Info
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.
W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!
2015:
2014:
2013:
2012:
2011:
2010:
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2015, Grudzień12 - 0
- 2015, Listopad11 - 0
- 2015, Październik9 - 0
- 2015, Wrzesień21 - 0
- 2015, Sierpień21 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec12 - 0
- 2015, Maj16 - 0
- 2015, Kwiecień24 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty18 - 0
- 2015, Styczeń20 - 0
- 2014, Grudzień8 - 1
- 2014, Listopad9 - 0
- 2014, Październik11 - 0
- 2014, Wrzesień19 - 0
- 2014, Sierpień35 - 0
- 2014, Lipiec27 - 1
- 2014, Czerwiec18 - 0
- 2014, Maj20 - 0
- 2014, Kwiecień21 - 0
- 2014, Marzec24 - 0
- 2014, Luty23 - 0
- 2014, Styczeń8 - 0
- 2013, Grudzień6 - 0
- 2013, Październik6 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień16 - 0
- 2013, Lipiec9 - 0
- 2013, Czerwiec15 - 0
- 2013, Maj17 - 0
- 2013, Kwiecień17 - 0
- 2013, Marzec5 - 0
- 2013, Styczeń3 - 0
- 2012, Grudzień7 - 0
- 2012, Listopad11 - 0
- 2012, Październik12 - 0
- 2012, Wrzesień22 - 0
- 2012, Sierpień33 - 0
- 2012, Lipiec32 - 0
- 2012, Czerwiec32 - 0
- 2012, Maj45 - 0
- 2012, Kwiecień28 - 0
- 2012, Marzec18 - 0
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń1 - 0
- 2011, Grudzień3 - 0
- 2011, Listopad11 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień25 - 0
- 2011, Sierpień27 - 0
- 2011, Lipiec37 - 0
- 2011, Czerwiec29 - 0
- 2011, Maj23 - 0
- 2011, Kwiecień27 - 0
- 2011, Marzec5 - 0
- 2011, Styczeń2 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik7 - 0
- 2010, Wrzesień15 - 0
- 2010, Sierpień19 - 0
- 2010, Lipiec28 - 0
- 2010, Czerwiec18 - 0
- 2010, Maj4 - 0
Wpisy archiwalne w miesiącu
Czerwiec, 2011
| Dystans całkowity: | 1230.82 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 55:50 |
| Średnia prędkość: | 22.04 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 63.58 km/h |
| Liczba aktywności: | 29 |
| Średnio na aktywność: | 42.44 km i 1h 55m |
| Więcej statystyk | |
- DST 39.44km
- Czas 01:41
- VAVG 23.43km/h
- VMAX 38.11km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Do Kiekrza na piachy
Piątek, 10 czerwca 2011 · dodano: 10.06.2011 | Komentarze 0
Trening jazdy w piachu, najpierw pojechałem sobie za Rusałką na piach, a następnie moją ścieżką przez las nad Strzeszynek - z tej strony wygląda zupełnie inaczej niż jadąc od Strzeszynka, prawie cały czas nie wiedziałem gdzie jestem. Wjeżdżając z lasku na kole usiadł mi jakiś kolo na crossie, a następnie na zjeździe dookoła Strze objechał mnie i ja mu siadłem na koło. Tempo miał świetne, aż się trochę zmęczyłem. Prawie cały czas pędził 32-34 km/h. Na pomoście zrobiłem sobie dłuższą przerwę i potem pojechałem ścieżką przy jeziorkach do Kiekrza. Za torami rozpocząłem mój właściwy trening - najbardziej piaszczysty odcinek pokonałem chyba 4 razy w obie strony, ostatnim razem już bez odpinania się z pedałów. Już zaczynam kapować, jak się powinno w takim piachu jeździć, na pewno mi się to przyda na jakiś maratonach. Dalej wróciłem sobie mocnym tempem ścieżką dookoła Strze, a następnie moją trasą przez las. Potem na biskupińskiej asfaltem w górę i ścieżką nad polanką. Tym razem nie skręcałem na zjazd tylko waliłem prosto w piach i przy okazji zobaczyłem co się dzieje w aucie stojącym na zakręcie (tzn widziałem oparte o szybę plecy jakiegoś mięśniaka i pomiędzy nimi jakieś zgrabne nóżki w skarpetkach, musiało być ostro). Tym piachem jechałem tylko raz, po którym nie miałem ochoty już tamtędy więcej jeździć. Teraz jak tam wbiłem to trochę spanikowałem, bo prędkość miałem dosyć dużą a piachu nagle zrobiło się dużo pod kołami. Jednak udało mi się wyjechać z tego bez odpinania pedałów, dalej jechałem tą samą trasą co nad Strzeszynek niedawno, tylko w drugą stronę. Tu również za bardzo nie wiedziałem którędy powinienem jechać i wpakowałem się na samym końcu w zajebiście spory piach - mocniej pedałując czułem jak piach z opon sypie mi się na plecy. Do Rusałki "górą", dookoła Rusałki również "górą". Do parku Sołackiego i z powrotem; kółko dookoła Rusałki "górą" i w domku byłem o 20:20.- DST 29.09km
- Czas 01:28
- VAVG 19.83km/h
- VMAX 41.64km/h
- Temperatura 17.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Deszczowy Strzeszynek z Mariką
Czwartek, 9 czerwca 2011 · dodano: 09.06.2011 | Komentarze 0
Wreszcie przerwa z upałami, to na rower po baskecie obowiązkowo. Samemu mi się niezbyt chciało, ale na Marikę tym razem mogłem liczyć. Jak wychodziłem z domu to trochę padało, spotkaliśmy się o 19 w parku Sołackim i standardowo pojechaliśmy nad Strzeszynek. Pogoda na rower idealna, a ludzi wszędzie mało. Tylko kilku kolarzy nas co jakiś czas wyprzedzało. Na pomoście dłuższa przerwa, aż przyjemnie się siedziało (albo raczej leżało), bo od jeziora waliło ciepłem. Kółko dookoła jeziorka i po 20 odprowadziłem już Mari na Bonin. Już nie wpraszałem się do niej i wróciłem prosto do domku. Jeszcze po drodze wyśmiałem Marikę, że obejrzała sobie sporo NW (które koniecznie musiała obejrzeć, przez co tak krótko na rowerze byliśmy) - z tego co mi wiadomo to kończy się o 20:30, a jak do niej pisałem z parku Sołackiego było 20:25.W domciu o 20:35.
Kategoria Towarzysko
- DST 55.90km
- Czas 02:33
- VAVG 21.92km/h
- VMAX 63.58km/h
- Temperatura 26.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Mosina Pożegowo z Konradem i Jackiem
Środa, 8 czerwca 2011 · dodano: 08.06.2011 | Komentarze 0
W szkole chłopaki namawiali mnie na przejażdżkę, to zaproponowałem pokazać im trasę Maratonu. Jacek od początku dnia przez temperaturę nie był za chętny na to, ale na Kondzia mogłem liczyć. Wracając ze szkoły umówiłem się z nim tak ok 15/16, ale moje domowe obowiązki trochę to opóźniły.W takim razie miałem być o 16:30 w Luboniu. Z domu wychodziłem o 16 i tu niespodzianka: otwieram bramę, a tam pojawia mi się piękny widok pierwszy kropel deszczu. Poczekałem chwilkę - ok 5 min największą nawałnicę, w międzyczasie jeszcze spotkałem tatę który kazał mi jechać, deszcz niby był przelotny, to co zmoknę to i tak wyschnę. Planowałem pojechać Matejki do Hetmańskiej, ale przez deszcz zapomniałem o tym i wjechałem na Grunwaldzką. Na Głogowskiej przy Macu zadzwonił do mnie Kondzio i tłumaczyłem się mu że deszcz mnie zatrzymał. Tu kolejna niespodzianka: za chwilę znowu zaczęło lać, jakby z tej samej chmury. Schowałem się w przejściu i przeczekałem tym razem dobre 10 min. Gdy już przestało padać pojechałem dalej, a tam znowu zaczęło kropić i znowu się schowałem, tym razem pod daszek od Rossmana. Tutaj nieco dłużej musiałem czekać, po jednej nawałnicy przyszła druga i tak zleciało mi 20 min. Ostatecznie u Kondzia byłem o 17:30.
Do Puszczykowa dojechaliśmy tradycyjnie ścieżką przy jezdni. Na miejscu mieliśmy wyciągnąć zniechęconego Jacka, ale jak przyjechaliśmy to właśnie jadł pizze. Nie chciało nam się czekać i pojechaliśmy do Mosiny sami. Pokierowałem Kondzia drogą tą samą jak prowadziła objazdówka na Maratonie i na podjeździe jadąc swoim tempem szybko uciekłem Kondziowi. Mimo to jechałem dużo wolniej niż w niedzielę, ale to było do przewidzenia (nie w formie i brak tej niosącej atmosfery zawodów). Na górze dziwnie wyglądało to miejscu - tak jakoś za pusto tam teraz jest. W dodatku jeszcze ciemne chmury potęgowały tą pustkę.
Pamiętając o tym, że Jacek miał do nas przyjechać pokazałem Kondziowi zjazd brukiem w stronę piachu. Tak mu się spodobał, że mimo burzy chciał dalej tym piachem jechać, ale po chwili zrezygnował. Wracając już nie było tak lekko, nawet w jednym miejscu musiałem się podeprzeć. Na moim ulubionym podjeździe znowu uciekłem Kondziowi, ale i tak w niedzielę jechałem tam duuużo szybciej.
Na górze pojechałem sobie na dróżką na metę maratonu i chwilę odpoczęliśmy pod moim drzewem.
Jacek nie dawał oznak życia, to ja pojechałem w dół, a Kondzio do niego w tym czasie zadzwonił. Już na samym początku spadł mi łańcuch. Gdy po zawrocie zacząłem podjeżdżać śmignął obok mnie Kondzio i okazało się, że Jackowi poszła dętka i teraz jest gdzieś przy Rynku w Mosinie. Biedak ponoć prowadził rower prze 1,5 km i teraz od 20 min myślał co ma zrobić. Oczywiście kasy na komie nie miał żeby do nas zadzwonić. Dziura w dętce była taka dużo, że ciężko było przez pompowanie dętki ja znaleźć - za szybko powietrze uchodziło. Po załataniu Kondzio próbował napompować ją bez skutku. Oczywiście zwaliłem winę na pompkę, ale moją nie wiele więcej zdziałałem. Jeszcze raz szybkie spojrzenie na dętkę i jest... druga dziurka. Jacuś musiał złapać snake'a na krawężniku. Załatane i jedziemy dalej.
Razem z Jackiem jeszcze raz pojechaliśmy na Pożegowo, a Kondziowi się spieszyło i nas zostawił. Tym razem dałem z siebie więcej na podjeździe i na górze widok burzowych chmur już dookoła Mosiny szybko zachęcił nas do powrotu. Niby po zjeździe Jackowi zaczęło schodził powietrze z dętki, to jeszcze skoczyliśmy na stację. Szybko pit-stop i 10 min później już pożegnałem Jacka i pędziłem do domciu żeby zdążyć przed deszczem.
Za Puszczykówkiem zauważyłem jakiegoś kolesia jadącego bez trzymanki na ulicy środkiem pasa. Wyprzedzając go spojrzałem mu prosto w oczy, ale powstrzymałem się z komentarzem. Sekundę później wskoczył mi na koło, a ja próbując zgubić, zmęczyć go pędziłem ile sił w nogach i sam się męczyłem. Nawet specjalnie pojechałem środkiem przez najgłębszy piach, żeby on tam musiał przyhamować. Zaraz po tym rozejrzałem się i nigdzie go nie było. To ja już cały szczęśliwy jechałem dalej, gdy ten sam koleś nagle zajechał mi drogę i ładnym, bardzo miłym gestem przepuścił mnie do przodu (cwel), bo sam nie mógł chwilę poprowadzić. To ja dalej dawałem z siebie wszystko i tak razem dojechaliśmy do Lubonia. Tam na jakiś światłach zatrzymało mnie czerwone i stojące na skrzyżowaniu samochodu, między którymi gościu sobie spokojnie przejechał jakby on tam do tego specjalnie stały. Tyle co go widziałem, później wróciłem Hetmańską i Matejki bez większych przygód. W domu o 20:40.
Kategoria Szosa, Towarzysko
- DST 11.09km
- Czas 00:35
- VAVG 19.01km/h
- VMAX 39.44km/h
- Temperatura 28.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Do szkoły
Środa, 8 czerwca 2011 · dodano: 08.06.2011 | Komentarze 0
Już od dawna przymierzałem się do pojechania rowerem do szkoły, ale zawsze coś wypadało. Obiecałem Tomusiowi zrobić to w maju, ale nagle zrobił się czerwiec i przyszła idealna do tego chwila. Mało lekcji, jedynie w plecaku żarcie, koszulka na zmianę i 3 zeszyty. Na dojazd dałem sobie 20 min, przez Kaponierę dojechałem w niecałe 10 min.Wracając pojechałem jeszcze z Kondziem pod jego maszynę i potem ścigaliśmy się do placu Wolności (na Podgórnej pędziłem ok 30 km/h), gdzie już dalej mi uciekł. DO tego zablokowało mnie czerwone światło, i gdy Kondzio skręcił w swoją uliczkę ja pojechałem w Ratajczaka i dalej w stronę mojej ścieżki na Sołacz. Na podjeździe na Żeromskiego umierałem, wiatr i duchota = 15 km/h.
- DST 62.70km
- Czas 02:57
- VAVG 21.25km/h
- VMAX 46.42km/h
- Temperatura 26.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza gór vol. 2 - trening
Wtorek, 7 czerwca 2011 · dodano: 07.06.2011 | Komentarze 0
Tym razem padało przed moim wyjściem z domu, na Estkowskiego złapałem kolesia z treningów i przefrunąłem za nim przez Śródkę. Dalej dołączył do nas Tomczer w koszulce Tarisa i razem podjechaliśmy na miejsce zbiórki. Nawet byliśmy dość punktualnie. Chwilkę pogadaliśmy o maratonie, koszulka znowu poszła w obce ręce i pojechaliśmy na Dziewiczą inną drogą, dłuższą ale mniej piaszczystą.Po zachęcającym mnie do dalszej pracy maratonie trzymałem się z przodu. Może tempa Tomka i kolesia, któremu chciał się urwać, nie dawałem rady utrzymać, ale już takiego problemu nie było z kolegą z klubu w stroju CSC i Michałem, z którym gadałem na temat opon.
Ta inna trasa wyglądała w ten sposób, że zamiast skręcić nad jeziorem swarzędzkim w las w piach, to przelecieliśmy do Gruszczyna i tam dalej przez Mechowo dojechaliśmy to żółtego szlaku prowadzącego wprost na Dziewiczą. Tam zagadałem do gościa w stroju CSC, który siedział obok mnie pod drzewem na Maratonie w Mosinie. Okazało się, że mamy kolejnego Tomka na treningach. Gadając jechaliśmy w czołówce, aż do piaszczystego podjazdu na którym poległem, a Tomek (CSC) na Karmach podjechał bez większego problemu. Tam mi uciekł i potem spotkaliśmy się znowu przed końcowym podjazdem na Dziewiczą. Powiedziałem mu, że zdziwi się ja wjedziemy na górę że to już i tak też dokładnie było. Wszystkie podjazdy pokonałem chyba bez większych problemów, potem pętelka i na zjazdach w piachu nie było już tak miło. Na killerze poległem, cały czas zjeżdżałem z jedną nogą wypiętą.
Powrót tą samą drogą, czołówka uciekła i od jeziora Swarzędzkiego jechałem z gościem na crossie. W jednym miejscu ładnie poprowadziłem go przez łąkę, że dalej podjazdu nie pokonaliśmy. Kawałek przed Maltą nagle zaczęło mi coś blokować tylnie koło, a po chwili okazało się że to uchwyt od tylniej lampki mi się rozkręcił i lampka zablokowała się przy hamulcu. Cofnąłem się żeby poszukać zgubionej śrubki, ale nic z tego. Gdzieś w okolicach przejazdu złapaliśmy Tomka CSC z panem w koszulce Schwinna, który pokierował nas bodajże "singielkiem" nad Maltę. Ścieżka świetna, bez większych zjazdów i podjazdów ale momentami było co pedałować. Na jednym piachu nawet utknąłem.
Nad Maltą dosyć długo czekaliśmy na trenera - gdzieś w trasie poszła kolejna dętka, okazało się że zapasowa miała chyba rozwalony wętyl i do tego był jeszcze problem z pompką. Wróciłem sobie miło gadając z panią, która była na Maratonie do Cytadeli. W domu byłem późno, już nie pamiętam (po tygodniu - szkoda że nie napisałem tego od razu) dokładnie o której
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 74.02km
- Czas 03:41
- VAVG 20.10km/h
- VMAX 59.88km/h
- Temperatura 32.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Maraton Mosina-Pożegowo
Niedziela, 5 czerwca 2011 · dodano: 05.06.2011 | Komentarze 0
Przygotowanie i dojazd.Pobudka rano o 6:40, wstałem bez problemów. Wszystko przygotowałem sobie przed pójściem spać, także musiałem tylko zjeść śniadanie (kiełby, makaron do plecaka) i mogłem już jechać na dworzec. Już dojeżdżając do dworca zauważyłem pierwszych zawodników, na dworcu przy kasach byli już kolejni. Trochę sobie postałem w kasie, do tego jeszcze obsługiwała taka nie miła pani. Bilet do Mosiny kosztował mnie 3,80 + 1zł za rower. Pociąg wyjeżdżał o 8:04, na peronie byłem jakoś przed 8. Pociąg już tam stał, niestety starego typu chyba bez przedziału z miejscami na rower. Zobaczyłem w przejściu jednego rowerzystę, to ładnie spytałem się czy można dołączyć i wbiłem do niego. Bardzo dobrze trafiłem i trochę sobie z nim pogadałem. Z rowerami nie było problemu, jeśli ktoś chciał wyjść to sprawnie je przesuwaliśmy. Przed Puszczykowem dobrałem się do mojego makaronu, który miałem zjeść na śniadanie i tak mi smakował, że żałowałem że tak mało go wziąłem. Kiedy kończyłem jeść przyszedł konduktor, pokazałem mu bilet i już legitymacji nie kazał mi pokazywać tylko życzył "smacznego". Później jeszcze przepuszczałem go do drzwi, przy czym był bardzo miły dla nas. Chwilę później już byliśmy w Mosinie i pożegnałem się z moim pociągowym towarzyszem.
Mosina / Przed startem.
Godz ok 8:30. Za dużo kolarzy to z pociągu nie wysiadło, jakaś ekpia w koszulkach Corrateca, jeden w CSC i jakiś jeszcze jeden. Pojechałem za ludźmi z Corrateca, którzy oczywiście zamiast od razu na Pożegowo to pojechali do sklepu. Później musiałem krążyć po rynku i szukać jakieś drogi na rondo. A to jedna było jednokierunkowa, a to druga była ślepa. Jakoś na około wyjechałem z tego i na rondzie zauważyłem oznaczenia maratonu. Jadąc według nich pojechałem na podjazd do Pożegowa, gdzie spokojnie, nie męcząc się na najmniejszej przerzutce sobie pedałowałem 10 km/h. Co chwile ktoś w ramach rozgrzewki zjeżdżał, żeby potem podjechać pod górkę. Na górze, w miasteczku maratanu pierwsze co to poszedłem się zapisać. Trochę to dziwnie wyszło, bo najpierw zapisałem się na dystans i dostałem numerek, a potem poszedłem do kas jeszcze raz z kolejną wypisaną kartą uczestnika, gdzie zapłaciłem i dostałem pieczątkę na karcie. Z tego co słyszałem, to najpierw trzeba było zapłacić, a potem dopiero zapisać się na dystans, a tak jak ja to zrobiłem to mogłem już w ogóle nie płacić. Gdy już załatwiłem te wszystkie sprawy to była godz ok 9, czyli 2h do startu. Usiadłem sobie pod drzewkiem i przyglądałem się jak wyglądają przygotowywania do maratonu. Panował ogólny chaos, wszystkie namioty z jedzeniem były dopiero co rozkładane. Na parkingu przybywało coraz to więcej samochodów, do zapisów zaczęła się robić długa koleja. Siedząc tak, zagadał do mnie jakiś weteran maratonów i chwilę mi pomarudził na organizację i maraton. Gdy Jacek nie dawał oznak życia do 10, zadzwoniłem do niego z pytaniem gdzie jest. Okazało się, że gdzieś źle skręcił i pojechał na jakąś wiochę ładne parę km dalej. Zaczęło robić się nieciekawie, za 30 min miało być ustawianie w sektorze, a z plecakiem raczej nie pojadę. Żeby szybciej tą sprawę załatwić podjechałem na rondo do Mosiny, żeby Jacuś nie musiał się na podjeździe męczyć. Jednak po 10 min bezsensownego czekania znowu do niego zadzwoniłem i okazało się, że on teraz jest na Osowej. To sobie ładnie zjechał, przejął plecak i ja pojechałem na górę. Teraz to już mnóstwo ludzi sobie podjeżdżało, niektórzy nawet dawali z siebie wszystko. Ja też nie chciałem jechać zupełnie na luzie i trochę zwiększyłem tempo.
Godz ok 10:30. W miasteczku pierwsze co usłyszałem, to głos trenera w udzielanym wywiadzie. Chcąc podjechać do trenera po skończonej rozmowie zainteresował się mną komentator słowami "Mamy nawet zawodniku z drużyny Eurosportu!". Ja wtedy cały przestraszony zacząłem machać głową na "nie", żeby nie podchodził do mnie ale to nic nie dało. Już po chwili podstawił mi mikrofon pod twarz i wypytywał mnie o koszulkę. Gdzie ją wygrałem, jakie były pytania itp. Na koniec jeszcze spytał się, czy znam dwóch komentatorów Eurosportu, na co ja odpowiedziałem coś w stylu: "No pewnie, pan Jaroński i Wyrzykowski!" Ogólnie to było to straszne, jak usłyszałem swój głos przez głośniki to tak się speszyłem, że nie mogłem ułożyć składnego zdania i ciągle się jąkałem. Ale jakoś dałem radę, następnym razem będzie lepiej.
Teraz goniłem trenera, żeby przywitać się z nim i zagadać o taktykę/trasę maratonu. Jednak od razu mi się to nie udało, nie dosyć że ktoś tam za nim biegł doradzając coś, to jeszcze spieszył się zrobić rozgrzewkę. Chwilę poczekałem za nim przed parkingiem i jedynie zdążyliśmy powiedzieć sobie cześć. Gdy już straciłem nadzieję na dłuższą rozmowę pojechałem na moją miejscówe pod drzewkiem i już zaraz jechałem z wolna ustawić się w sektorze. Trochę skopałem że nie pojechałem tam od razu, tylko poczekałem aż już będzie tam trochę ludzi.
Wychodząc z cienia, poczułem ten gorąc jaki bił z nieba. Ludzi zaczęło szybko przybywać, zarówno za mną jak i wpychalscy przede mną. Trochę dziwne, że ludzie po prostu albo dostawiali się z przodu, albo przenosili rowery nad innymi i ustawiali się w kolejnych "liniach", gdzie ludzie musieli się mocno ściskać aby wstawić tam jeszcze jeden rower. W czasie gdy przybywało ludzi zaczęło się odliczanie. Najpierw 10 min do startu - corny już rozpakowane w kieszonce koszulki. Sprawdzam jak się mają - jeden już mi się cały klei, drugi jakoś siedzi w opakowaniu. Na 2 min przed startem poczułem głód i szybko zjadłem tego bardziej roztopionego corna. Łyk wody i już jestem gotowy do startu. Jeszcze tylko trener wepchnął się gdzieś z przodu i już były sekundy do startu.
START MARATONU
Końcowe odliczanie do startu. Wpinam jeden but żeby szybciej ruszyć. I nastąpiła ta chwila. Wszyscy momentalnie zaczęli się pchać, a zanim ja w ogóle trochę się ruszyłem do przodu to minęło dobre 30 sek. Z początku przesuwałem się odpychając butem, dopiero po kolejnych sekundach usiadłem na siodełku. Już czołówka była na dole, a ja dopiero co zaczynałem zjazd. Ten świst opon 400 kolarzy jadących ponad 50 km/h - niesamowite, nic po za tym wtedy nie słyszałem. W takim peletonie o wiele szybciej się jedzie niż samotnie - prawie bez pedałowania osiągnąłem 60 km/h i starałem się objeżdżając tych przede mną przebić się do przodu. Koniec zjazdu, teraz dobrze ułożyć się do zakrętu i jeszcze parę pozycji odrobić. Zrobiłem to dosyć ostrożnie, ale nie jakoś specjalnie wolno. Później słyszałem, że tam niektórzy pędząc 60 km/h musieli ostro hamować, a nawet doszło do paru kolizji. Następnie rondo - tutaj miałem więcej miejsca i pojechałem je z lewej, krótszej strony zdobywając jeszcze parę miejsc. Wjazd na rynek i tu niespodzianka - cały peleton zatrzymał się. Coś tam z przodu krzyczeli żeby się cofnąć, śmiali się, że podobno źle skręciliśmy. Wtedy zgłupiałem i stanąłem w miejscu, mimo że mogłem się trochę przepchać do przodu. Niektórzy nawet zawracali, ale ja wolałem chwilę poczekać i zobaczyć co się będzie dalej działo. W tym czasie miała przemawiać pani Burmistrz Mosiny, której oczywiście nie widziałem ani nie słyszałem. Po chwili ruszyliśmy dalej, startując byłem gdzieś w 2 połowie stawki. Teraz znowu zaczęło się przepychanie do przodu i dobre ustawianie się przed startem ostrym, który miał być po pokonaniu torów. Trasa pokierowana była jakimiś nieznanymi mi ulicami, ale jechałem na tyle szybko że odrabiałem pozycji. Po chwili wjechaliśmy na właściwą ulicę do Pożegowa, gdzie zaczął się ten straszny podjazd. Jednak dla mnie jadąc w peletonie nie był on znowu taki straszny. Objeżdżałem wszystkich równo, prędkość osiągałem 15-20 km/h. Gdzieś w połowie podjazdu wyczaiłem jednego gościa z Torq'a i stwierdziłem, że fajnie będzie jak chociaż spróbuję utrzymać jego tempo. Teraz zacząłem przepychanie się do przodu razem z kontrolowaniem jego pozycji. Jakoś strasznie szybko to on nie jechał, nie miałem problemu z trzymaniem się jego. Parę razy zgubiłem go z pola widzenia, ale po chwili sam się odnalazł gdzieś z boku.
Podjazd już za mną, mocno przetasował stawkę. Słabsi na nim jeszcze jechali, ci mocniejsi już dawno byli z przodu. Ja zjazd po bruku pokonałem zaraz za Torqiem, nawet jeszcze udało nam się przebić trochę do przodu. Teraz wjazd w las - JEDNA WIELKA CHMURA KURZU. Teraz zrozumiałem, co to znaczy jechać maraton w takim upale, bez większych opadów na trasie od wielu dni. Kurz i pył był wszędzie, widoczność była nie wielka. Tylko dostrzegałem parę rowerów przede mną i obok mnie. Czułem, jak kurz wciska mi się pod okularami do oczu, nawet w jednym miejscu musiałem zamknąć prawe oko bo już nie mogłem wytrzymać. Piach, który w zeszłym tygodniu przysporzył mi tyle problemów. Teraz jechałem jak burza, momentami tylko tańcząc. Torq na Rocket Ronach miał większy problem, przez co trochę mu odjechałem. Było by pięknie, gdyby nie jedno miejsce w którym się ostro zakopałem i zatrzymałem na chwilę pociąg zawodników za mną. Jednego przepuściłem, a przed resztą szybko wszedłem na trasę i ruszyłem goniąc przód. Po paru sekundach już jechałem komuś na kole. Zakręt w prawo i dalej już bardziej utwardzoną trasą do przodu. Tutaj zaczęło się moje ściganie. Tempo, jakim jechali zawodnicy było po prostu za wolne jak dla mnie i prawie cały czas, jak pozwalały na to warunki starałem się przemieszczać do przodu. Nigdy tędy nie jechałem, więc wolałem nie przesadzić i zakopać się znowu w jakimś piachu, przez co wyprzedzałem tylko w pewnych miejscach. Z resztą miejsca zapiaszczone było od razu widać po chmurach kurzu. Wyjechaliśmy z lasu i dalej trasa prowadziła alejkami przez jakieś wiochy. Na moment nawet znaleźliśmy się w Łodzi. W pewnym momencie wyprzedził mnie jeden koleś - a mało takich było ;). Ten ktoś wydał mi się dziwnie znajomy i po chwili jechania za nim przypomniało mi się że podobny gościu na treningu chodzi. Tempo miał świetne, dla mnie idealne. W pewnym momencie zrobiło się trochę piachu, ale spokojnie dało się pędzić. On jednego wyprzedził, a ja utkwiłem przez piach za tym wolnym. Kiedy nadarzyła się okazja to wyprzedzania to nie wahając się popędziłem prawą stroną, gdzie szynko utwardzona drogi przemieniła się w grząski piach, w którym po raz drugi poległem. Jechałem wtedy ramię w ramię z kolegą z treningów, a po chwili już czekałem aż wszyscy przejadą i będę mógł się wepchnąć do jakieś grupki. Wyprzedziło mnie wtedy bardzo dużo kolarzy, straciłem może nawet 20 miejsc. Kiedy udało już mi się wjechać to po wyjechaniu na pewniejszy teraz kontynuowałem moją taktykę wyprzedzana, ale już mądrzejszy co do piachu. Nawet dogoniłem mojego Torqa, za którym już się teraz trzymałem. Wjazd na szosę i cała grupa zaczęła pić, ja wtedy szybko wziąłem łyka i dosyć mocno się rozpędzając zdobywałem kolejne miejsca. Dalej znowu w teren i znowu ten torq. Jadąc tak dojechałem do pierwszego bufetu, gdzie patrząc jak to inni robią również z resztą zatrzymałem się aby przejąć kubeczek z wodą. Starałem się szybko to wypić już jadąc i połowę rozlałem sobie na twarz. Straciłem przez to parę miejsc, ale również kilku zawodników co jechało przede mną jeszcze się posilało. Po chwili już nabrałem prędkości i dalej trzymałem się kolesia z Torqa. Już nie pamiętałem jak to i gdzie szło, ale jadąc za torqiem przez różne lasy, alejki, pola, w pewnym momencie wyprzedził nas inny, nieco starszy kumpel z jego teamu na rowerze chyba 29er i momentalnie tempo wzrosło. Było widać, że starszy pomaga młodszemu koledze nadając tempo, na czym ja też mocno skorzystałem. Gdzieś dalej wjechaliśmy jakaś grupa cofała się w naszą stroną, a my wjechaliśmy wtedy w ścieżkę wgłąb lasu. I tu się zaczęła największa frajda. To co trenowaliśmy na treningach: ostry podjazd, a zaraz ostry zjazd, wąskie ścieżki między drzewami. Na większości podjazdów doganiałem przód, a na większości zjazdów jadąc dość asekuracyjnie ci z przodu uciekali mi. Na jednym podjeździe, widać jak ci na górze męczą się, zatrzymują i schodzą z rowerów ja nawet nie podejmowałem wyzwania tylko od razu zsiadłem i podbiegłem na górę. Po przejechaniu pętelki chyba był kawałek w lesie, po czym wyjechaliśmy na płyty betonowe. Tutaj zaczęła się prędkość. Jechałem dosyć spokojnym tempem (30 km/h) za torqiem. Korzystając z okazji wyjąłem z tylniej kieszonki batona i wpakowałem go do paszczy z połowę. Zacząłem go mielić, a tu niespodzianka: jadąc tymi płytami nagle zaczęło robić się dosyć stromo, do tego jeszcze torq jakoś dziwnie zwiększył tempo. Ja z wypełnionymi polikami postanowiłem nie dać mu uciec i szybko dosiadłem mu się na koło, a jak skończył się podjazd do dokończyłem moje posilanie się. Łyk wody i kawałek jadać z nim, wyprzedził nas jakiś szybszy zawodnik. Nastała teraz ta smutna chwila, w której opuściłem torq i popędziłem za tym rozpędzonym gościem. Dosiadłem mu się na koło i przebijaliśmy razem do przodu.
Gdzieś w okolicach Puszczykowa trasę poprowadzono przez jakieś posesję. Z początku była ona dosyć stromo po płytach pod górkę, później wypłaszczenie z widokiem na domek z basenem (ktoś tam obok mnie powiedział, że teraz można by wjechać prosto w basen - fakt, upał był, ale do zniesienia). Dalej drugi bufet - w jeździe złapałem kubeczek, wziąłem łyka, resztę wylałem na plecy i brzuch - świetne uczucie. Jeszcze podjechałem po arbuza i wpieprzając go goniłem tych przede mną. Przez sprawne obsłużenie zyskałem parę pozycji. Teraz kolejna trasa bardziej wymagająca, kolejne zjazdy i podjazdy. Nie wiem jak to możliwe, ale w pewnym momencie znalazł się chyba ten sam koleś z torqu przede mną, ale miał problem na jednym z zakrętów i wypadł na moment z trasy. Wtedy sprawnie go objechałem i jechałem dalej. Tam spotkała mnie nie miła niespodzianka - widok trenera stojącego z boku grzebiącego coś w rowerze z tym samym kolesiem, z którym widziałem go na starcie. Krzyknąłem coś jak "Oj trenerze trenerze, znowu pech", na co on mi coś odpowiedział ale już tego nie dosłyszałem.
Dalej pamiętam asfalt, gdzie po zobaczeniu na liczniku 33km (trasa miała mieć 35 km) zwiększyłem tempo. Po chwili jednak zobaczyłem tabliczkę 5 km do mety, ale już tempo starałem się utrzymać. Nawet musiało być tak równo, że zablokowałem amora. Zapomniałem o tym i na dużej szybkości wjechałem w próg zwalniający - nieźle coś mi tam trzasnęło, jakby tego jeszcze było mało to potem coś z przodu mi charczało. Bałem się, że poszła dętka, ale na szczęście obyło się bez tego. Pędząc tak dalej znowu trasa prowadziła przez las, a tam na końcu prostego odcinka było sporo piachu. Widziałem jak inni z nim walczą, to ja woląc tego uniknąć zsiadłem z roweru i biegłem z nim przez ok 50m. Obok mnie jedna kobitka z nim walczyła i chyba nawet dała radę, ale pewni straciła na tym więcej sił niż ja. Teraz już dawałem z siebie prawie wszystko - 1km do mety. 500m przed metą stała jakaś grupka informująca o tym fakcie. Ja, jak to usłyszałem to jeszcze przyspieszyłem, na co oni zaczęli mi klaskać i krzyczeć widząc moją walkę o czas. Już słyszałem odgłosy z mety, znowu ten głos komentatora. Teraz polanka i rozjazd - tylko kurde co TU SIĘ DZIEJE?! Pojechałem na wprost ludzi, a tam trasa do mety zablokowana taśmą i tylko na drugie kółko można było wjechać. Jakieś babce spytałem się gdzie meta i ona kazała mi pod taśmą przejechać. Szybko to zrobiłem i teraz dawałem z siebie wszystko na brukowanym podjeździe. Do tej pory jakoś mocno się nie zmęczyłem, ale tutaj to po prostu czułem jak tracę siły. Gdzieś tam kilkanaście/kilkadziesiąt metrów przede mną widziałem jakiegoś zawodnika, którego wyprzedzenia przybrałem za cel. Dawałem ile mogłem, a jechałem nawet dosyć szybko. Widziałem jak go doganiam. Podjeżdzając coraz wyżej byłem coraz bliżej jego. Jeszcze czas dla fotoreporterów, którzy wyłapali piękny moment mojego grymasu jak poczułem straszny ból nóg i już byłem przy nim. Ostatnia prosta do mety. Obejrzałem się czy ten ktoś próbuję mnie dogonić i odetchnąłem. Najwyraźniej był tak zmęczony, że pogodził się z tą porażką na ostatnich metrach, a ja już ostatkiem sił dojechałem na metę. Tylko słyszałem jak komentator nawoływał "I kolejni na mecie: zawodnik w koszulce Eurosportu..." i położyłem się na kierownicy roweru łapiąc oddech. Podziękowałem temu komuś za "walkę" i jak doszedłem do siebie poszedłem zorientować się, co się dzieje w miasteczku.
Po maratonie (godz ok 12:30):
Była darmowa woda, kiełba za kartkę i długie oczekiwanie na ogłoszenie wyników. Trochę się obmyłem i czekałem na wyniki, które miały być o 14:40. Poddałem się o 15:15 i uciekłem do Jacka po plecak. Tam się u niego obmyłem, chwilę pogadaliśmy w ogródku w tym czasie coś jedząc i ruszyłem w drogę powrotną. Tam przed Luboniem spotkałem jednego kolarza, wracającego również z Maratonu. Jadąc razem całą drogą przegadaliśmy o różnych rzeczach, w międzyczasie koleś opierniczył gościa trabiącego na nas jak jechaliśmy szosą obok siebie. Już jak się żegnaliśmy przy wiadukcie na hetmańskiej to zaliczyłem pierwszą glebę w spd na światłach - trochę się zagapiłem i zapomniałem odpiąć. Kolanko obtarte, krew lała się strumieniami ;P. Nawet z plecakiem nie jechało się tak źle, jak się tego spodziewałem. W domu o ok 17.
Kategoria Wyścig
- DST 34.15km
- Czas 01:49
- VAVG 18.80km/h
- VMAX 42.39km/h
- Temperatura 30.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek z J, K, M - przed maratonem, pierwsza jazda na RK
Sobota, 4 czerwca 2011 · dodano: 04.06.2011 | Komentarze 0
Chłopacy już od tygodnia planowali większą wyprawę w tą sobotę, ale ja tłumaczyłem się że muszę zrobić sobie przerwę przed zawodami. Jedynie planowałem przejechać się kawałek na piach sprawdzić, czy opony i klocki są dobrze założone i jak sobie poradzą w takich warunkach.Z moich planów wyszło tyle, że jak Jacek spytał się mnie, czy będą mogli zostawić u mnie rowery na czas filmu w kinie to postanowiłem przejechać się z nimi. Przecież nie mogłem ich tak zostawić pod domem, musiałem chociaż podjechać z nimi na Sołacz.
Wracając z kina, gdy kumple poszli do browca coś zjeść, ja wróciłem do domku i dopieściłem swój rower. Chwilę później już oni wrócili i pojechaliśmy najpierw na stacje dopompować moje nowe oponki, a potem do parku Sołackiego po Marikę. Pierwszy raz to Marika czekała na mnie (w tym wypadku nas), do tej pory zawsze było odwrotnie. Pojechaliśmy nad Strzeszynek, ja co chwilę się zatrzymywałem i regulowałem sobie hamulce. Nad Rusałką zostawiłem ich i wytarłem sobie łańcuch. Potem miałem problem z odnalezieniem ich, dojechałem do Lutyckiej a ich nigdie nie było. Jeszcze wyregulowałem sobie hamulce i zadzwoniłem do Jacka. Okazało się, że wyprzedziłem ich przy plaży i jak obejrzałem się za siebie do byli zaraz za mną. Kawałek dalej znowu zostawiłem ich, a sam pojechałem na piachy. Tym razem odnalezienie się zajęło trochę więcej czasu. Nad Strzeszynkiem ich nie znalazłem, po pierwszym telefonie mieli na mnie czekać w lesie za pomostami, po drugim pojechali w "lewo" na rozjeździe przy ścieżce dookoła Strzeszynka - przejechałem całe kółko i nigdzie ich nie spotkałem, po trzeciej rozmowie byli w Kiekrzu. Wkurzony pojechałem się położyć na ławce nad stawkiem i trochę popisałem sobie z Tomusiem na temat zawodów (razem z trenerem mieli pecha ze sprzętem). Po dobrych 20 min przyjechali, chwilę odpoczęliśmy i poprowadziłem ekipę moją treningową trasą - podjazdem przez las. Jechałem z Jackiem na czele, a Kondzio z Mariką gdzieś zostawali w tyle. Po pokonaniu podjazdu pojechaliśmy do Strzeszyna do sklepu i dalej wracaliśmy alternatywną trasą nad Rusałkę. Zjazd się chyba wszystkim podobał, a w szczególności Konradowi. Kawałek dalej szalała Marika, która tak przyspieszyła że nam zaczęła uciekać, a nam widząc co się dzieję zbytnio się nie spieszyło. Po chwili straciliśmy ją z pola widzenia i zaczął się problem.
Chwilę poczekaliśmy na rozjeździe aż do nas wróci, ale nie doczekaliśmy się tego. Dodzwonić się do niej szło, a Jacek po pojechaniu na rozjeździe w prawo na zwiad też jej nie znalazł. Jednak ten plan z pozwoleniem Marice uciec nie był najlepszym pomysłem. Przez następne 30 min krążyliśmy po okolicy szukając naszej zguby. Dojechałem do Lutyckiej, a tam też jej nie było. Gdy wracałem z Kondziem w stronę Jacka, zadzwoniła do mnie Marika pytając się gdzie my jesteśmy, bo ona jest przy Strzeszynku tam gdzie ostatnio się spotkaliśmy... Jakoś nie wiedziałem o jakie miejsce jej chodzi, i zgadaliśmy się za 5 min przy Rusałce. Oczywiście było to z naszej strony niewykonalne, bo jeszcze musieliśmy poszukać Jacka. Teraz to Kondzio, któremu pokazałem w którą stronę pojechała Marika (Strzeszyn), popędził tam ile miał sił w nogach. Na szczęście dodzwoniłem się do Jacka, który go przejął i obaj wrócili do mnie.
Fajnie że dzisiaj miałem się nie męczyć, a szukając jej pędziłem jak głupi. Już spokojnie przejechaliśmy Lutycką do ścieżki i 5 min później odnalazła się nasza zguba. Z komendą Mariki "do mojego pokoju" pojechaliśmy na Bonin. Spoko gdyby jakiś facet tego nie skomentował, ale nie ma się czego dziwić ;).
Teraz zaczęła się najlepsza zabawa w bloku z windą. Marika pojechała pierwsza, ja wszedłem schodami na 6 piętro, a Kondzio z Jackiem męczyli się z wpakowaniem rowerów. Zanim ostatnio Konrad przyjechał na górę to ja już zdążyłem się rozgościć.
Zasiedzieliśmy się u Mariki do 20:20, byłoby dłużej ale Konradowi już się strasznie spieszyło. Z chłopakami rozstałem się pod domem jakoś o 20:40.
To wszystko strasznie skopało mi dzień, nie dosyć że nie zdążyłem kupić w biedrze batonów (musiałem lecieć do Piotra i Pawła), nie zrobiłem sobie pizzy tylko dalej musiałem wciągać makaron, to w domu jeszcze na szybko nasmarowałem sobie łańcuch i pozbierałem manatki. Miałem jeszcze zrobić ogólny serwis roweru, ale jak widać skończyło się na samym łańcuchu. A jutro już mój pierwszy maraton...
Kategoria Towarzysko
- DST 34.97km
- Czas 01:26
- VAVG 24.40km/h
- VMAX 35.56km/h
- Temperatura 26.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Streszynek i Rusałka - przygotowanie do maratonu
Czwartek, 2 czerwca 2011 · dodano: 02.06.2011 | Komentarze 0
Dzisiaj już po szkole byłem bardzo zmęczony (2x WF i trening kosza), ale postanowiłem dokatować się na rowerze. Na początku była męczarnia, nogi bolały jak cholera. Specjalnie zrobiłem sobie dłuższą przerwę na pomoście nad Strzeszynkiem i pojechałem z powrotem. Jeszcze raz kółko dookoła jeziora i potem "miły" podjazd w lesie. Nad Rusałką pojechałem sobie inną trasą niż zawsze: zamiast skręcić na ścieżkę nad samym jeziorem to ja podjechałem sobie na ścieżkę wyżej. W parku Sołackim zawróciłem i zrobiłem jeszcze jedno kółko nad Rusałką. Kiedy podjeżdżałem do tej ścieżki, zadzwonił do mnie trener i trochę skopał mi trening, ale nie ma co narzekać gdy nowe oponki stoją już w pokoju ;).Wszędzie sporo ludzi, w domu o 20:10.
- DST 47.99km
- Czas 01:50
- VAVG 26.18km/h
- VMAX 42.67km/h
- Temperatura 28.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Strzeszynek x2 - przygotowanie do maratonu
Środa, 1 czerwca 2011 · dodano: 01.06.2011 | Komentarze 0
Specjalne katowanie się w celu dobrego przygotowania na niedzielny maraton w Mosinie.Dzisiaj z tańców wyszły nici, to poszedłem sobie do sklepu na Kwiatową kupić klocki i szybko do domu. Napisałem do trenerka o oponki i już śmigałem nad Strzeszynek, żeby tylko zdążyć przed prognozowaną burzą. Najpierw zaplanowałem sobie mocniejszym tempem dojechać na pomost i tam chwilę odsapnąć. Po drodze oddzwonił do mnie jeszcze trener i umówiłem się z nim na odbiór oponek. Przerwa na pomoście nie była zbyt długa, tylko rozprostowałem nogi i już dalej śmigałem. Dzisiaj ćwiczyłem branie zakrętów na większej prędkości i dobre rozplanowanie sił na podjazd (ta wąska ścieżka przez las) w stronę Rusałki. Dojeżdżając do parku Sołackiego zobaczyłem pierwsze czarne chmury, ale nie dałem się przestraszyć i dzielnie według planu zawróciłem w stronę Strzeszynka na drugie kółko. Momentami już było ciężko, ale tempo miałem lepsze niż za pierwszym razem. Tym razem nie zatrzymywałem się na pomoście tylko zrobiłem jedno pełne kółko. Już teraz w każdej chwili mogło padać, pierwsze krople poczułem nad Rusałką. Mocniej zaczęło padać przed Bukowską, a w ulewie jechałem od Polnej. Wtedy nagle przestałem czuć zmęczenie i ból nóg, tylko z bananem na ryju pędziłem 35 km/h do domu. Jechało się mi wtedy świetnie, tak jakbym dopiero co wyszedł na rower.



