Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Wyścig

Dystans całkowity:4306.91 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:207:08
Średnia prędkość:20.79 km/h
Maksymalna prędkość:75.10 km/h
Maks. tętno maksymalne:205 (105 %)
Maks. tętno średnie:169 (86 %)
Suma kalorii:12186 kcal
Liczba aktywności:57
Średnio na aktywność:75.56 km i 3h 38m
Więcej statystyk
  • DST 94.98km
  • Czas 05:00
  • VAVG 19.00km/h
  • VMAX 49.08km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Miękinia

Niedziela, 13 kwietnia 2014 · dodano: 16.04.2014 | Komentarze 0

Dane z licznika, reset zaraz przed startem: 86,63 km; 3:49h

Czasu zbyt wiele nie wygospodarowałem, więc tylko parę luźnych przemyśleń:
Mój pierwszy start w maratonie w tym roku, do tego dystans Giga. Dobrze że się udało załatwić u organizatora świetny 2 sektor, dzięki temu była nadzieja na dobry rezultat. Na rozgrzewkę pokręciłem 45 minut po czym udałem się na start, gdzie wszystko opóźniło się o 30 minut. Pierwszy sektor poszedł, odliczanie drugiego i zaczęła się moja Eskowa przygoda na Bike Maratonie! Od początku wielkie zdziwienie - niby drugi sektor, stałem gdzieś w połowie stawki, a tempo jak dla mnie wycieczkowe. A do tego ludzie przepychają się jakby od tego miało zależeć ich życie... No kurde. Czy ja jestem taki mocny czy inni tacy słabi? Na szosie już nie wytrzymałem i pognałem pod wiatr gonić jakąś grupkę. Oczywiście się ostro zapiekłem, dużo podgoniłem ale też grupa której chciałem się pozbyć podgoniła mnie. Tak, że przy wjeździe w las wszystko się zjechało. A tam dalej wyścigi. Teraz już byłem z lekka podmęczony i szanowałem jazdę na kole, więc na tempo nie narzekałem. Ale gdy widziałem że ktoś próbuje ambitnie się przebić do przodu to szybko przeskakiwałem na jego koło. Sam też nie raz ładnie podgoniłem. Po takich wyścigach rzędów pojawiły się pierwsze podjazdy i kolejny szok - ludzie przy bardzo lekkich podjazdach pod które jakby się uprzeć można by z blatu wjechać, zrzucali na młynek i mielili... A że było wąsko to nie raz nie było takich jak wyprzedzić. Dla mnie szok, bo jakby nie patrzeć był to 2gi sektor, który do tej pory uważałem za dość mocny. Jak się dało to wyprzedzałem, jak nie było miejsca to czekałem do końca i na wypłaszczeniu gdy inni szukali powietrza to ja śmigałem przed nich. Najbardziej jednak było wkurzające to, że po takich podjazdach zawsze były jakieś zjazdy lub zakręty, na których takie osoby które wyprzedziłem, bez skrupułów zajeżdżały mi drogę i mówiąc kolokwialnie wpierniczali się przede mnie. Rozumiem jak jednego lub dwóch tak przepuszczę bo widzę że dobrze sobie radzi, ale nie cała grupa. Kolejny podjazd i znowu mnie blokowali. Wniosek z tego jeden - do poprawki pokonywanie zakrętów i zjazdy, bez tego ciężko być dobrym maratończykiem.
Na trasie pojawiła się też mała traska XC - w okolicy starej cegielni, czy jak się to też zwie. Według mnie, jak na trasę w której ma wystartować 2000 osób z czego połowa rekreacyjnie to nieco przegięli. Fajnie że ciasno, parę podjazdów i ciekawszych zjazdów, ale kilka niebezpiecznych przejazdów po zboczu z którego można było przez wyprofilowanie ścieżki łatwo spaść w małą przepaść, mogli sobie odpuścić. Dla kogoś obeznanego z trasą - pewnie bomba, dla kogoś kto jedzie tu pierwszy raz dobre wyzwanie, dla kogoś kto nie trenuje mogło się to skończyć źle. Jednego takiego starszego pana zbierałem w jednym miejscu na mojej drugiej rundzie, tzn zbierałem jego rower z trasy bo sam leżąc na zboczu nie chciał pomocy. Powiedział tylko że zaraz przyjedzie jego znajomy i mu pomoże, a mi kazał jechać dalej.
To był moment w którym wyprzedził mnie Pan Jasiu startujący z 3ciego sektora. Niestety był to ten właśnie odcinek XC który psychicznie już przegrałem przed jego początkiem, że Pana Jasia tempa nie utrzymałem a potem już nie dogoniłem. Na podjazdach doprowadzałem nogi do takiego zapieku, że potem musiałem parę minut luźniej pokręcić aby znowu móc trzymać tempo. Na odcinkach technicznych już nie było koncentracji i motywacji, dlatego też w paru miejscach skapitulowałem i prowadziłem rower.  W miedzyczasie dogoniłem kogoś z Eski, kim okazał się Rafał który złapał laczka, ale taka motywacja do dogonienia Pana Jasia ("bo Rafał patrzy") na niewiele mi się zdała. Właściwie to cała druga runda przejechana siłą woli. Na końcówce dojechał do mnie jeden kozak który dawał bardzo mocne zmiany na pierwszej rundzie, ale przepadł gdzieś na jednym z bufetów. Zdziwiłem się, że tak długo trwało jemu dogonienie mnie, bo miałem problem żeby nawet jechać moim równym tempem. Co prawda to jeszcze nie był ten etap myśli że na zawsze rzucam kolarstwo, ale już wczesne oznaki przez ból pleców i palców od rąk zaczynał się pojawiać. Powracając do końcówki i kozaka - wyprzedził mnie, dał znowu mocną zmianę że zacząłem siłą woli trzymać jego koło. Nogi już się poddawały ale głowa chciała, a jak wiadomo głową można wszystko zdziałać. Ale gdy już chciał, żebym dał zmianę to najpierw odmówiłem, a kolejnym razem gdy specjalnie zwolnił wyszedłem przed niego i pojechałem ile jeszcze miałem sił w nogach. A że jechałem siłą woli, to tych sił już brakowało, tak że za długo nie trwała moja zmiana. Do Mety dojechałem już za nim, za jego dobre zmiany odpuściłem walkę na finiszu, ale starałem się w jechać zaraz za nim aby nie tracić sekund. Następnie miło sobie podziękowaliśmy i kawałek się rozjechaliśmy rozmawiając, potem gdzieś w tłumie znalazłem Tomka P i Pana Jasia i razem wróciliśmy do auta. Byłem wykończony i miałem wszystkiego dość.

Podsumowując, 36 miejsce na 117 startujących na GIGA. Z początku byłem zły że tak słabo, ale teraz stwierdzam że to świetny wynik jak na mój debiut w barwach Eski. Wiele się nauczyłem i wiem co muszę poprawić w kolejnym starcie, więc na pewno będzie już tylko lepiej. Z roweru jestem bardzo zadowolony - mimo zjechanych opon i krzywych kół nie było żadnych większych problemów. Nawet bidonu nie zgubiłem. Do poprawki jeszcze wykorzystanie bufetów - wylewanie na siebie wszystkich kubeczków z wodą nie jest chyba najlepszym pomysłem, też nie jest fair wobec innych zawodników.
W każdym razie jedno jest pewne - jak będę miał nowe koła, to dopiero będzie ogień! :) Kolejne Zdzieszowice i pierwsze góry - tam to dopiero będzie zabawa!


  • DST 57.97km
  • Czas 03:28
  • VAVG 16.72km/h
  • VMAX 41.65km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Thule Cup Wągrowiec. Zaczęło się!

Niedziela, 6 kwietnia 2014 · dodano: 06.04.2014 | Komentarze 0

"... ten który ciężko trenuje na ścieżce rowerowej Rusałka - Strzeszynek, czyli Wojciech Polcyn! ..."

No i się zaczęło. Sezon jak z marzeń! Co tydzień jakiś wyścig. Szykuje się świetny rok!
Na rozgrzewkę - XC w którym startuję dla dobrego treningu, przede wszystkim głównym celem poprawa techniki jazdy i wydolności organizmu.
Wczoraj dzień odpoczynku od treningów, ale nie od roweru - prawie połowę dnia spędziłem nad łataniem dętek przygotowywaniem Instynkta i czyszczeniem Krossa przed odstawieniem na zasłużony wypoczynek. Taka ciekawostka - dopiero wczoraj odkryłem jak mała drzazga w oponie może czynić szkody. Zapewne od zeszłorocznego wyścigu w Suchym Lesie siedziała w Kendzie SBE i bezlitośnie dziurawiła wszystkie nowe i stare dętki. Masakra. Nie da się zobaczyć, palcem się nie wyczuje. Jedynie umycie opony pomogło w zauważeniu małej kropki w bieżniku.
Dzisiaj z rana dojazd na stację BP, skąd zabrałem się z panem Jasiem i rodzinką. Na miejscu byliśmy o 12, zanim się zarejestrowałem, najadłem i przebrałem to minęła kolejna godzina i o 13 ruszyłem zwiedzać okolicę. Idealnie trafiłem w przerwę między startami więc od razu pojechałem na trasę. Szybkie rozpoznanie, 2 rundy. Wstępna diagnoza: trasa ciekawa, kilka podjazdów na których można mocniej przycisnąć, zjazdy strome ale na 29erze spokojnie do zjechania. Jeden podjazd może być problem, na rozgrzewce nie walczyłem z nim tylko butowałem. Jak na XC to dość dużo płaskiego. I jeszcze parę ciasnych zakrętów, co nie powinno dziwić.
Po takich 2 rundach zrobiła się godz 13:30 i start mastersów, po którym obejrzeniu wróciłem do auta doładować akumulatory. Po drodze jeszcze spotkałem Piotrka M i Tomka Pawelca, z drugim dłuższą chwile pogadałem i pojechałem na kolejną moją rozgrzewkę. Przepuszczając Mastersów na trasie pokonałem 3 kolejne rundy, z czego ostatnią dość mocno, tak że już lekkie zmęczenie w nogach odczułem. Wróciłem do auta już całkowicie przygotować się do startu, zmieniłem okulary na stare dobre wyścigowe i pojechałem na ostateczną rozgrzewkę na szosie. 15 minut zakończone 2 skokami, na start gdzie już wszyscy się ustawiali, w sektorze byłem jako 30 więc dobre miejsce do ataku, odliczanie i ruszyli!
Czołówka poszła jak dziki, ja z założenia odpuściłem nieco i po przepuszczeniu harpaganów złapałem grupkę z którą będę mógł razem jechać. Runda rozjazdowa, przejazd przez linię start-mety, tak się spiąłem żeby złapać kogoś konkretnego że na małej hopce wypadł mi jedyny bidon... 
Oczywiście trochę za nisko się wyceniłem i już na pierwszych podjazdach musiałem kombinować. Pierwsze zakręty to było jedno wielkie dohamowywanie więc nic tam nie traciłem. Na podjazdach wyprzedzałem tych co sobie gorzej radzili, na płaskim trzymałem tempo albo sam nadawałem, na zjazdach pokrzykiwałem żeby nie hamowali tylko jechali. Parę osób mnie wyprzedziło, w tym Sławek Spławski z Rocky Mountain Team za którym długo się trzymałem i Tomek Hruświcki który poszedł jak dzik a potem długo był w moim zasięgu. Jednak nie było mi dane go dogonić, na czym bardzo mi zależało...
Druga ronda podobnie jak pierwsza, parę razy aby wyprzedzić słabsze osoby niezbyt miło się wpychałem, tak że raz sam tego pożałowałem jak jakieś krzaki weszły mi w napęd. Najpierw wszystko przeskakiwało, ale po przejechaniu paruset metrów wszystko wróciło do normy. Zaczynało mnie już suszyć i przy przejeździe przez linię mety na 3 rundę krzyknąłem do pana Kurka z prośbą o czerwony bidon który mi wypadł. Kawałek dalej zauważyłem pana Jasia przy trasie na rowerze, więc poprosiłem go o jego bidon który po chwili dostałem. Jednak minęło parę a nawet paręnaście kluczowych sekund, sam wypadłem z rytmu i potem już nie szło jak wcześniej. Parę osób mi uciekło, już nie widziałem ani mojego kolegę z nowego klubu ani Kubę z Colexu, a sam tak mocno pojechałem żeby dogonić grupkę przed którą poprzednio uciekałem że się z lekka zajechałem. Zakręty dużo gorzej mi wychodziły, na zjazdach brakowało koncentracji, zacząłem dość nerwowo jechać. Na płaskich zamiast dokręcać to popijałem wodę. W ten sposób przejechałem trzecią rundę z grupką 3 juniorów, którzy się ostro siekli między sobą, jednak na podjazdach trochę im momentami brakowało mocy.
Na czwartej rundzie już przez moje techniczne błędy zaczęli mi odjeżdżać, z początku dość minimalnie, na podjazdach nadrabiałem, ale na kolejnych ostrych zakrętach i zjazdach coraz bardziej, bardziej aż zupełnie odjechali. Piąta runda przejechana w samotności.
Początek szóstej rundy i szok - ledwo co przejechałem start a tam już słyszę okrzyki ze stadionu "Aleksander Dorożała..." i po chwili ktoś mi siedzi na kole... Myślałem że to ktoś mnie dogonił co jechał za mną, ale się myliłem, to był tylko Alik którego od razu przepuściłem żeby jechał swoje. Parę sekund i już miał parędziesiąt sekund przewagi. Dubla nie planowałem, ale od takiego zawodnika to żaden wstyd. Po paru podjazdach zauważyłem przede mną zawodnika Superiora do którego się szybko zbliżałem. Kolejne podjazdy i już go miałem, ale za mną pojawił się kolejny dzik Paweł Górniak któremu również zjechałem i straciłem na tym parę sekund. Ostatecznie na ostatnim podjeździe dogoniłem kolegę z Supa, na wypłaszczeniu wyprzedziłem i dociągnąłem go na kole do mety.

Koniec. Ostatecznie 20 miejsce w kategorii, szkoda że nie podali międzyczasów....

Po wyścigu rozjazd, wyżerka, komentarze po startowe, gratulacje i powrót do domu.
Mega udana niedziela i bardzo obiecujący start. Pozostaje mi nic innego jak dalej trenować i czekać na nowe koła. Na nich dopiero pokażę na co mnie stać ;)

Niepokojąco po 4 tej rundzie bolały mnie plecy. Dość mocno się w początkowej fazie schylałem że złapać jakiś tunel i to pewnie dlatego. Zobaczymy jak będzie na maratonach.
Nogi świetnie podawały. Może nie na tyle żeby wygrać, ale nie narzekałem na brak sił i wytrzymałości.
A co do poprawy?
-Start.. nigdy więcej litości i przepuszczania, od początku ogień żeby potem złapać dobrą grupę a nie się męczyć na podjazdach.
-Technika - ale tu poczekam za nowymi kołami i oponami, na nich będę doszlifowywał zakręty i zjazdy
- Wydolność organizmu - zawsze się przyda ;)






  • DST 83.83km
  • Czas 03:18
  • VAVG 25.40km/h
  • VMAX 48.60km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

"Dopóki walczysz - jesteś zwycięzcą" - Maraton Łopuchowo

Niedziela, 23 września 2012 · dodano: 23.09.2012 | Komentarze 0

3h piłowania koronki dały dobry efekt, za to wysiadły kolejne koronki -..-
Udany start - pech zaraz za nim; fatalna taktyka na "rozjeździe", gonienie czołówki; kolejny pech; nadrabianie strat do samej mety.

Start jak marzenie - z pierwszej linii, w pierwszym zakręcie na czele z Pawłem Cieślikiem (zawodowym szosowcem), niestety na asfalcie spada mi łańcuch przy próbie wrzucenia na blat - zjeżdżam na bok i nogą wrzucam na zębatkę, po chwili już ciągnę za Jarkiem do peletonu. Przed podjazdem cały peleton się zjechał, ja żeby nie stracić pozycji jechałem czujnie z prawej strony co jakiś czas dostając podmuchy wiatru. Mocny podjazd na szosie - czoło nadało mocniejsze tempo, ja się totalnie zagotowałem samemu walcząc z wiatrem, tak że mogłem tylko bezradnie patrzeć jak cała grupa mi odjeżdża, a już na płaskim musieli mnie ratować chłopacy. Tomek Pawelec dał zmianę, jak później mówił jadąc w trupa, potem Tomek Czerniak mnie ciągnął przez las, niefortunnie przestrzelił jeden zakręt i musiałem dalej sobie radzić sam. Złożyła się grupka z innych osób, w której dobrze układała się nam współpraca. W taki sposób ja pomału dochodziłem do siebie i co chwile łapaliśmy jakieś osoby które odpadły od pierwszej grupy.

Kiedy już czułem się na siłach, żeby dać mocniejszą i dłuższą zmianę, los dał mi kopniaka w dupsko - usłyszałem głośny syk, po czym po chwili nie miałem powietrza w tylnym kole. Rower rzuciłem w krzaki, sprawnie wyciągnąłem koło, a kiedy zabierałem się zdejmowanie dętki przyjechali z pomocą chłopacy. Dzisiaj jechali tylko na dojechanie więc mogli sobie na takie coś pozwolić, wiedzieli że dla mnie każda sekunda się liczyła w walce o generalce. Od razu wzięli się wymianę dętki, właściwie to ja mogłem tylko patrzeć i podziwiać jaką oni mają w tym wprawę. Musiało to fajnie wyglądać - 3 Tarisy stoją w krzakach i męczą się z jednym kołem. Po wstępnym napompowaniu poszedł nabój CO2 od Krzycha (chyba już nigdy więcej nie pojadę na wyścig z taką pompką - to na pewno jej wina!), potem w ruch na zmiany poszła pompka Tomka Pawelca. Wstępnie umówiliśmy się że pojedziemy równo, silniejszym tempem, z czego oczywiście nic nie wyszło. Najpierw Tomek Pawelec miał chyba jakiś problem i został z tyłu, a potem ja nadałem takie tempo że Tomek Czerniak odpuścił sobie jazdę za mną.

No i zaczęła się moja gonitwa. Zaraz po pitstopie był pomiar czasu - 86 miejsce ze stratą 8 min do Artura. Sama wymiana zajęła 6 min.
Samotna, dobra gra jednego aktora. Kolejne osoby wyprzedzałem jak chciałem, do końca pierwszej rundy byłem już 68 ze stratą dalej 8 min. Na asfalcie przechodziłem kryzys, prawie dogonili mnie panowie z ASGO team. Po wjeździe w las znowu odżyłem i zabrałem się do odrabiania kolejnych strat. W oddali widać grupkę, dociągam do nich, chwile odpoczywam i ogień. 2 osoby utrzymują się za mną, jednak nie przejmuję się zbytnio tym, dla mnie liczy się tylko teraz nadrabianie strat. Kolejne kilometry i pustka przed nami. Czas leci za szybko, kilometr z kilometra pokonuję coraz szybciej. 15 km do mety, a ja jeszcze nie dogoniłem prezesa. Już zdawałem sobie sprawę że z walki o generalkę nici, ale napędzała mnie myśl "dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Nogi coraz słabsze, napęd nie chce ze mną współpracować. Pod nieliczne podjazdy jest totalna galareta, rower bardziej pedałuję ciałem przechylając rower na boki niż siłą nóg. Jestem na skraju wymęczenia, ale po chwili odpoczynku siły wracają i można jechać dalej.
W oddali kolejna grupka, na końcu widzę niebieską koszulkę Tarisu - to musi być Prezes. Po chwili jestem już za nimi, znowu chwilka odpoczynku i luta do przodu, żeby zrobić dobre wrażenie walki do samego końca. Odjechałem im. Przede mną też pusto, żadnej większej grupki, jedynie co jakiś czas jakaś pojedyncza osoba, nawet nie wiem czy jadą mini czy mega. Właściwie to nie interesuje mnie to. Walczą do końca, nie wiadomo co się dzieje tam z przodu. Ostatnie kilometry, wjazd na asfalt i widzę jakąś grupkę przede mną. Postanawiam ich dogonić, mimo tego że widzę jak są daleko i wiem, że nie mam na to szans. Ale co tam, w sporcie wszystko jest możliwe i jadę w trupa. Wjazd na boisko, mocno stanąłem w pedałach, spada mi łańcuch... Cholera, znowu.... Tym razem dłużej się męczę z wrzuceniem na blat, po chwili mi się udaję i ogień na ostatnie metry.

Od razu widzę Przemka Rozwalkę, który mówi mi że na ostatnich metrach przegrał z Arturem Sobkowiakiem, Szymon Bereźnicki przejechał chwilę za nim...
Czyli moja walka o wygranie generalki okazała się porażką, pozostaje mi 3cie miejsce. Ale widać że Artur dobrze odrobił pracę domową i tym razem mądrze pojechał, albo po prostu brakowało mu kogoś kto by próbował porwać grupę ;)

Ostatecznie 45 miejsce (odrobione ponad 40 miejsc po laczku), 11 minut straty do Artura, do zwycięzcy (Mroza przed Cieślikiem) 17 minut. M1 niestety 4ty, było mi zapraszać Przemka na wyścig ;)

Czyli nastał koniec głównych startów, wreszcie czas na wakacje! :)
Mój "życiowy" sezon można uznać za udany!
Kategoria Wyścig


  • DST 69.59km
  • Czas 03:07
  • VAVG 22.33km/h
  • VMAX 47.66km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Błotniste Michałki - Maraton Wieleń

Sobota, 15 września 2012 · dodano: 15.09.2012 | Komentarze 0

W wielkim skrócie: przegrane pierwsze miejsce w dramatycznych warunkach przed wjazdem na metę (na okropnej ścieżce przez pole, do tego zaczął deszcz zacinać prosto w twarz) , przez cały wyścig czułem się bardzo dobrze i miałem siły do rwania. 6 open, gdyby nie podjazdy zamieniające się w podbiegi na których traciłem wiele sekund mógłbym przyjechać z pierwszą grupką.

W mniejszym skrócie: tym razem bardziej zadbałem o rozgrzewkę, 30 min z kilkoma skokami (tętno już na poziomie 170 uderzeń) i o 9:30 stałem już w sektorze w pierwszej linii. Nie przewidziałem tego, że dużo ludzi będzie pchało z przodu zaraz przed startem, czego wyniku startowałem z ok 5 linii. Wiedziałem że na początku przez kilka km jest asfalt, więc nie przepychałem się zbytnio, ale starając się nie stracić za dużo do czołówki. Tempo było słabe, dopiero gdy w oddali dało się zauważyć wjazd do lasu to przód nieco bardziej ruszył, na czym skorzystałem i przebiłem się lewą stroną na ok 10 miejsce. Przede mną widziałem Kubę Zaworskiego oraz Macieja Kliniewskiego, a obok mnie przepychał się pan Jacek Swat. Tempo dalej było słabe, po rozerwaniu peletonu teraz wszyscy się znowu zjeżdżali i przepychali. Gdy gdzieś na sekundę zostałem w tyle, to już po chwili bez problemu mogłem dogonić grupkę. Przez taką ilość osób piaszczyste podjazdy w drugiej części grupki stały się niestety podbiegami. Na chyba drugim takim podjeździe, gdy inni się męczyli to ja spokojnie, z nóżki na nóżkę wspinałem się, do czasu aż jakiś koleś przede mną stracił równowagę i blokując wszystkich mozolnie zszedł z roweru. Jako że zupełnie się tego nie spodziewałem to o szybkim zejściu z roweru nie było mowy, zanim się zatrzymałem i przełożyłem nogę przez ramę to już mnie wszyscy wyprzedzili, łącznie z panem Jasiem i panem Jurkiem którzy nas dogonili. Brakowało tylko Jarka (3xJ !), któremu nie udało się przebić do czołówki po starcie. Dalej narzuciłem mocne tempo i dogoniliśmy Kubę Zaworskiego, przez co wszyscy z Tarisu jadący w czołówce jechali teraz razem. Ze dwa razy zmianę dał Kuba, a tak to ja głównie ciągnąłem. W międzyczasie Maciej Kliniewski musiał z jakiegoś powodu zatrzymać się, przez co go wyprzedziliśmy i do końca wyścigu nie pozwoliłem się dogonić. W pewnym momencie w kasetę zaplątała mi się jakaś gałąź. Tylna przerzutka zaczęła szaleć, łańcuch przeskakiwał przez wszystkie zębatki. Trochę zostałem w tyle, na szczęście szybko łańcuch dał sobie radę z tym problemem. Wtedy odkryłem, że do naszej grupki dołączył się Przemek Rozwalka, który już nie jeden maraton wygrał. Nie pozostało mi nic innego jak sprawdzić jak tam jest z jego formą. Od razu poleciałem do przodu, szybko wyprzedzając pana Jasia i Jurka. Przemek został gdzieś w tyle, ale skorzystał z koła pana Jurka który dociągnął do mnie. Po chwili był rozjazd MEGA/GIGA, na którym prawie wszyscy jechali na dłuższy dystans. Pan Jurek ładnie się z nami pożegnał i jechaliśmy w trójkę: Ja, Kuba, Przemek.
Głównie ja prowadziłem grupkę, co chwile spoglądając jak daleko od nas jest Maciek. Tempo nadawałem mocne ale z dużym zapasem sił, jedynie na podjazdach pokazując jaka drzemie we mnie moc. Po jednym ze zjazdów, nagle wyrosło przede mną błotne jezioro na całą szerokość ścieżki... Nie pozostało mi nic innego jak zaryzykować i wpakować się w sam środek, niestety o ile pierwszą część przejechałem, to tak jak wpadłem w drugą dziurę to już tak szybko z niej nie wyszedłem. Wody było ponad oś koła w 29erze, kierownicy nie opanowałem, ale udało mi się sprawnie wypiąć but. Noga wylądowała w błocie, druga tak samo i jakoś wyciągnąłem rower z tej wody. Przeprosiłem chłopaków że tak brzydko ich poprowadziłem i jechaliśmy dalej.. niestety już bez Kuby któremu rower odmówił współpracy.
Dalej ja prowadziłem, co chwile próbowałem urwać na podjazdach lub technicznych momentach, ale Przemek na 29erze tak łatwo się nie dawał. Najlepsza okazja nadarzyła się na nie za dużym piachu, który udało mi się sprawnie przejechać, a jemu już nie. Od razu wiedziałem że miał tam problem i ruszyłem całą mocą do przodu, nie oglądając się za siebie. Było to przed zjazdem mini/mega, gdzie parę osób z mini się przede mną wlekło, ale bez problemów ustępowali miejsca. Wtedy szedłem na prawdę ostro, do mety pozostało jakieś 15 km i mam około 100m przewagi. Mimo takiego tempa Przemek się do mnie zbliżał, ale do momentu aż mnie dogonił nie odpuszczałem. Wiedziałem że pojedzie w trupa byle mnie dogonić, ja wolałem zostawić sobie mały zapas żeby mnie nie wycięło. Niestety, nie było powtórki z Wałcza, dogonił mnie po kilku kilometrach. Potem od razu zwolniłem, nie było sensu się tak dalej katować, do tego taka jazda mnie bardzo zmęczyła i też potrzebowałem chwili odpoczynku. Bałem się tylko kontrataku Przemka, na szczęście czego się nie doczekałem. Trasa do mety z początku prowadziła ubitą drogą gruntową z wiatrem, gdzie aż rower sam szedł 35 km/h. Pierwsze schody zaczęły się na wjeździe na wał nad Notecią (?), gdzie rower z moją wielką pomocą ledwo jechał 25 km/h. Niezłe tam były wertepy, a z mini nie mieli jak nam ustąpić miejsca i za paroma osobami przejechaliśmy ok 30 sekund. Jak nas puścili to już w oddali było widać metę, nadałem bardzo mocne jak dla mnie tempo.
W tym momencie zaczął padać rzęsisty deszcz prosto w okulary, zrobiło się zimno co jeszcze zwiększyło dramaturgię walki o wygraną w M1.
Już z lewej strony widziałem stadion, zakręt w lewo, widzę jakąś gumową kładkę, myślę że musi być śliska, zwalniam.... i wtedy jak z procy ruszył Przemek, który od wewnętrznej mnie objechał jak chciał i cisnął ile sił do mety. Ja ruszyłem za nim ale w połowie stadionu miał przede mną przewagę ok 20 m, co ciężko było w takim stanie odrobić. Nawrót, mocno stanąłem na pedałach, ale już bez efektu... Jeszcze przed Przemkiem jakieś dziecko przebiegło, ja już odpuściłem i bezradnie przejechałem przez linię mety. Szkoda, bagażnik uciekł mi na ostatnich metrach, ale łańcuch XTR'a też nie jest zły :)
Mimo takiej porażki jestem bardzo zadowolony, w szczególności z mojej dyspozycji. 6 miejsce OPEN też robi swoje (strata 4 min do Witkiewicza/Górniaka)
Już nie mogę doczekać się finału w Łopuchowie, oby tam forma była jeszcze lepsza!
Kategoria Wyścig


  • DST 70.70km
  • Czas 03:03
  • VAVG 23.18km/h
  • VMAX 44.65km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z piekła do nieba - Maraton Koło

Niedziela, 9 września 2012 · dodano: 09.09.2012 | Komentarze 0

Po słabym starcie, na którym nie dawałem rady utrzymać koła Pana Jana Dymeckiego, nic nie wskazywało na pozytywne zakończenie. Na pierwszym pomiarze czasu miałem 28 miejsce, ze stratą 3 min do Tomczera. Jednak w drugiej części trasy ożyłem, a los obrócił się na moją stronę. Dzięki temu na mecie mogłem cieszyć się z kolejnej wygranej! 11 miejsce open.

Jak znajdę czas to może się bardziej rozpiszę, bo i tym razem jest o czym ;)
Pulsometr zawiódł na całej linii, działał przez całe 3 minuty...
Kategoria Wyścig


  • DST 101.24km
  • Czas 04:52
  • VAVG 20.80km/h
  • VMAX 49.08km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • HRavg 151 ( 77%)
  • Kalorie 2250kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Maraton Hermanów-Żerków

Niedziela, 26 sierpnia 2012 · dodano: 26.08.2012 | Komentarze 0

Bardziej dla treningu niż ścigania, pierwszy raz w życiu udało się na starcie ciągnąć wszystkich kolarzy (czekam na zdjęcie!), bardzo długo w czołówce - dokładnie do pierwsze podjazdu w wąwozie gdzie się cały peleton porwał, prawie cała trasa przejechana z Jurkiem Kaźmierczakiem, trasa XC nas przerosła, wygrana w kategorii oraz w drużynówce :)
Kategoria Wyścig


  • DST 94.06km
  • Czas 03:54
  • VAVG 24.12km/h
  • VMAX 50.29km/h
  • Temperatura 32.0°C
  • HRmax 205 (105%)
  • HRavg 169 ( 86%)
  • Kalorie 2503kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kolarskie szachy, czyli mój wyścig sezonu - Maraton Wałcz

Niedziela, 19 sierpnia 2012 · dodano: 19.08.2012 | Komentarze 0

Pierwsze problemy nie zapowiadały pozytywnego zakończenia. W sobotę, o godz 22 dowiedziałem się, że mój transport nawalił i muszę poszukać czegoś innego. Byłem tak zdeterminowany żeby pojechać na ten wyścig, że ostatecznie mógłbym pojechać pociągiem do Piły, a stamtąd 30 km rowerem na start. Jednak pomocną dłoń zaoferowała Ania Olszańska, u której w samochodzie znalazło się jedno wolne miejsce. W taki sposób o 7:30 jej tata podjechał pod mój dom i razem z Radkiem, który pojechał w formie kibica spakowaliśmy się do samochodu. Ok 9 byliśmy już na miejscu.

Z jedzeniem nie eksperymentowałem, śniadanie tak samo jak przed Suchym, z tą różnicą że bardziej rozciągnięte w czasie. Rozgrzewka od 10, czyli na godzinę przed planowanym startem, przejechałem się zapoznać z początkiem trasy. Przejechałem ok 4 km spokojnym tempem w jedną stronę, poznając początkowy szuter, odcinek w lesie i podjazd z małym błotem, na parking wróciłem już nieco mocniej tą samą trasą. Wizyta w samochodzie - zostawienie zbędnych rzeczy, próba przyklejenia plastra na nos (było za gorąco i od razu przez cieknący pot mi się odklejał) i szybko na start. Wejście do sektora było z samego przodu, a że nie chciało mi się przepychać na tył, to skorzystałem ze zrobionego dla mnie miejsca. W taki sposób ok godz 10:50 stałem w drugiej linii na starcie, zaraz za Arturem Sobkowiakiem i Małgorzatą Zellner. Drugi z mojej kategorii, Szymon Bereźnicki stał kawałek za mną, mniej więcej w 5 rzędzie. Po ok 5 minutach przeglądając puste kieszenie zorientowałem się, że czegoś mi tam brakuje. No tak, batony mam, ale zapomniałem wziąć łatek i przejściówki zaworu, bez której moja pompka jest bezużyteczna. Szybka decyzja - już za późno, sektor zamknięty, ryzykuję i jadę bez tego. Kolejne minuty upływają, upał coraz bardziej daje się we znaki, wreszcie odliczanie, krzyknąłem do tyłu zaraz po panu który odliczał 10! (wyjątkowo odliczał sędzia, nie było tradycyjnego odliczania puszczanego z głośników), gwizdek startowy i ruszyli!

Pierwszy zakręt w lewo, więc byłem w doskonałej sytuacji. Niestety pani Zellner za która jechałem miała problem na piachu czym mnie przyhamowała, ale udało mi się ją wyprzedzić od zewnętrznej strony. Asfalt, skręt w prawo i wjazd na szuter w prawo. Utworzyły się 2 rzędy. Na czele mocne tempo dyktował Artur Sobkowiak, jechaliśmy dwoma rzędami, ja ok 10 miejsca. Znałem początek trasy i wiedziałem że miejscami jest niebezpiecznie jechać na kole, dlatego momentami nieco odpuszczałem. Po chwili spojrzałem na pulsometr- tętno 179, oczywiście zapomniałem włączyć trening.
Do zakrętu w lewo na mały podjazd, wyprzedziły mnie 2 gadające osoby, jeden od Rybki drugi z Corrateca. A na samym zakręcie zrobiło się wielkie zamieszanie, nawet z przodu. Sobkowiak pewnie tak się rozpędził, że za późno zobaczył strzałkę w lewo i cały peleton musiał ostro hamować. Podjazd, przede mną jadą dwóch obok siebie, a ja ze spokojem sam zajmując całą ścieżkę. Po odcinku zjazdów i podjazdów poczułem że dętka mi się odkleiła spod siodełka i teraz obija się o moje uda... Strasznie to przeszkadzało i musiałem ją jak najszybciej wyrwać, nie tracąc przy tym dystansu do czołówki. Przede mną jechał Jarek, Tomek Jakubowski, raz mi mignął pan Jan Dymecki, a gdzieś tam z przodu widziałem Artura Sobkowiaka. Tymczasem ja się szarpałem z dętką, do tego teren mi nie ułatwiał zadania. Jak nie było korzeni, to był zdradliwy piach. W końcu taśma puściła, niestety tylko część, tak że dętką mi się cała rozwinęła a końcówką trzymała jak cholera. Już nie mogłem teraz się z nią bawić, zwolniłem, znalazłem miejsce w którym taśma trzymała dętką i wyszarpałem ją do końca. Szybko zwinąłem i schowałem do kieszonki. Straciłem na tym parę pozycji, ale po szybkim dogonieniu grupki już połykałem kolejne osoby.

Po chwili grupka dogoniła Artura Sobkowiaka, który po mocnym starcie wyraźnie osłabł. Przyuważyłem jego słabość i gdy ktoś próbował odjeżdżać z grupy to starałem zabrać się z nim. Niestety Artur sprytnie mnie za każdym razem blokował, siadając na koło uciekiniera i spowalniając tempo. Kiedy się zorientowałem co jest grane to już było za późno, a jak innym razem udało mi się usiąść takiemu na kole to na moim kole jechał Artur. Po chwili takich "szachów" na asfalcie dojechał do nas Szymon Bereźnicki dając nam potężną zmianę, co wymownie skomentowałem do Artura "i co żeś zrobił".

Czyli teraz cała czołówka juniorów jedzie razem, zapowiada się ciekawie. Przejazd polem kukurydzy i jakiś kolarz przede mną zaliczył soczystą glebę na zakręcie. Za szybko wjechaliśmy w zakręt i nas wyrzuciło w koleiny, na jego nieszczęście on nie miał takich dużych kółek jak ja i całkowicie zblokowało mu przednie koło. Ja jakoś wyjechałem obróciłem się i sprawdziłem czy żyje. Widziałem tylko jak wstawał, dalej skupiłem się na dogonieniu Artura i Szymona. Im na szczęście się nie spieszyło, widzieli jak zostałem ale nie podjęli próby ucieczki. Bardzo ładnie z ich strony.

W pewnym momencie z Szymonem uciekliśmy Arturowi. Przy okazji wymieniliśmy parę słów. Kiedy już myślałem że zwycięstwo rozstrzygnie się między nami, to najwyraźniej musieliśmy nieco zwolnić, bo Artur zaczął się do nas zbliżać. Po chwili już znowu jechaliśmy całą trójką.

Dopóki jechaliśmy w większej grupce to inni nadawali tempo, ja wolałem się oszczędzać i pilnować chłopaków. Jednak kiedy z asfaltu zjechaliśmy na podjazd w las, to chłopacy pewnie wiedzieli co ich tam czeka i wyraźnie zaatakowali. A podjazd był niczego sobie, ja zostałem nieco z tyłu i musiałem teraz walczyć nie tylko o to by podjechać, ale też o to by wyprzedzić innych i dogonić jadących równym tempem chłopaków. Tym razem też jakoś specjalnie nie szarżowali, tak że bardzo szybko się do nich zbliżałem. Gdy byłem parę metrów za nimi, to oni nie zauważyli paru strzałek i pojechali w złą stronę. Ładnie wskazałem im właściwą drogę, na której ja już byłem i po zjechaniu wąwozem na asfalcie zrewanżowałem się im czekając aż do mnie dojdą.

Teraz jechaliśmy tylko w trójkę, Szymon wypuścił mnie na przód żebym trochę popracował. Tak mocno pracowałem że pulsometr nie wchodził powyżej 165 uderzeń, prawie jak na przejażdżce. Skończyło się, gdy dogonił nas ambitny kolarz, który zmienił mnie i mocno pociągnął domagając się później zmiany. W pewnym miejscu obsunęła się strzałka na drzewie i on skręcił w las, ja zwątpiłem, a za mną chłopacy już byli pewni że trasa prowadzi dalej asfaltem. W ten sposób na krótki czas znowu zostaliśmy sami w trójkę, a już po chwili doszła nas większa grupka pościgowa m.in. z Jarkiem z którym ciągnęliśmy grupę na wyśćigu w Suchym Lesie.

Bardzo dobrze że się tak wydarzyło, większe zamieszanie w grupce stworzyło dla mnie szansę na ucieczkę. Od razu pilnowałem przodu, nie dawałem się zepchnąć na koniec a nawet w środek grupki. Jechało nas ok 10. Dalej nie chciałem ciągnąć grupy tylko wolałem się oszczędzać, ale tempo momentami było za słabe jak dla mnie i źle mi się jechało. W takich momentach wolałem wyjść na przód i jechać pod siebie wycieczkowym tempem, nie przemęczając się. Innym się dobrze tak jechało i nie mieli zamiaru dawać zmian, za to znalazło się dwóch chętnych do szybszej jazdy, którzy czasami wychodzili na przód. W ten sposób przejechaliśmy połowę drugiej rundy i początek pierwszej, na której to zaczęło się coś dziać.

Najpierw na błotnistym podjeździe grupa się rozciągnęła, ale potem na piachach wszyscy już jechali razem. Natomiast na bruku coś się musiało dziać, bo na polu kukurydzy ja pojechałem na kole Michała Badowskiego (z którym już wcześniej się umawialiśmy na ucieczkę), a za mną widziałem Jarka Bińka, za którym ładne parę metrów jechali kolejni zawodnicy. Po szybkiej naradzie z Michałem stwierdziliśmy że uciekamy, nie zdążyłem powiedzieć mu że po wyjechaniu z kukurydzy bo tu jest zbyt niebezpiecznie gdy ten już poleciał ile sił do przodu. Nie pozostało mi nic innego jak go dogonić. Dosyć pechowo łańcuch mi się zaklinował, ale po chwili jakoś dałem sobie z nim radę i następnie dałem z siebie wszystko byle tylko dogonić Michała. Wreszcie tętno podskoczyło powyżej 170 uderzeń :). Pod koniec pola zaczął się asfalt, doszedł do nas jeszcze jeden kolarz który bardzo mocno pociągnął na prostej. Potem moja zmiana, jeszcze na chwile wskoczył Michał, a w oddali przyuważyłem wjazd na jedyny ciekawy akcent na trasie. Krzyknąłem tam na przód żeby spokojniej jechali i oszczędzali siły, ale chyba mnie dosłyszeli i nie zwolnili tempa przed podjazdem. Trochę szkoda, bo potem pod górkę mieli problemy. Tym razem od razu zrzuciłem na 1x1 i równym tempem, ze spokojem ciągnąłem na górę. Panowie z ucieczki mieli tam nie mały problem, widziałem że dawali z siebie wszystko a mimo to brakowało im przełożenia. Starałem się ich zmotywować dopingując ich zza pleców, ja z tym podjazdem nie miałem problemów a nie chciałem stracić wiernych kompanów. "Dawaj dawaj, jeszcze kawałek, ostatnie parę metrów i ciśniemy do mety!" Okrzyki może i dodały im sił, ale na krótkim wypłaszczeniu musiałem już ich wyprzedzić, bo jechali stanowczo za wolno. Czymś takim ryzykowałem utratę równowagi i konieczność podejścia reszty górki, a tego chciałem uniknąć. Na ostatnich metrach zaczęły się pojawiać namiastki skurczów, szczęśliwie tylko na tym się skończyło.

Na górze miałem dosyć sporą przewagę, poprosiłem pana robiącego zdjęcia o oblanie mnie wodą (prawie stanąłem żeby mógł to zrobić), wziąłem łyka z bidonu i pojechałem spokojnym tempem w kierunku zjazdu, przed którym na poprzedniej rundzie chłopacy się pogubili. Nie wiem jak tam można było źle pojechać, jak teraz jechałem to nie miałem żadnego problemu ze znalezieniem trasy. Może też dlatego bo dogoniłem jadącego przed nami kolarza, któremu na uskoku poleciłem spokojny zjazd. Gdy zjechaliśmy na asfalt przedstawiłem mu jak wygląda nasza sytuacja (3 osoby z ucieczki zaraz nas dogonią, kawałek za nami jedzie duża grupa ok 10 osób) i zaprosiłem do współpracy, co się panu chyba spodobało. Wszyscy się zjechaliśmy i gdy ja dałem zmianę to okazało się, że nikt nie miał sił utrzymać mojego tempa i zacząłem im odjeżdżać. Usłyszałem jak coś do mnie wołali i poczekałem na nich, tłumacząc się że sam nie dam rady dojechać do mety. Tym razem już pociągnąłem nieco lżej, tak żeby wszyscy dali rade utrzymać tempo i po paru zmianach dojechaliśmy do bufetu, który niby miał być w połowie pętli.

Na bufecie już czekali z kubeczkami wody. Widziałem że lecieli do nich z bidonami, więc poprosiłem o oblanie mnie jednym a drugiego dostałem do rączki. Tak mnie oblali, że cała woda poleciała prosto w okulary i spłynęła po oczach, co mnie aż nadto orzeźwiło. Szybkie obczajenie szosy którą przed chwilą jechaliśmy - pusta, co oznacza że mamy sporą przewagę.

Teraz zaczęło się najdłuższe 20 km w moim życiu. Dystans z każdego metra na metr coraz bardziej dłużył, co chwile patrzyłem na licznik i odliczałem ile do końca. Spytałem się Michała czy ma jeszcze siły, który sam tego nie wiedział. Poprosiłem go tylko żeby czasem dawał mi zmianę, a tak to ja będę go ciągnął do mety. Następny kilometr dwa razy dłuższy od poprzedniego. Przez głowę przechodzi tysiące myśli, już widzę siebie na podium, jak wjeżdżam szczęśliwy na metę po takiej katordze. 10 km do mety. Zaczynają się problemy. Pojawiają się dreszcze, znowu odczuwam jakby łapały mnie skurcze, staram się rozmasować łydkę ale na wiele się to nie zdaje. Co chwile kontrolnie oglądam się za siebie - za każdym razem albo nasze kilka osób się rozciągnęło, albo z tyły wielka pustka. Cieszy mnie ten widok, do spełnienia marzenia o wygraniu wyścigu coraz mniej kilometrów. Ja coraz bardziej słabnę, brakuje mi wody, organizm zaczyna nie dawać rady, Michał wychodzi na przód i musi mnie ciągnąć...

W tym momencie rozejrzałem się po naszej grupce. I szok...
za mną jechał nie kto inny jak Szymon Bereźnicki.
Nie dowierzałem własnym oczom, musiałem jeszcze raz się mu przyjrzeć...
Niestety, to był on. Ale jak on kurde mógł nas dogonić? Przecież to było niemożliwe....
Wtedy nie czas było o tym myśleć, lepiej przemyśleć finish. Skoro nas dogonił to musi być bardzo mocno zmęczony, niestety jakoś mnie jego zmęczenie wtedy nie przekonało.

Dostałem dodatkowego kopa, Szymon zmotywował mnie do dalszej jazdy, już nie mogłem okazywać słabości tylko wyjechałem na przód i udając nie zmęczonego nadałem mocniejsze tempo. Sił jakby przybyło. Jeszcze Michał mówił do mnie byle nas nie dogonili, ale było już za późno, jedynie mogłem przedstawić mu Szymona i zapowiedzieć walkę o 1sze miejsce na mecie.

Szybkie przemyślenie kiedy rozpocznę ostatni, decydujący atak: na jednej strzałce był napis "0,7 km do mety" - może tam? Nie... za wcześnie, nie dam rady. W takim razie tam przeczekam, jeśli nie ja to pewnie Szymek będzie atakował jeśli ma siły, a jak nie wtedy to za pomostkiem i podjazdem mu odskoczę, tak, tam będzie dosyć bezpiecznie.

Droga z lasu odbiła na singla, ja jechałem za Michałem, zaraz za mną Szymon. Pomost i podjazd. Michał dalej na czele. Koniec podjazdy, zaczyna się szuter. Mój kompan widzi że atakuję. Chce mi pomóc, przyśpiesza, rozprowadza mnie! Coś do mnie jeszcze krzyczy, kompletnie nie rozumiałem co. Tylko złapałem się jego koła i po chwili wyskoczyłem zza niego jak z procy. Spojrzenie w tył - Szymon też się poderwał, zostaje. Dalej finiszuję, jeszcze dwa zakręty, asfalt i zakręt na metę. Szymon jednak dogania mnie i łapie moje koło! W pierwszy zakręt wjechałem od wewnętrznej, nie ryzykując dosyć mocno przyhamowałem i znowu się rozpędzałem. Tak samo drugi zakręt na szosę. Dohamowanie, redukcja biegu, wejście w zakręt i ogień!
Szymon trochę został, ale po chwili już go widzę zza prawego boku. Po prawej mijamy parking, widzę jakiś wjazd, ale nie widzę żadnych strzałek. Krzyczę "gdzie jest meta" i trochę odbijam w pierwszą drogę prowadzącą na parking. Zorientowałem się że to nie może być tak blisko i pocisnąłem dalej. Szymon nieco bardziej odbił, na czym bardzo dużo stracił. W tej chwili szala wygranej była po mojej stronie, raczej nie ma szans żeby odrobić taką stratę, musiałbym jakiś wielki błąd popełnić.
Nic takiego się nie stało, w ostatni zakręt wjechałem ostrożnie (aż za!), Szymon bardziej zaryzykował i znalazł się tuż za mną, ale zostało ostatnie ok 50m więc wygraną miałem w kieszeni. Jeszcze słyszałem z tyłu doping Michała "dawaj młody", stanąłem na pedały i pocisnąłem ile sił. Najwyraźniej tych sił było za dużo; 20 m przed metą wypiął mi się lewy pedał, a z prawej strony już Szymon zaczął mnie wyprzedzać. Mocno podciągnąłem prawy pedał przy czym zarzuciło mnie na Szymona stronę, docisnąłem lewy potem prawy i linia mety... Na pierwszym czujniku byłem jeszcze pierwszy, na drugim raczej Szymon był o przysłowiową gumę szybszy... Ostatecznie Szymon mnie ładnie objechał, ale czy to nie było już dla niego za późno?

Jak się zatrzymałem to byłem totalnie wykończony, pamiętam tylko jak wymieniłem parę słów z Szymonem, jak pogratulował mi Michał pięknej walki i potem długo długo jak siedziałem na ramie z głową opartą o kierownice zbierając siły żeby w ogóle się ruszyć. Co z tego że stałem zaraz za linią mety gdzie inni mogli w podobny sposób finishować, wtedy na prawdę nie byłem wstanie się ruszyć. Szymon już odjechał, Michał też, zostałem sam. Po paru minutach oprzytomniałem i postanowiłem się też ruszyć. Jeszcze dopadł mnie dziennikarz z lokalnej prasy wypytujący o trasę i pojechałem do samochodu... Woda, potem wizyta w miasteczku zawodów, wchłonięcie dużej ilości arbuza i nad jeziorko!

Dobre schłodzenie zawsze jest dobre po takich upalnych zawodach, tym razem skończyło się tylko na ochlupaniu z pomostu wędkarskiego ale zawsze coś! Orzeźwiony i oprzytomniały wróciłem do biura w poszukiwaniu wyników.
Były i tym razem z mega. Udało się!

Wynik: 15 open, 1 w M1.
80 km w czasie 3:01:12, 2 min przede mną przyjechał Jarek.
Artur stracił do mnie aż 10 min, co dobrze wróży na generalkę.
RPE: 11/10 :) - efekt jak w zeszłym roku w Suchym, a nawet gorzej.

Forma życiowa, szkoda że w Suchym zawiodłem taktycznie bo wynik mógłby być ten sam. Dane z pulsometru (tylko z wyścigu) mówią same za siebie. Nowy HR max 205, poprzedni był ok 195 :)
Kategoria Wyścig


  • DST 100.70km
  • Czas 03:57
  • VAVG 25.49km/h
  • VMAX 55.60km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • HRavg 157 ( 80%)
  • Kalorie 2981kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Maraton Suchy Las

Niedziela, 12 sierpnia 2012 · dodano: 13.08.2012 | Komentarze 0

RPE: 9

Długo zwlekałem z relacją, szkoda mi było czasu do opisu mojej porażki.
Ale wszystko po kolei:
Ze spokojem wstałem sobie o 9, zjadłem śniadanie i o 10 z przyklejonym plastrem na nosie rowerem na wyścig. O 10:30 byłem już na miejscu, jeszcze nie dojechałem do biura a już spotkałem Tomczera i Krzycha z którymi wybrałem się poznać końcówkę trasy. Tomek gdzieś przepadł, to tylko z Krzychem objechaliśmy górę Moraską i zapoznawczo zjechaliśmy najciekawszym zjazdem. Bez szaleństw, potem podjazd i byliśmy na mecie. Od razu udałem się na start, gdzie już większość osób stała w sektorze. Szybko zostawiłem Krzychowi parę niepotrzebnych dupereli, znajomy z treningów pozbył się za mnie skórki od banana i już stałem w sektorze. Miejsce nie było najlepsze, w samym końcu pierwszego sektora, ale na rundzie honorowej ze spokojem będzie można przebić się na sam przód. Na ok 5 min przed startem odkleił mi się plaster, co spowodowało chwilowe problemy z oddychaniem. Miałem wrażenie jakbym miał nos zatkany i nie mógł oddychać pełną piersią, ale po chwili się do tego normalnego stanu przyzwyczaiłem. Był mały stres, a może nie tyle stres co podniecenie, że wreszcie nastąpił ten najważniejszy wyścig do którego się tyle przygotowywałem. Wraz ze startem ten stan zniknął i skupiłem się na jeździe.

Na rundzie honorowej nie udało mi się przebić za bardzo do przodu, też dlatego że liczyłem na utworzenie jednej większej grupy na asfalcie. Niestety, przeprawy przez błoto na poligonie poszatkowały peleton i na szosie utworzyły się 3 większe grupy - czołówka, grupa goniąca z Jarkiem i Arturem oraz moja pościgowa.
Dogonienie grupy Jarka to była tylko kwestia czasu, co udało się już przed Biedruskiem. Jako że ja głównie ciągnąłem to pozwoliłem sobie na moment odpocząć na samym końcu grupki. Po chwili dojechał do mnie Artur i mogłem podziwiać jak się chłopak męczył. Ostateczny cios wyprowadziłem na rondzie, które grupa jechała krótszą, prawą stroną, a ja mocno wyrwałem lewą stroną uciekając wszystkim. Jarek to zauważył i podciągnął do mnie, dokładniej na zjeździe już parę osób było za mną. W NSR wjechałem jako pierwszy lub drugi, mogąc bez nerwów omijać błoto. Po chwili już oderwaliśmy się z Jarkiem całej grupie.
Wielkie było nasze zdziwienie, gdy trasa maratonu opuszczała szlak w nieznane nam ścieżki, omijając bardzo ciekawy odcinek. Na tym nieznanym na szczęście nic nas negatywnie nie zaskoczyło i mogliśmy kontynuować naszą pogoń za czołówką. W międzyczasie wyprzedził nas pan Jurek Kaźmierczak, oraz porobił mnie jak chciał Kuba Najs, gdy ja mogłem tylko bezsilnie patrzeć jak on mi odjeżdża.
Razem z Jarkiem goniliśmy, goniliśmy i goniliśmy, aż dojechaliśmy do dobrze znanego mi skrótu omijającego piach.
Jeszcze krzyczałem do Jarka żeby jechał lewą stroną, ale on słusznie uparcie jechał środkiem. Aż tu nagle trasa skręciła w prawo w osiedle, a mnie teraz czekała przeprawa przez piach. Do tego musiałem mocniej dohamować żeby w ogóle wyrobić. Tym samym Jarek mi odjechał, a mi po przeprawie przez piach brakowało teraz sił żeby dogonić go i skorzystać z jego koła...
To był moment w którym przegrałem wyśćig.
Dalej już tylko rozpaczliwie namawiałem innych w grupie do pomocy przy szalonej gonitwie, niestety bez większego rezultatu. Wspomniana grupka dogoniła mnie bardzo szybko, już przy powrocie na szlak siedzieli mi wszyscy na kole. Ja wtedy mogłem tylko patrzeć jak Jarek dojeżdża do grupki, w której co chwile migał mi kask Czerniaka. Momentami nawet zbliżaliśmy się do nich, ale po chwili znowu nam odjeżdżali. Ostatecznie kontakt straciliśmy na Naramowickiej, ale ja nadziei nie straciłem do końca wyścigu. Bardzo pomocny okazał się Jarek Binek z którym to właściwie napędzaliśmy grupę, również do poligonu parę innych osób dawało jeszcze zmiany. Pierwszy raz mój kluczowy podjazd zaatakowałem według planu sprawdzając kondycję kompanów. Okazała się nawet nie zła, na dole zjazdu tracili do mnie tylko kilkanaście metrów, a już na mecie byli wszyscy na kole.
Na poligonie zachęcałem wszystkich do współpracy, wykrzykując że damy radę ich dogonić. Po drodze znowu widziałem pecha Czerniaka, który na poboczu męczył się z kołem, tym samym tracąc szansę na wygraną. Drugim razem na NSR dogoniliśmy jednego kolarza, który dał bardzo długą zmianę. Kiedy chciałem go zmienić, to wydawało mi się że specjalnie przyśpieszał żebym tylko nie wjechał przed niego. Dlatego pozwoliłem mu długo prowadzić.
Dopiero kiedy spojrzał na mnie to spytałem się czy już chce zmiany i go ładnie zmieniłem.
Na Naramowickiej wpadł żel, którego dużą część wylałem na nogę. Przy kampusie wpadłem na pomysł ucieczki z Jarkiem, ponieważ już nikt nam nie dawał zmiany, zachęcanie do tego już nie dawało efektów i we dwóch się męczyliśmy. Pierwsze próby odjazdu już próbowaliśmy za kampusem, ale za każdym razem komuś brakowało sił. Dobra okazja była przy uskoku do wjazdu w las, ale wtedy nagle w grupie znalazły się siły do dogonienia nas. Na Hubach Moraskich dalej się umawialiśmy i coś kombinowaliśmy, ale już Jarek nie był wstanie utrzymać mi koła.
Ostateczny atak miał nastąpić na asfaltowym podjeździe na Morasku.
Z początku Jarek jechał na przedzie, ale czując oddech z mojej lewej strony postanowiłem dokręcić tempo na tyle by się nie męczyć i nikt inny mnie nie wyprzedził. Udało mi się to doskonale. Jechałem na przedzie i kontrolowałem odległość kół kolarzy jadących z moich obydwu stron. Zaatakowałem według planu, po małym wypłaszczeniu, już wstępnie rozpędzony, wrzuciłem na blat, stanąłem na pedałach i ile sił w nogach ruszyłem pod górę. Zakręt w lewo wziąłem maksymalnie od wewnętrznej, w zjazd wjechałem z dużą przewagą, ale nie taką jak za pierwszym razem. Zjazd ryzykowałem, nie po to ćwiczyłem go tyle razy żeby teraz się tam bawić. Rozpędzony na niego wleciałem, górę pewnie przejeżdżając, hamując tylko na dole przed koleinami. Na zakręcie jednak nie miałem takiej dużej przewagi, na początku podjazdu może było kilka metrów. Do połowy podjazdu trzymałem przewagę, gdy zaczął się do mnie zbliżać pan Janusz Przybysz. Dogonił mnie na około 2/3 długości podjazdu, myślałem że skoro tak mocno jechał to będzie próbował mnie wyprzedzać, ale szybko mnie poinformował że o swoje miejsce mogę być spokojny. Jakoś mu nie ufałem i dalej cisnąłem do mety co sił, walcząc też o cenne sekundy. Jednak tak jak mnie zapewniał tak też się stało, do końca już jechał mi tylko na kole nie wyrywając do przodu. Na mecie czułem że w takich okolicznościach dałem z siebie wszystko, jednak nie byłem totalnie wykończony na co się nastawiałem.
Okazało się, że straciłem 40 sek do podium (Najsa) oraz kilka minut do zwycięscy Szymona Bereźnickiego. Gdybym tylko dogonił wtedy z Jarkiem czołówkę to miałbym ich wszystkich obok siebie i była by ciekawa walka, a tak to mogłem tylko dać z siebie wszystko goniąc ich.
Nie tak miało być, forma jest, więc za tydzień w Wałczu będę miał coś chłopakom do pokazania, byle tylko nie zajechać się w Polanicy ;)
Kategoria Wyścig


  • DST 73.05km
  • Czas 03:40
  • VAVG 19.92km/h
  • VMAX 59.01km/h
  • Temperatura 32.0°C
  • HRmax 188 ( 92%)
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

XC Mosina

Niedziela, 1 lipca 2012 · dodano: 01.07.2012 | Komentarze 0

RPE 9 - rozjazd i kąpiel w jeziorze dodały mi sił

Wyścig bardziej planowany jako mocny trening niż ściganie, i tak też było. Ale wszystko po kolei.

Niedziela, godz 13:30, 30 stopni w cieniu. Z plecakiem i pełnym wyposażeniem pędzę mostem Dworcowym do AWFu, gdzie na mnie czekać miał Krzychu Tuzinkiewicz. Kolejne skrzyżowanie i kolejne czerwone światło. Już bałem się że Krzychu mnie oleje i sam pojedzie, bo oczywiście nie pomyśleliśmy o wymianie numerów telefonu. Dojeżdżam do AWFu o 13:33, Krzychu stoi grzecznie w cieniu. Już cały upocony, odetchnąłem z ulgą. Od razu rzuciło mi się w oczy, że Krzysiek nie wziął żadnego plecaka i jedzie na jednym bidonie. Nie wróżyłem mu najlepiej w taki upał, ale kto wie, może niektórym to wystarczy. Ruszyliśmy w stronę Mosiny. Jako rozgrzewkę na nieco większym tętnie niż zwykle, jak prowadziłem to dochodziło do 160 uderzeń, a gdy jadąc na kole spadało do 140 to wychodziłem na zmianę :). Średnia prędkość dojazdu pod Osową mogło wynieść ok 30 km/h. Dojechaliśmy tam przez Luboń, Łęczycę, centrum Puszczykowa.

U podnóża wzniesienia droga zablokowana barierką. Widać że organizatorzy zadbali aby nikt nie przeszkadzał. Wspinamy się na górę, tętno miejscami przekracza 165 uderzeń. Na górze w oddali widzimy taśmy na całej szerokości drogi. Omijamy je przez las, czekamy na chwilę przerwy między ścigającymi się kolarzami i przechodzimy na drugą stronę. Kawałek dalej spotykamy Konrada z Bartkiem, oraz trenera który liczy miejsca zawodników. Mastersi pokonywali właśnie 3 rundę, wśród których jechali z klubu pan Jasiu, Jerzy Kaźmierczak, prezes oraz kilku innych. Chwilę postaliśmy i pojechaliśmy zapisać się do biura. Gdy już to zrobiliśmy zauważyliśmy dopingującą Sylwię. Porozmawialiśmy z nią chwilkę, zostawiłem mój plecak i pojechaliśmy za panem Jurkiem na rundę rozjazdowo-zapoznawczą.

Sylwia ostrzegała nas o piaszczystym zjeździe, na którym wiele osób schodziło z roweru, a my go pokonaliśmy bez większych problemów. Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego. Dalej dookoła jeziorka i szybki wjazd z asfaltu do lasu, dokładnie tą samą ścieżką którą jechałem w piątek. Seria zakrętów i pierwsze zjazdy. Przejechałem je bardzo ostrożnie, ale przez to pewnie. Po zjazdach czas na podjazdy. I tu pojawił się problem. 4 z nich były tak rozjechane, że nawet nie walczyłem tylko równo z panem Jurkiem i Krzychem wprowadzaliśmy po piachu na górę. Po wydostaniu się z trasy downhillowej wyjechaliśmy dokładnie na tą samą ścieżkę, którą też w piątek jechałem. Idealnie ten sam single track, ten sam piaszczysty zjazd na szosę. Nawet patrzyłem na zjazd do lasu w stronę Pożegowa, w który teraz po mocnym dohamowaniu wjechaliśmy. Tutaj upatrzyłem swoją szansę na gonienie i wyprzedzanie innych. Długi, nużący podjazd, o średnim nachyleniu. Wystarczy że wejdę na odpowiednie obroty i mogę ciągnąć moim mocnym tempem do końca. Dalej wyjazd z lasku przy którym dopingował poprzednio trener, odcinek terenowy i wjazd na metę.
Będąc na linii startu była już godz 15:15, więc nigdzie dalej nie jechaliśmy, tylko pokręciliśmy się przy biurze i rozstawiali nas w sektorze. Mi przypadło zacne miejsce na samym końcu, obok Krzycha i Bartka Brzezińskiego. Przy okazji policzyliśmy ilu startuje w juniorach. Jeśli nikogo nie przeoczyliśmy, to wyszło nam 6, czyli wystarczy dojechać na metę i wracamy z pucharkiem :). 5 min do startu, ostatnie komentarze, krótka rozmowa z trochę zagubionym kolarzem z Rosji i niespodziewanie o 15:28 sygnał startu!
Ledwo co zdążyłem ruszyć, a już mi cały peleton uciekł na parę metrów. Następnie starałem się przebić do przodu, ale tempo było na tyle mocne że mogłem sobie tylko o tym pomarzyć. Na rundzie honorowej nawet bardziej walczyłem żeby nie wjechać na rundę na ostatnim miejscu. Wiedziałem że jeśli chcę o coś powalczyć, to muszę przynajmniej przepchnąć się przed Krzycha i Bartka Brzezińskiego. Niestety nie udało mi się to i wjechałem w teren 3 od końca. Piaszczysty zjazd i już pierwszy gdzieś tam leżał. Przez to że miałem za małą prędkość to wolałem zrobić płozę z prawej nogi i bezpiecznie zjechać. Kawałek dalej szerszy, piaszczysty podjazd o małym nachyleniu i wyprzedzam Krzycha z jego błogosławieństwem. Nie pamiętam co mi tam dokładnie krzyknął, ale zmobilizowało mnie to do gonienia czołówki. Już było za późno żeby walczyć o lokatę w pierwszej 10tce, ale dla mnie liczyło się każde miejsce. Teraz musiałem uporać się z Bartkiem Brzezińskim. Zjazd asfaltem do lasku - nie dałem rady, za bardzo dokręcał. W lesie siedziałem mu cały czas na kole, zjazdy pokonałem zaraz za nim ostrożnie, ale płynnie. Piaszczysta nawrotka i pierwszy podjazd - jak zawsze mnie tu wyrzuciło na zewnętrzną i nie miałem szans na wyprzedzenie. Kolejny większy podjazd, trochę docisnąłem, krzyknąłem lewa i Bartek, również błogosławiąc mnie, był za mną. Teraz czas na paru innych, bliżej mi nie znanych zawodników z elity. Co ciekawe, z 4 trudniejszych podjazdów, tylko na 2 podprowadzałem rower. Koniec trasy downhillowej, widzę że przede mną ledwo oddychają, a ja czuję się całkiem dobrze. Dłuższy zjazd do single tracka, trochę dokręcam, gonię ich. Single track asekuracyjnie, wąskie i niebezpiecznie ścieżki nie są moją mocną stroną. Piaszczysty zjazd na asfalt też spokojnie, nie wiem w jakim stanie on jest po przejechaniu przez tylu kolarzy. Krótki, ale stromy zjazd asfaltem i widzę że doganiam kolarza przede mną. On dosyć wcześnie zaczyna hamować, odbija na lewą stronę żeby szeroko wziąć zakręt. Widząc to dokręcam jeszcze i opóźniam hamowanie. Niestety, trochę się przeliczyłem z moimi możliwościami, docisnąłem klamki ile miałem sił w palcach: tylnie koło wpadło w poślizg, na przednim widziałem że prędkość spada ale to było za mało! Kolarz przede mną zdążył już skręcić i wjeżdża w las, a ja z piskiem opon zahaczam go o tylnie koło, szybko wykonuję nawrót i wjeżdżam kawałek za nim. Na szczęście on utrzymał równowagę, ale chwile potem musiał zahaczyć o 2 wystające kikuty drzew bo zaliczył solidną glebę. Teraz czas odrabiać straty na moim podjeździe. Przede mną w oddali widzę dwójkę z Torqa, postanawiam ich dogonić na tym odcinku i cisnę ile mam w nogach sił. Dojeżdżam na górę, jednego już prawie dogoniłem, spoglądam szybko na trenera, który jakby nie przejął się moją pozycją. Pierwszego z torqa dogoniłem przed wjazdem na "rundę honorową", wyprzedzam go na pierwszej prostej. On próbuje skontrować na zakrętach ale nie dałem się. Teraz kawałek przede mną jedzie drugi z Torqowiec, tym lepiej że z mojej kategorii. Zapowiada się ciekawa walka.

Przejazd przez linie startu/mety i czas na 2gą rundę. Z każdym metrem odrabiam dystans do niego. Piaszczysty zjazd postanawiam zaryzykować, ale okazało się, że nie muszę tego robić. Wjeżdżając po piachu w wąwóz tylko widziałem jak jemu zablokowało się koło w piachu i przeleciał przez kierownicę. Krzyknąłem "uwaga" i bezpiecznie przejechałem obok niego. Jednak koła 29 cali robią swoje w połączeniu z przednim traktorem. Jadący zaraz za mną Torqowiec z elity spytał się leżącego w piachu czy jest cały, jeśli dobrze usłyszałem to z pozytywną odpowiedzią. Mój aktualny bilans po starcie - 5 wyprzedzonych, to czas na kolejnych! Już dokładnie nie pamiętam dalszych moich losów, głównie teraz jechałem sam. Nie do końca pamiętałem trasę więc zjazdy starałem pokonywać bezpiecznie, z każdym razem poprawiając moją sytuację w zakrętach. Na tej albo kolejnej rundzie na podjazdach postanowiłem powalczyć na każdym podjeździe, i tylko z jednym sobie nie poradziłem. Znowu za wcześnie hamowałem przed wjazdem w singielka i znowu za późno na asfalcie. Na moim ulubionym długim i nużącym podjeździe goniłem jednego w spodenkach politechniki, a wyprzedziłem go przed wjazdem na polankę na której było krótka runda honorowa. Wjeżdżając, jak za każdym razem, rozejrzałem czy kogoś przede mną widać, ale tym razem było pusto.

3 runda prawie cała przejechana w samotności, pierwszy raz mogłem poszaleć na piaszczystym zjeździe (oczywiście bardzo rozsądnie). Przed zjazdami czułem kogoś oddech na plecach, a tym kimś okazał się Borys Góral który podobno miał problemy z rowerem. Starałem się pokonać zaraz za nim zjazdy, ale nie jestem takim szaleńcem żeby robić to bez hamowania. Na zjeździe przed singielkiem trochę dokręciłem, pamiętając w którym miejscu on się kończył żeby w odpowiednim miejscu zacząć hamowanie. Tam samo na asfalcie, teraz zrobiłem to tam aż za wcześnie.

4 runda - już czułem zmęczenie, zjazdy coraz odważniej, na podjazdach brakowało sił i plątały mi się nogi lub grzązły w piachu jak miałem podbiegać. Przede mną pustka. Na singielku przepuściłem Sebę Swata, jak za każdym razem nic mi nie mówiący wzrok trenera i na mecie dzwonek na ostatnią rundę.

5 runda - ostatnia, więc trzeba się postarać. Smak izotonika w ustach przyprawiał mnie o mdłości, ale że nie miałem wody, a chciało mi się pić to nie narzekałem. Każdy odcinek postanowiłem pojechać najmocniej jak mogłem. Piaszczysty zjazd bez problemu, dobrze znałem już trasę dookoła jeziorka więc i tam poszalałem. Wjazd w las na blacie, a w nim dokręcanie. Seria zakrętów pokonana sprawnie, z szybkimi przyspieszeniami. Zjazdy porównywalnie do tych na 3 rundzie za Borysem. W międzyczasie przepuściłem Sylwka. Na podjazdach już zabrakło sił i chyba nawet 3 podprowadzałem rower. Zaraz pod ostatnim zauważyłem że na górze ktoś ze Sportowca Piły wchodzi na rower - czyżby to był Artur Sobkowiak? To teraz dopiero była mobilizacja do walki. Na zjeździe mocno dokręcałem, aż czułem kwas w mięśniach. Dohamowanie w idealnym miejscu, ryzykowanie na single tracku i zbliżam się do niego. Z daleka widzę kask - czarny, więc to nie może być Artur, ale i tak postanawiam go wyprzedzić. Na asfalcie już jestem bardzo blisko, znowu opóźniam hamowanie i ... On mnie przepuszcza! Krzyczy że jadę na 3cim miejscu - tylko pytanie czy wie że mnie dublowali, czy może mówi o juniorach. Nie ważne, nawet nie zdążyłem mu podziękować, tylko ruszyłem do góry ile sił w nogach. Okazało się że tempo było na początku za mocne i trochę zwolniłem, tak żeby na górę wjechać. Pot ze mnie lał się strumieniami, byłem totalnie wykończony, ale wiedziałem że po wyjeździe z lasu będzie stał trener, więc motywacja była. Wyjeżdżając z lasku zauważyłem że na mój widok uśmiechnął się pod nosem. Czyżbym jechał na dobrym miejscu? Najpierw trzeba dojechać do mety żeby myśleć o miejscu. Ostatni raz pokonałem hopkę, prosta na polanę pożegowską i już słyszę Kurka który zapowiada wjazd Michała Górniaka, co wywołało u mnie uśmiech na twarzy. Do nawrotki zdążył się poprawić - 2 metrowy Wojciech Polcyn. Ostatnia prosta, zakręt, przejazd pod bramka Thule i upragniony koniec.
Jak zatrzymywałem się do w oddali pojawił się Michał Górniak. Poczekałem na niego, pogratulowałem i pojechałem szukać trenera żeby napić się wreszcie wody. Przy samochodzie go nie było, pokręciłem się w miasteczku zawodów i po paru minutach na mecie byli pierwsi juniorzy: Kuba Zaworski i Artur Sobkowiak, którym również pogratulowałem. Parę minut później pojawił się Krzychu Tuzinkiewicz, któremu pan redaktor Kurek dawał trzecie miejsce, ale po szybkiej mojej reakcji u sędziów dostał czwarte miejsce, a ja wymarzone trzecie. Krzychu aż nie dowierzał, że udało mu się tak wysoko dojechać. Przez cały wyścig dawał sobie ostatnie miejsce w kategorii, a tutaj taka niespodzianka. Pierwsze co to podziękował mi że go namówiłem na wyścig.
W oddali zauważyliśmy trenera, pojechaliśmy po plecak, przywitaliśmy się z Anią która jak się okazało robiła zdjęcia na trasie i kontynuując tradycję wyścigową w upalne dni pojechaliśmy do jeziora się wykąpać. Po drodzę minęliśmy Artura Sobkowiaka który szczerze nam to polecił. Na drugiej lepszej plaży, przy trasie rundy rzuciliśmy wszystko i w samych spodenkach skoczyliśmy do wody. Uczucie było nawet lepsze niż to z Gniezna, Wykończony byłem podobnie a temperatura była dużo większa, zarówno powietrza jak i wody. Było tak idealnie w wodzie, że nie chciało mi się z niej wychodzić, ale że Krzychu już wspinał się do rowerów to nie przedłużałem. Susząc się wpadłem na pomysł przemycia w jeziorze opaski pulsometru, co też zrobiłem. Ubierając się spytałem Krzycha która jest godzina, tak z czystej ciekawości. Okazało się że była już 17:10, czyli od 10 min trwała dekoracja! No super, pierwsze podium w XC i miało mnie nie być na dekoracji? Szybko się ubrałem, zgarnąłem rzeczy i już pędziliśmy w stronę miasteczka. Teraz pojawił się problem, że nie znamy drogi, ale jadąc przed siebie jakoś dojechaliśmy do głównej. Jadąc sprintem przez polanę słyszałem jak Kurek mnie nawoływał, szkoda że nie zdążyłem spojrzeć na pulsometr. Dojechałem pod podium, rzuciłem plecak, kasku już nie zdejmowałem, tylko tak jak byłem wskoczyłem na trzecie miejsce. Okazało się że byliśmy tam na ostatnią chwilę, chłopacy mieli już schodzić z podium. Dostałem ładny puchar od zapewne pani Burmistrz, mały opiernicz od Kurka i Wojtka Gogolewskiego, jeszcze zaprosiłem Krzycha na 4te miejsce, parę zdjęć i było po wszystkim.
Dosiedliśmy się do Sylwii i prezesa, coś zjedliśmy, przeczekaliśmy losowanie w którym jeszcze ani razu nic nie wygrałem i tempem rozjazdowym pojechaliśmy do Poznania po drodze wstępując do Tesco w Mosinie.
Całość na tętnie ok 150, w Mosinie załapałem się za autobus który pociągnął mnie 45 km/h, szkoda tylko że Krzychu gdzieś się zaplątał i został z tyłu. Bez autobusu prędkość ok 30 km/h (z wiatrem). Z Tuzinem rozjechaliśmy się na Dębinie, ładnie owinąłem mu dętką puchar żeby nie wypadł mu z tylniej kieszonki i już bardzo rozjazdowym tempem dojechałem do domu, w którym byłem ok 18:45

Nie dosyć że zrobiłem super trening, to jeszcze wróciłem do domu z pucharem. Oby tak dalej! :)

Średnie tętno na wyścigu: 164 uderzeń/min
Open 17/ 28
Junior 3/6
Kategoria Wyścig


  • DST 82.85km
  • Czas 03:37
  • VAVG 22.91km/h
  • VMAX 50.73km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • HRmax 188 ( 92%)
  • HRavg 162 ( 79%)
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Maraton Wyrzysk

Niedziela, 24 czerwca 2012 · dodano: 24.06.2012 | Komentarze 0

RPE 9 – co prawda na mecie byłem wykończony, ale momentami jadąc samemu brakowało mi motywacji do jazdy na pełnych obrotach.

Już w sobotę wieczorem pojawiły się pierwsze problemy. Trener poważnie się rozbił na trasie w Karpaczu i w takim stanie nie mógł zawieść nas do Wyrzyska. Za to podzwonił po znajomych z treningów i znalazł Mateusza, który zgodził się nas zabrać. Mojemu tacie nie za bardzo spodobał się pomysł wpakowania do osobówki 3 rowerów + 3 ludzi i zaproponował że sam mnie tam zawiezie. W taki sposób mogłem sobie dłużej pospać i wziąć ze sobą więcej klamotów, a przy okazji tata porobił mi parę zdjęć na trasie.

Na miejscu byliśmy o 9:30, Tomczer z resztą ekipy przyjechał 15 min przed nami. Od razu do biura zarejestrować się. Bardzo fajnie rozdzielili zgłoszenia dla nowych i dla z numerami, tak że nie było kolejki. Następnie do samochodu złożyć rower i na rozgrzewkę. Tym razem wziąłem wszystko na wyścig, żeby nie doszło do sytuacji jak w Barlinku. Dojeżdżając na plac gdzie mieściło się centrum zawodów, słyszałem jak pan Kurek wypytywał zawodników o wartości ich rowerów. Ktoś z Corrateca podał kwotę 11 tyś zł, ktoś inny 6 tyś zł. Gdy ja znalazłem się w zasięgu wzroku pana redaktora, to jak na każdym maratonie musiał powiedzieć parę słów o najwyższym kolarzu na zawodach. Tym razem skojarzył mnie z zawodnikami z NBA, tak samo jak oni wrzucają piłki do kosza, tak ja mógłbym robić to na rowerze. Co ciekawe moje nazwisko pan Kurek pamięta bez problemu, a imię musiałem przypomnieć. Na koniec dopytał się mnie o mój rower – na co ja podałem kwotę 2,5 tyś zł, tak dla przeciwieństwa dla tych wszystkich 10 tys. Wtedy Wojtek Gogolewski przechodząc obok zaśmiał się, że 2,5 tyś to za samą ramę.
Jako rozgrzewkę pojechałem szukać mojego ośrodka w którym byłem na zimowisku w 1 klasie gimnazjum. Najpierw wjechałem w ulicę Podjazdową, która nie bez powodu tak się nazywała. Podjazd był nawet całkiem przyjemny, jadąc bardzo spokojnym tempem tętno podskoczyło mi do ok 170. Okazało się że wjechałem w złą ulicę, po przejechaniu cmentarza (który jeśli dobrze pamiętam widzieliśmy z ośrodka) zawróciłem i z ul podjazdowej zrobiła mi się zjazdowa. Wjeżdżając w kolejną uliczkę zaraz przy placu targowym od razu byłem pewien, że to właśnie jest ta uliczka. Nie myliłem się. Po przejechaniu obok basenu dojechałem do szkoły, przy której znajdował się coś jak internat w którym spędziłem ferie zimowe 4 lata temu. Dobrze tak po latach wrócić do miejsca z którym wiąże się wiele wspomnień. Jadąc dalej wzdłuż ośrodka dojechałem do końcówki trasy dzisiejszych zawodów. Skoro już tam byłem to i tak miałem w planach zobaczyć zapowiadaną „niespodziankę” przed metą, ze 2 km cofnąłem się do przejazdu przez drogę i tam zawróciłem. Faktycznie zaraz przed metą była niespodzianka, ale moim zdaniem można było, inaczej prowadząc trasę, zrobić lepszą niespodziankę. Zamiast zakrętów przy amfiteatrze, ja bym poprowadził prosto, ostrym zjazdem z wieloma korzeniami przez park prosto na metę.

Z rozgrzewki o długości 8 km wróciłem o 10:30, kiedy otwierano sektory startowe. Poszczęściło mi się i pierwszy raz miałem okazje startować z 1szej linii, także nie musiałem specjalnie długo czekać na starcie. Zamiast stać, pokręciłem się na rowerze wokół placu, tak jak wielu innych, a kiedy zrobiło się tam tłoczno to pojechałem zobaczyć początek trasy. Przejechałem sobie z 5 min główną drogą pod górkę i w kilka min wróciłem z górki. Jadąc samochodem nie zwróciłem uwagi że był tam kolejny w okolicy przyjemny zjeździk. Na 10 min przed startem ustawiłem się w sektorze, za Tomkiem Jakubowskim, Jarkiem i Czerniakiem. Obok mnie ustawili się m.in. Bartek Kołodziejczyk i Radek Lonka. Tradycyjne odliczanie i pierwszy raz ruszyłem razem ze sygnałem startu.

Start honorowy to było jedno wielkie przepychanie się, najpierw spokojnym tempem prowadzili chłopacy z Piły, potem na przód wysunął się Bartek Kołodziejczyk z Radkiem Lonką. Starałem trzymać się w pobliżu Tomka i Jarka. Start ostry nastąpił w Osieku n/ Notecią po skręceniu z drogi głównej na ścieżkę rowerową prowadzącą pod górę w las. Na zakręcie pierwszy raz zaklinował mi się łańcuch i musiałem na podjeździe gonić moich. Pod górkę jechałem moim mocnym tempem, wyprzedzając nawet pana Jurka Kaźmierczaka, który musiał mieć chwilowy kryzys, bo za chwilę słyszałem jak prosił mnie żebym zrobił mu miejsce. Skoczyłem mu na koło i dociągnęliśmy do Tomka Jakubowskiego i Jarka, który jechał bardzo ociężale. Jadąc w grupce odczułem efekt pogoni, czułem że już mam dość. Żeby zmniejszyć moją katorgę rozpiąłem koszulkę ile się dało w stylu Tomka, trochę powietrza na klacie nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Tylko byłem wstanie odpowiedzieć Jarkowi że już padłem i ostatkiem sił trzymałem jego koło.. Jako że on był w gorszym stanie od mojego to go wyprzedziłem na podjeździe pod największe wzgórze w okolicy – Dębową Górę (192m). Myślałem że Jarek już dzisiaj skończył ściganie, a tu nagle na długim, łagodnym zjeździe przeleciał obok mnie jak strzała. Nawet dokręcając nie byłem wstanie go dogonić, dopiero jak zrobiło się płasko to z pomocą innych utworzyliśmy większą grupkę. Razem ze mną Tomkiem i Jarkiem, jechali jeszcze pan Jan Dymecki (kat M5+), Tomasz Urbanowicz z Miłosławia i kilka osób z Chodzieży. Niestety, ale nawet na 29erze jechałem zachowawczo i traciłem dystans na niebezpiecznych zakrętach, przez co musiałem nadrabiać na prostych. W szczególności na jedynym asfalcie, który poprzedzał piaszczysty odcinek na którym zostawiając sobie odstęp do poprzedzającego mnie kolarza nagle na asfalcie zrobiło się ładne parę metrów. Jeszcze na 29erze z traktorem z przodu i większymi oporami powietrza musiałem włożyć nie mało sił aby ich dogonić. (Przez tydzień nie znalazłem czasu aby dokończyć, teraz już nie wiele pamiętam) Ostatecznie pod koniec asfaltu udało mi się ich dogonić, ale zdążyłem tylko wziąć łyka wody i już wjeżdżaliśmy w teren. Do końca rundy starałem się trzymać w peletonie, w pewnym miejscu pomogłem jeszcze dojechać do czołówki Tomkowi, który na prostej się wyłożył. Na początku drugiej pętli siły mi wróciły i postanowiłem pociągnąć na podjazdach. Jadąc za Tomkiem przesuwaliśmy się na sam przód, aż tu nagle gdy próbowałem zrzucić na młynek łańcuch się zaklinował i musiałem się zatrzymać. Na takim podjeździe nie było sensu walczyć z ruszeniem i ładny kawałek podbiegłem, przez co nie tylko przesunąłem się na koniec stawki ale i straciłem mnóstwo sił. Dalej zaczęła się walka o dogonienie. Również zawodnik z Chodzieży zostawał i razem z nim staraliśmy się dojechać. Momentami już było bardzo blisko, ale po chwili znowu nam odjeżdżali. Ostatecznie udało nam się dojechać na asfalcie, gdzie było widać że brakowało w grupie osoby która by pociągnęła. Znowu przez to straciłem okazje do zjedzenia czegoś i uzupełnienia płynów, ale przynajmniej już nie jechałem sam. Na tej gonitwie straciłem tyle sił, że każdy mój techniczny błąd kończył się walką o dogonienie grupy. W pewnym momencie, na brukowym podjeździe ktoś mocniej pociągnął i zostałem za panem Janem Dymeckim. Podciągnąłem go do grupki, ale robiłem to już resztkami sił i przy kolejnym "ataku" odpadłem od grupy. Z początku walczyłem by ich dogonić, ale nogi już odmawiały współpracy. Zmniejszyłem obroty, byle dojechać do mety, ale bez przesady żeby nie tracić pozycji. Co jakiś czas gdy czułem oddech gdzieś w oddali to przyspieszałem. Izotonik który nie nadawał się do picia wylałem, po co ma mi ciążyć w bidonie. Na odcinkach błotnych i piaszczystych spokojniej, przez co nie miałem z nimi takich problemów jak jadąc w grupie. Co jakiś czas wyprzedzałem ostatnich jadących na mini. Przeprawa przez odcinek piaszczysty, w którym brakowało mi sił i od jego połowy prowadziłem rower. Na szybkim zjeździe do głowy wleciała mi pewna piosenka i nucąc sobie ją był ogień :). Wyjazd z lasu, przejazd przez jezdnię i ścieżka którą jechałem na rozgrzewce. Kawałek przede mną widzę jednego kolarza - postanawiam go gonić. Jadę teraz mocno, ale rozważnie, żeby dojechać do mety. Widzę że się do niego zbliżam, przed wjazdem w las brakuje mi do niego kilkunastu metrów. Tam jednak szybki zjazd, na którym wolałem nie ryzykować, długa prosta a po nim zakręt w błocie, nawrotka i linia mety. Podjeżdżam do taty który robił mi zdjęcia, mówi mi że na ostatnim błotnistym zakręcie nie jeden jadący w grupie kolarz w najlepszym wypadku zaliczył glebę, a kilku wylądowało na drzewie. Dalej widzę znajomych z klubu - TomCzera który pochwalił mi się że bez problemu wyprzedził Artura Sobkowiaka i nikogo innego z M1 nie widział. Oznacza to że on musiał wygrać, a ja mam 3cie miejsce!. Dalej Tomek z Jarkiem i panem Jasiem, mówią że dobrze zrobiłem odłączając się od grupy. Do końca ciągnęli bardzo mocno, tak że dogonili Artura i parę innych osób, a na samej mecie nie wiedzieli o niebezpieczeństwie błotnistego zakrętu i któryś przejechał tam prosto.
Chwila odpoczynku w kolejce do myjki, jako że jeziorko nie nadawało sie za bardzo do kąpania to po umyciu roweru szybki prysznic prosto w twarz od Jarka na własne życzenie. Do samochodu przebrać się i zjeść coś, rozmowa z sąsiadującym panem redaktorem naczelnym XC-MTB Rafałem Przybylakiem i do biura zawodów sprawdzić wyniki. Tam czekało mnie małe rozczarowanie - okazało się, że przed Tomczerem przyjechało jeszcze dwóch z M1, o których nie mieliśmy pojęcia, a kolarz którego goniłem na mecie jechał też na mega i straciłem do niego parę sekund. Ostatecznie 5 miejsce w kategorii, 28 open (10 min przewagi nad 4tym w kat, do Tomka 5 min, do pierwszego miejsca 8 min). Wymienię napęd i parę części na lżejsze i będzie ogień :). W miasteczku zawodów wielka wyżerka, tyle jedzenie jeszcze nie było na żądnych zawodach. Mnóstwo owoców, ciasta, drożdżówek, wody, makaronu - mogłem się najeść do woli. Takie coś to ja rozumiem :)

Mimo rozczarowania miejscem w kategorii, jestem bardzo zadowolony z zawodów. Mam nadzieję że po wymianie napędu nie będę miał problemów z rowerem i wtedy pokażę na co mnie stać :)
Kategoria Wyścig