś jedząc i ruszyłem w drogę powrotną. Tam przed Luboniem spotkałem jednego kolarza, wracającego również z Maratonu. Jadąc razem całą drogą przegadaliśmy o różnych rzeczach, w międzyczasie koleś opierniczył gościa trabiącego na nas jak jechaliśmy szosą obok siebie. Już jak się żegnaliśmy przy wiadukcie na hetmańskiej to zaliczyłem pierwszą glebę w spd na światłach - trochę się zagapiłem i zapomniałem odpiąć. Kolanko obtarte, krew lała się strumieniami ;P. Nawet z plecakiem nie jechało się tak źle, jak się tego spodziewałem. W domu o ok 17.
Kategoria Wyścig



