Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
  • DST 74.02km
  • Czas 03:41
  • VAVG 20.10km/h
  • VMAX 59.88km/h
  • Temperatura 32.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Maraton Mosina-Pożegowo

Niedziela, 5 czerwca 2011 · dodano: 05.06.2011 | Komentarze 0

Przygotowanie i dojazd.
Pobudka rano o 6:40, wstałem bez problemów. Wszystko przygotowałem sobie przed pójściem spać, także musiałem tylko zjeść śniadanie (kiełby, makaron do plecaka) i mogłem już jechać na dworzec. Już dojeżdżając do dworca zauważyłem pierwszych zawodników, na dworcu przy kasach byli już kolejni. Trochę sobie postałem w kasie, do tego jeszcze obsługiwała taka nie miła pani. Bilet do Mosiny kosztował mnie 3,80 + 1zł za rower. Pociąg wyjeżdżał o 8:04, na peronie byłem jakoś przed 8. Pociąg już tam stał, niestety starego typu chyba bez przedziału z miejscami na rower. Zobaczyłem w przejściu jednego rowerzystę, to ładnie spytałem się czy można dołączyć i wbiłem do niego. Bardzo dobrze trafiłem i trochę sobie z nim pogadałem. Z rowerami nie było problemu, jeśli ktoś chciał wyjść to sprawnie je przesuwaliśmy. Przed Puszczykowem dobrałem się do mojego makaronu, który miałem zjeść na śniadanie i tak mi smakował, że żałowałem że tak mało go wziąłem. Kiedy kończyłem jeść przyszedł konduktor, pokazałem mu bilet i już legitymacji nie kazał mi pokazywać tylko życzył "smacznego". Później jeszcze przepuszczałem go do drzwi, przy czym był bardzo miły dla nas. Chwilę później już byliśmy w Mosinie i pożegnałem się z moim pociągowym towarzyszem.

Mosina / Przed startem.
Godz ok 8:30. Za dużo kolarzy to z pociągu nie wysiadło, jakaś ekpia w koszulkach Corrateca, jeden w CSC i jakiś jeszcze jeden. Pojechałem za ludźmi z Corrateca, którzy oczywiście zamiast od razu na Pożegowo to pojechali do sklepu. Później musiałem krążyć po rynku i szukać jakieś drogi na rondo. A to jedna było jednokierunkowa, a to druga była ślepa. Jakoś na około wyjechałem z tego i na rondzie zauważyłem oznaczenia maratonu. Jadąc według nich pojechałem na podjazd do Pożegowa, gdzie spokojnie, nie męcząc się na najmniejszej przerzutce sobie pedałowałem 10 km/h. Co chwile ktoś w ramach rozgrzewki zjeżdżał, żeby potem podjechać pod górkę. Na górze, w miasteczku maratanu pierwsze co to poszedłem się zapisać. Trochę to dziwnie wyszło, bo najpierw zapisałem się na dystans i dostałem numerek, a potem poszedłem do kas jeszcze raz z kolejną wypisaną kartą uczestnika, gdzie zapłaciłem i dostałem pieczątkę na karcie. Z tego co słyszałem, to najpierw trzeba było zapłacić, a potem dopiero zapisać się na dystans, a tak jak ja to zrobiłem to mogłem już w ogóle nie płacić. Gdy już załatwiłem te wszystkie sprawy to była godz ok 9, czyli 2h do startu. Usiadłem sobie pod drzewkiem i przyglądałem się jak wyglądają przygotowywania do maratonu. Panował ogólny chaos, wszystkie namioty z jedzeniem były dopiero co rozkładane. Na parkingu przybywało coraz to więcej samochodów, do zapisów zaczęła się robić długa koleja. Siedząc tak, zagadał do mnie jakiś weteran maratonów i chwilę mi pomarudził na organizację i maraton. Gdy Jacek nie dawał oznak życia do 10, zadzwoniłem do niego z pytaniem gdzie jest. Okazało się, że gdzieś źle skręcił i pojechał na jakąś wiochę ładne parę km dalej. Zaczęło robić się nieciekawie, za 30 min miało być ustawianie w sektorze, a z plecakiem raczej nie pojadę. Żeby szybciej tą sprawę załatwić podjechałem na rondo do Mosiny, żeby Jacuś nie musiał się na podjeździe męczyć. Jednak po 10 min bezsensownego czekania znowu do niego zadzwoniłem i okazało się, że on teraz jest na Osowej. To sobie ładnie zjechał, przejął plecak i ja pojechałem na górę. Teraz to już mnóstwo ludzi sobie podjeżdżało, niektórzy nawet dawali z siebie wszystko. Ja też nie chciałem jechać zupełnie na luzie i trochę zwiększyłem tempo.
Godz ok 10:30. W miasteczku pierwsze co usłyszałem, to głos trenera w udzielanym wywiadzie. Chcąc podjechać do trenera po skończonej rozmowie zainteresował się mną komentator słowami "Mamy nawet zawodniku z drużyny Eurosportu!". Ja wtedy cały przestraszony zacząłem machać głową na "nie", żeby nie podchodził do mnie ale to nic nie dało. Już po chwili podstawił mi mikrofon pod twarz i wypytywał mnie o koszulkę. Gdzie ją wygrałem, jakie były pytania itp. Na koniec jeszcze spytał się, czy znam dwóch komentatorów Eurosportu, na co ja odpowiedziałem coś w stylu: "No pewnie, pan Jaroński i Wyrzykowski!" Ogólnie to było to straszne, jak usłyszałem swój głos przez głośniki to tak się speszyłem, że nie mogłem ułożyć składnego zdania i ciągle się jąkałem. Ale jakoś dałem radę, następnym razem będzie lepiej.
Teraz goniłem trenera, żeby przywitać się z nim i zagadać o taktykę/trasę maratonu. Jednak od razu mi się to nie udało, nie dosyć że ktoś tam za nim biegł doradzając coś, to jeszcze spieszył się zrobić rozgrzewkę. Chwilę poczekałem za nim przed parkingiem i jedynie zdążyliśmy powiedzieć sobie cześć. Gdy już straciłem nadzieję na dłuższą rozmowę pojechałem na moją miejscówe pod drzewkiem i już zaraz jechałem z wolna ustawić się w sektorze. Trochę skopałem że nie pojechałem tam od razu, tylko poczekałem aż już będzie tam trochę ludzi.
Wychodząc z cienia, poczułem ten gorąc jaki bił z nieba. Ludzi zaczęło szybko przybywać, zarówno za mną jak i wpychalscy przede mną. Trochę dziwne, że ludzie po prostu albo dostawiali się z przodu, albo przenosili rowery nad innymi i ustawiali się w kolejnych "liniach", gdzie ludzie musieli się mocno ściskać aby wstawić tam jeszcze jeden rower. W czasie gdy przybywało ludzi zaczęło się odliczanie. Najpierw 10 min do startu - corny już rozpakowane w kieszonce koszulki. Sprawdzam jak się mają - jeden już mi się cały klei, drugi jakoś siedzi w opakowaniu. Na 2 min przed startem poczułem głód i szybko zjadłem tego bardziej roztopionego corna. Łyk wody i już jestem gotowy do startu. Jeszcze tylko trener wepchnął się gdzieś z przodu i już były sekundy do startu.

START MARATONU
Końcowe odliczanie do startu. Wpinam jeden but żeby szybciej ruszyć. I nastąpiła ta chwila. Wszyscy momentalnie zaczęli się pchać, a zanim ja w ogóle trochę się ruszyłem do przodu to minęło dobre 30 sek. Z początku przesuwałem się odpychając butem, dopiero po kolejnych sekundach usiadłem na siodełku. Już czołówka była na dole, a ja dopiero co zaczynałem zjazd. Ten świst opon 400 kolarzy jadących ponad 50 km/h - niesamowite, nic po za tym wtedy nie słyszałem. W takim peletonie o wiele szybciej się jedzie niż samotnie - prawie bez pedałowania osiągnąłem 60 km/h i starałem się objeżdżając tych przede mną przebić się do przodu. Koniec zjazdu, teraz dobrze ułożyć się do zakrętu i jeszcze parę pozycji odrobić. Zrobiłem to dosyć ostrożnie, ale nie jakoś specjalnie wolno. Później słyszałem, że tam niektórzy pędząc 60 km/h musieli ostro hamować, a nawet doszło do paru kolizji. Następnie rondo - tutaj miałem więcej miejsca i pojechałem je z lewej, krótszej strony zdobywając jeszcze parę miejsc. Wjazd na rynek i tu niespodzianka - cały peleton zatrzymał się. Coś tam z przodu krzyczeli żeby się cofnąć, śmiali się, że podobno źle skręciliśmy. Wtedy zgłupiałem i stanąłem w miejscu, mimo że mogłem się trochę przepchać do przodu. Niektórzy nawet zawracali, ale ja wolałem chwilę poczekać i zobaczyć co się będzie dalej działo. W tym czasie miała przemawiać pani Burmistrz Mosiny, której oczywiście nie widziałem ani nie słyszałem. Po chwili ruszyliśmy dalej, startując byłem gdzieś w 2 połowie stawki. Teraz znowu zaczęło się przepychanie do przodu i dobre ustawianie się przed startem ostrym, który miał być po pokonaniu torów. Trasa pokierowana była jakimiś nieznanymi mi ulicami, ale jechałem na tyle szybko że odrabiałem pozycji. Po chwili wjechaliśmy na właściwą ulicę do Pożegowa, gdzie zaczął się ten straszny podjazd. Jednak dla mnie jadąc w peletonie nie był on znowu taki straszny. Objeżdżałem wszystkich równo, prędkość osiągałem 15-20 km/h. Gdzieś w połowie podjazdu wyczaiłem jednego gościa z Torq'a i stwierdziłem, że fajnie będzie jak chociaż spróbuję utrzymać jego tempo. Teraz zacząłem przepychanie się do przodu razem z kontrolowaniem jego pozycji. Jakoś strasznie szybko to on nie jechał, nie miałem problemu z trzymaniem się jego. Parę razy zgubiłem go z pola widzenia, ale po chwili sam się odnalazł gdzieś z boku.
Podjazd już za mną, mocno przetasował stawkę. Słabsi na nim jeszcze jechali, ci mocniejsi już dawno byli z przodu. Ja zjazd po bruku pokonałem zaraz za Torqiem, nawet jeszcze udało nam się przebić trochę do przodu. Teraz wjazd w las - JEDNA WIELKA CHMURA KURZU. Teraz zrozumiałem, co to znaczy jechać maraton w takim upale, bez większych opadów na trasie od wielu dni. Kurz i pył był wszędzie, widoczność była nie wielka. Tylko dostrzegałem parę rowerów przede mną i obok mnie. Czułem, jak kurz wciska mi się pod okularami do oczu, nawet w jednym miejscu musiałem zamknąć prawe oko bo już nie mogłem wytrzymać. Piach, który w zeszłym tygodniu przysporzył mi tyle problemów. Teraz jechałem jak burza, momentami tylko tańcząc. Torq na Rocket Ronach miał większy problem, przez co trochę mu odjechałem. Było by pięknie, gdyby nie jedno miejsce w którym się ostro zakopałem i zatrzymałem na chwilę pociąg zawodników za mną. Jednego przepuściłem, a przed resztą szybko wszedłem na trasę i ruszyłem goniąc przód. Po paru sekundach już jechałem komuś na kole. Zakręt w prawo i dalej już bardziej utwardzoną trasą do przodu. Tutaj zaczęło się moje ściganie. Tempo, jakim jechali zawodnicy było po prostu za wolne jak dla mnie i prawie cały czas, jak pozwalały na to warunki starałem się przemieszczać do przodu. Nigdy tędy nie jechałem, więc wolałem nie przesadzić i zakopać się znowu w jakimś piachu, przez co wyprzedzałem tylko w pewnych miejscach. Z resztą miejsca zapiaszczone było od razu widać po chmurach kurzu. Wyjechaliśmy z lasu i dalej trasa prowadziła alejkami przez jakieś wiochy. Na moment nawet znaleźliśmy się w Łodzi. W pewnym momencie wyprzedził mnie jeden koleś - a mało takich było ;). Ten ktoś wydał mi się dziwnie znajomy i po chwili jechania za nim przypomniało mi się że podobny gościu na treningu chodzi. Tempo miał świetne, dla mnie idealne. W pewnym momencie zrobiło się trochę piachu, ale spokojnie dało się pędzić. On jednego wyprzedził, a ja utkwiłem przez piach za tym wolnym. Kiedy nadarzyła się okazja to wyprzedzania to nie wahając się popędziłem prawą stroną, gdzie szynko utwardzona drogi przemieniła się w grząski piach, w którym po raz drugi poległem. Jechałem wtedy ramię w ramię z kolegą z treningów, a po chwili już czekałem aż wszyscy przejadą i będę mógł się wepchnąć do jakieś grupki. Wyprzedziło mnie wtedy bardzo dużo kolarzy, straciłem może nawet 20 miejsc. Kiedy udało już mi się wjechać to po wyjechaniu na pewniejszy teraz kontynuowałem moją taktykę wyprzedzana, ale już mądrzejszy co do piachu. Nawet dogoniłem mojego Torqa, za którym już się teraz trzymałem. Wjazd na szosę i cała grupa zaczęła pić, ja wtedy szybko wziąłem łyka i dosyć mocno się rozpędzając zdobywałem kolejne miejsca. Dalej znowu w teren i znowu ten torq. Jadąc tak dojechałem do pierwszego bufetu, gdzie patrząc jak to inni robią również z resztą zatrzymałem się aby przejąć kubeczek z wodą. Starałem się szybko to wypić już jadąc i połowę rozlałem sobie na twarz. Straciłem przez to parę miejsc, ale również kilku zawodników co jechało przede mną jeszcze się posilało. Po chwili już nabrałem prędkości i dalej trzymałem się kolesia z Torqa. Już nie pamiętałem jak to i gdzie szło, ale jadąc za torqiem przez różne lasy, alejki, pola, w pewnym momencie wyprzedził nas inny, nieco starszy kumpel z jego teamu na rowerze chyba 29er i momentalnie tempo wzrosło. Było widać, że starszy pomaga młodszemu koledze nadając tempo, na czym ja też mocno skorzystałem. Gdzieś dalej wjechaliśmy jakaś grupa cofała się w naszą stroną, a my wjechaliśmy wtedy w ścieżkę wgłąb lasu. I tu się zaczęła największa frajda. To co trenowaliśmy na treningach: ostry podjazd, a zaraz ostry zjazd, wąskie ścieżki między drzewami. Na większości podjazdów doganiałem przód, a na większości zjazdów jadąc dość asekuracyjnie ci z przodu uciekali mi. Na jednym podjeździe, widać jak ci na górze męczą się, zatrzymują i schodzą z rowerów ja nawet nie podejmowałem wyzwania tylko od razu zsiadłem i podbiegłem na górę. Po przejechaniu pętelki chyba był kawałek w lesie, po czym wyjechaliśmy na płyty betonowe. Tutaj zaczęła się prędkość. Jechałem dosyć spokojnym tempem (30 km/h) za torqiem. Korzystając z okazji wyjąłem z tylniej kieszonki batona i wpakowałem go do paszczy z połowę. Zacząłem go mielić, a tu niespodzianka: jadąc tymi płytami nagle zaczęło robić się dosyć stromo, do tego jeszcze torq jakoś dziwnie zwiększył tempo. Ja z wypełnionymi polikami postanowiłem nie dać mu uciec i szybko dosiadłem mu się na koło, a jak skończył się podjazd do dokończyłem moje posilanie się. Łyk wody i kawałek jadać z nim, wyprzedził nas jakiś szybszy zawodnik. Nastała teraz ta smutna chwila, w której opuściłem torq i popędziłem za tym rozpędzonym gościem. Dosiadłem mu się na koło i przebijaliśmy razem do przodu.
Gdzieś w okolicach Puszczykowa trasę poprowadzono przez jakieś posesję. Z początku była ona dosyć stromo po płytach pod górkę, później wypłaszczenie z widokiem na domek z basenem (ktoś tam obok mnie powiedział, że teraz można by wjechać prosto w basen - fakt, upał był, ale do zniesienia). Dalej drugi bufet - w jeździe złapałem kubeczek, wziąłem łyka, resztę wylałem na plecy i brzuch - świetne uczucie. Jeszcze podjechałem po arbuza i wpieprzając go goniłem tych przede mną. Przez sprawne obsłużenie zyskałem parę pozycji. Teraz kolejna trasa bardziej wymagająca, kolejne zjazdy i podjazdy. Nie wiem jak to możliwe, ale w pewnym momencie znalazł się chyba ten sam koleś z torqu przede mną, ale miał problem na jednym z zakrętów i wypadł na moment z trasy. Wtedy sprawnie go objechałem i jechałem dalej. Tam spotkała mnie nie miła niespodzianka - widok trenera stojącego z boku grzebiącego coś w rowerze z tym samym kolesiem, z którym widziałem go na starcie. Krzyknąłem coś jak "Oj trenerze trenerze, znowu pech", na co on mi coś odpowiedział ale już tego nie dosłyszałem.
Dalej pamiętam asfalt, gdzie po zobaczeniu na liczniku 33km (trasa miała mieć 35 km) zwiększyłem tempo. Po chwili jednak zobaczyłem tabliczkę 5 km do mety, ale już tempo starałem się utrzymać. Nawet musiało być tak równo, że zablokowałem amora. Zapomniałem o tym i na dużej szybkości wjechałem w próg zwalniający - nieźle coś mi tam trzasnęło, jakby tego jeszcze było mało to potem coś z przodu mi charczało. Bałem się, że poszła dętka, ale na szczęście obyło się bez tego. Pędząc tak dalej znowu trasa prowadziła przez las, a tam na końcu prostego odcinka było sporo piachu. Widziałem jak inni z nim walczą, to ja woląc tego uniknąć zsiadłem z roweru i biegłem z nim przez ok 50m. Obok mnie jedna kobitka z nim walczyła i chyba nawet dała radę, ale pewni straciła na tym więcej sił niż ja. Teraz już dawałem z siebie prawie wszystko - 1km do mety. 500m przed metą stała jakaś grupka informująca o tym fakcie. Ja, jak to usłyszałem to jeszcze przyspieszyłem, na co oni zaczęli mi klaskać i krzyczeć widząc moją walkę o czas. Już słyszałem odgłosy z mety, znowu ten głos komentatora. Teraz polanka i rozjazd - tylko kurde co TU SIĘ DZIEJE?! Pojechałem na wprost ludzi, a tam trasa do mety zablokowana taśmą i tylko na drugie kółko można było wjechać. Jakieś babce spytałem się gdzie meta i ona kazała mi pod taśmą przejechać. Szybko to zrobiłem i teraz dawałem z siebie wszystko na brukowanym podjeździe. Do tej pory jakoś mocno się nie zmęczyłem, ale tutaj to po prostu czułem jak tracę siły. Gdzieś tam kilkanaście/kilkadziesiąt metrów przede mną widziałem jakiegoś zawodnika, którego wyprzedzenia przybrałem za cel. Dawałem ile mogłem, a jechałem nawet dosyć szybko. Widziałem jak go doganiam. Podjeżdzając coraz wyżej byłem coraz bliżej jego. Jeszcze czas dla fotoreporterów, którzy wyłapali piękny moment mojego grymasu jak poczułem straszny ból nóg i już byłem przy nim. Ostatnia prosta do mety. Obejrzałem się czy ten ktoś próbuję mnie dogonić i odetchnąłem. Najwyraźniej był tak zmęczony, że pogodził się z tą porażką na ostatnich metrach, a ja już ostatkiem sił dojechałem na metę. Tylko słyszałem jak komentator nawoływał "I kolejni na mecie: zawodnik w koszulce Eurosportu..." i położyłem się na kierownicy roweru łapiąc oddech. Podziękowałem temu komuś za "walkę" i jak doszedłem do siebie poszedłem zorientować się, co się dzieje w miasteczku.

Po maratonie (godz ok 12:30):
Była darmowa woda, kiełba za kartkę i długie oczekiwanie na ogłoszenie wyników. Trochę się obmyłem i czekałem na wyniki, które miały być o 14:40. Poddałem się o 15:15 i uciekłem do Jacka po plecak. Tam się u niego obmyłem, chwilę pogadaliśmy w ogródku w tym czasie coś jedząc i ruszyłem w drogę powrotną. Tam przed Luboniem spotkałem jednego kolarza, wracającego również z Maratonu. Jadąc razem całą drogą przegadaliśmy o różnych rzeczach, w międzyczasie koleś opierniczył gościa trabiącego na nas jak jechaliśmy szosą obok siebie. Już jak się żegnaliśmy przy wiadukcie na hetmańskiej to zaliczyłem pierwszą glebę w spd na światłach - trochę się zagapiłem i zapomniałem odpiąć. Kolanko obtarte, krew lała się strumieniami ;P. Nawet z plecakiem nie jechało się tak źle, jak się tego spodziewałem. W domu o ok 17.
Kategoria Wyścig



Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!