Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Wyścig

Dystans całkowity:4306.91 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:207:08
Średnia prędkość:20.79 km/h
Maksymalna prędkość:75.10 km/h
Maks. tętno maksymalne:205 (105 %)
Maks. tętno średnie:169 (86 %)
Suma kalorii:12186 kcal
Liczba aktywności:57
Średnio na aktywność:75.56 km i 3h 38m
Więcej statystyk
  • DST 94.24km
  • Czas 06:39
  • VAVG 14.17km/h
  • VMAX 62.35km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Myślenice

Sobota, 28 czerwca 2014 · dodano: 30.06.2014 | Komentarze 0

Dystans łączny z czwartkowym docieraniem klocków (2km) i piątkowym, porannym zawiezieniem roweru (kolejne 2 km) oraz rozgrzewką i rozjazdem. 
Co do wyścigu... 
W skrócie - kolejny zgon, tym razem przez odwodnienie na najcięższym podjeździe, zaraz po rozjeździe mega/giga.






  • DST 65.00km
  • Czas 03:15
  • VAVG 20.00km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

KE Kargowa

Niedziela, 15 czerwca 2014 · dodano: 18.06.2014 | Komentarze 0

Przejazd na mega na krossie - było ciężko, ale dojechałem do mety. Na więcej liczyć nie mogłem.

Start z 1 sektora, od początku ogień. Trzymałem tempo do pojawienia się pierwszych piachów... a było ich dużo na trasie. W nich porażka. To co Instynkt przelatywał bez problemu, tutaj musiał walczyć o utrzymanie się na rowerze i utrzymanie prędkości. Za to na prostych odpalałem TimeTrialMode i ciągnąłem ile sił. Ale pod jednym warunkiem: musiał być równy teren, który nie zdarzał się za często. Na wybojach strasznie mną miotało co wybijało mnie z rytmu. Pierwszą rundę przejechałem bardzo asekuracyjnie, podprowadzałem większość podjazdów które bym normalnie podjechał, oraz na zjazdach mocno zwalniałem. Jedynie większe ryzyko podjąłem zagrzewany przez prezesa BB do walki i utrzymania koła Tomka Hruświckiego który zmagał się z defektami, ale przy pierwszych bardziej technicznych miejscach szybko traciłem dystans. Bartka dogoniłem pod koniec pierwszej rundy, gdzie poprzez klepnięcie i powiedzenie magicznego słowa "gonisz" namówiłem go na jazdę na mega ;). Druga runda bardziej samotna, czasami z kimś jechałem, kogoś próbowałem urwać, przez co na metę wjechałem rywalizując z jednym zawodnikiem. Miałem wygraną w kieszeni, ale w kulminacyjnym momencie spadł mi łańcuch i na kresce zabrakło paru metrów. 
Mimo cierpienia na małym rowerze jestem zadowolony z ukończenia maratonu. Uświadomiło mi to, że warto doceniać i cieszyć się z rzeczy, które mamy. 


Kategoria MTB, Wyścig


  • DST 70.00km
  • Czas 04:34
  • VAVG 15.33km/h
  • VMAX 75.10km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Wisła

Sobota, 7 czerwca 2014 · dodano: 08.06.2014 | Komentarze 0

Genialny wyścig. Długo będę go pamiętał.
Do 50 km pełen ogień, potem zabrakło już sił, na ostatnim podjeździe męczyły mnie skurcze. 3 razy schodziłem z roweru i prawie wyłem z bólu. Po wszystkim na mecie zgon, leżałem na trawie i próbowałem złapać oddech. Na szczęście ogarnął mnie Piotr Niewiada - dzięki wielkie. Nie wiem ile bym tam leżał próbując dojść do siebie.





  • DST 51.41km
  • Czas 02:49
  • VAVG 18.25km/h
  • VMAX 48.60km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

KE Zielona Góra

Niedziela, 1 czerwca 2014 · dodano: 03.06.2014 | Komentarze 0

Wyścig w którym po ostatnich gorszych startach, chciałem pokazać się z jak najlepszej strony i ukończyć na wysokim miejscu. Po zeszłotygodniowym starcie w Wałbrzychu byłem dobrze nastawiony, wtedy forma była żeby utrzymać się w czołówce 2giego sektora, więc teraz też będzie dobrze.
Szybko jednak moje nastawienie się diametralnie zmieniło. Ale po kolei.
Dojazd z Piotrkiem i panem Andrzejem Marciniak, ostatni posiłek na ponad 1h przed startem. Miały być 2h, ale nie wchodziło tak jakbym chciał i się nieco wydłużyło. Przez to też miałem małe problemy żołądkowe. Rozgrzewka ok 20 min, wzorem Wałbrzycha od razu do sektora po otwarciu by być jak najwyżej – stanąłem w 3 rzędzie. 25 minut czekania i start opóźniony ze względu na chwilowy zanik prądu, przez co zaczęła opadać dmuchana brama Start/Meta.Niecodzienna sytuacja. Parę minut później nastąpił start łączonego sektora 0 i 1, z którego ja startowałem. Od samego początku ogień i wyprzedzanie. Początek szeroki ale niebezpieczny, z wieloma wystającymi pieńkami po drzewach. Do pierwszego podjazdu byłem dość wysoko, Czołówki nie widziałem ale nic dziwnego, zdążyli już odjechać. Powracając do podjazdu – tu złapałem lekką bombę. Jak wspominałem, miałem małe problemy z żołądkiem, do tego po szybkim starcie teraz mocno osłabłem i zacząłem tracić dużo pozycji. Chciałem jechać szybciej, ale nie było sił. Dogonił mnie i Jonek z teamu który stał pod koniec sektora, następnie odjechał mi kawałek, ale miałem go cały czas na widoku.
Trasa była bardzo ciekawa. W Wielkopolsce próżno takiej szukać. W jednym miejscu tyle sztywnych podjazdów, zjazdów na którym można było poczuć radochę z fruwania, Do tego sporo piasku. Nie szło się nudzić. Łańcuch pracował po wszystkich zębatkach.
Powracając do mojego wyścigu. Dalej walczyłem ze sobą. Na podjazdach parę razy musiałem odpuścić mocne tempo. Nie było najlepiej, ale nie było też źle. Wiedziałem że kiedyś dojdę do siebie, nie był to mój pierwszy taki wyścig.
Jadąc tak coraz bardziej zbliżałem się do Jonka. W pewnym momencie, za połową pętli wyprzedził mnie Marek Witkiewicz, za którym ostatecznie zjechaliśmy się w jedną grupę. Dużo z nas miało jechać mega, więc dbałem o to aby cały czas tempo było odpowiednie. Mi początkowa bomba zaczęła przechodzić i czułem się na siłach żeby ciągnąć grupę moim tempem,co też często robiłem. Współpraca układała się dla mnie pomyślnie. Było parę osób które dawała dobre zmiany, jak oni zjeżdżali to wtedy ja prowadziłem .Tak jak lubię.
Wszystko co dobre jednak kiedyś się kończy. Ja najpierw wjeżdżając agresywniej w zakręt zahaczyłem o coś pedałem, co mnie mocno wybiło. Wylądowałem na dwa koła i mogłem jechać dalej bez większych szkód, jednak lekki uraz na psychice pozostał. Za drugą podobną sytuacją nie było już tak fajnie. Tym razem na pieniek wjechałem kołami. Przednie na mleku przejechało bez problemu, natomiast jak tył przejechał to stało się coś złego. Poczułem to jako mocny wstrząs tyłu, po chwili Jonek coś do mnie krzyczał. Kawałek dalej już wiedziałem co się stało – dobiłem dętkę i teraz schodziło mi powietrza, którego już prawie nie miałem. Według licznika pozostało parę kilometrów do mety, więc szybka decyzja o biegu na mini. Więc biegłem, czasami odpoczynkowo szedłem. Pytając się fotografów ile do mety uzyskiwałem sprzeczne informacje – raz że już blisko, raz że 1 km, raz że 3 km.
Tyle to sam się spodziewałem, więc biegłem dalej. Wyprzedzali mnie kolejni znajomi – Michał Nawrocki z teamu, Jarek, Tomek Jakubowski, a przy mecie pan Jurek, któremu łatwo na podjeździe nie popuściłem i trzymałem się na jego kole. Trzymałem do momentu, w którym zrobiło się płasko i zaczął mocno przyspieszać, co było trudno biec taką prędkością z rowerem pod ręką. Jednak walczyłem do końca, tym bardziej że do mety już blisko, paręset metrów. Na ostatniej prostej wiele osób mnie nie wyprzedziło, a za moją walkę do końca zebrałem gromkie brawa na finishu, co dodało mi sił żeby na końcówce jeszcze przyspieszyć. Ostatecznie 53 miejsce. Okazało się, że większość z mojej grupki pojechała mini kończąc od 20 pozycji, a ja sam przebiegłem nie 1km, nie 3km, a całe 2km. Czyli średnia z zebranych na trasie informacji by się zgadzała.

Po wyścigu od razu zabrałem się za wymianę dętki i zrobienie sobie jednej pętli treningowo. Spodobała mi się trasa, aż się chciało ją przejechać jeszcze raz.Po naprawie i wjechaniu na trasę znalazłem się obok Krzyśka Andrzejewskiego. Jechał równym tempem, pod górkę i na płaskim, które mi w tym momencie pasowało. Na zjazdach chciałem nieco bardziej ryzykować, więc puszczałem go na większą odległość i zjeżdżałem na wariata.
Teraz też jechało się fajnie, więc musiało się skończyć. Szybki przejazd przez szuter, parę kamieni i znowu laczek przez dobitą dętkę. Jak nie idzie to nie idzie, w tym momencie już wiele na to nie mogłem poradzić. Sprawdziłem na Endomondo w jakim miejscu się znajduję – daleko nie odjechałem, więc szykował się spacer do mety. Zajął on mi jakieś 20 min, potem już nie wracałem na rower.

TREZADO.
Tak się kończy jazda na dętce (strój jeszcze Taris, pod koniec miesiąca mają być już teamowe):

foto: Renata Głuszak
Za to przedni Ikon na mleku rewelacja. Przez piachy przechodził szybko, jechałem z pełną kontrolą. Mleko też nie zawiodło – ocena za dzisiejszy wyścig: 5/5.




  • DST 62.30km
  • Czas 03:35
  • VAVG 17.39km/h
  • VMAX 63.55km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Wałbrzych

Sobota, 24 maja 2014 · dodano: 25.05.2014 | Komentarze 0

Pierwszy górski maraton, pierwsze giga. Prognozy pogody nie są zbyt optymistyczne, ale nie będzie takiej tragedii jak w Jeleniej. Jadąc już do Wałbrzycha złapała nas burza z gradem.
Następnie w nocy padało. Słysząc obijające się krople deszczu o szybę nie mogłem zasnąć…
Poranek – jest ładnie, nie pada, chociaż co jakiś czas coś pokropiło.

Na starcie wyszło nawet słońce, przez co zrobiła się straszna duchota. 20 minut rozgrzewki, w sektorze w drugiej linii, 30 minut czekania i start. Od początku poszedł ogień. Jechałem w czołówce drugiego sektora. Nie uciekałem, trzymałem się koła Damiana Nowickiego. Jechał dla mnie idealnym tempem, nie za słabo, ani nie za mocno. Cały czas równo, bez szarpania. W taki sposób przejechałem z przodu cały pierwszy podjazd, na zjazdach widząc dużo błota odpuściłem nieco. Do Jeleniej pod tym względem nie może się to równać, ale pamiętając jak tam mi się jechało to wolałem zwolnić i kontrolować sytuację.


foto: Elżbieta Cirocka

Jechało mi się dobrze, na podjazdach nadawałem swoje mocne tempo przez co wyprzedzałem dużo osób, potem na zjazdach traciłem. Pierwszy kluczowy moment był na zjeździe wąską ścieżką którą teraz płynął strumień po ostatnich opadach, przez co była mocno wymyta i utworzyły się rynny. Kamienie nie ułatwiały zjeżdżania, w dodatku było całkiem stromo. Zaraz przed tym zjazdem wepchnął się przede mną jeden kolarz. Pomyślałem sobie, że skoro jechał tak mocno, że mnie dogonił, to na pewno umie dobrze zjeżdżać i będę mógł z tego skorzystać. Niestety, było zupełnie inaczej niż się spodziewałem. Dość mocno mnie spowalniał, jazda za nim była wręcz niebezpieczna, zbyt wolna jak na taki trudny zjazd. Przez to nie raz musiałem w nadmiarze dohamowywać, w jednym momencie tak się do niego zbliżyłem, że żeby nie wjechać w niego to musiałem zjechać wąską rynnę, która kończyła się błotem i dużą dawką kamieni. Spanikowałem i wypiąłem się. W tym czasie jak powolnie zjeżdżaliśmy dogoniła nas całkiem pokaźna grupką, którą teraz musiałem przepuścić. Ruszyłem dopiero za nimi, tracąc ok minutę czasu i wiele miejsc. Dalej po zjeździe zauważyłem, że na poboczu stał Tomek Jakubowski z kimś z Rybek. Spytałem czy wszystko gra – dostałem odpowiedź że potrzebują pompki. Zatrzymałem się. Okazało się, że Rybka rozszczelniła oponę i pompując chce teraz ją doszczelnić. Dałem pompkę i chciałem jechać, jednak on nalegał abym został i pomógł, przez co nie będzie potem komplikacji z oddaniem pompki. Głupio było tak go zostawić, więc chcąc- nie chcąc zostałem. W tym czasie wyprzedził mnie pan Jasiu, któremu znacznie odjechałem na pierwszym podjeździe. Pompowanie nie przynosiło efektu, więc po ok minucie zostawiłem go i pojechałem dalej. Daleko nie dojechałem bez przygód. Zaraz po rozjeździe Mini/Mega, na pierwszym singlu w lesie niefortunnie uślizgnęła mi się tylna opona na korzeniu, co wybiło mnie z równowagi i upadłem na lewe kolano. Tak, te kolano które miałem mocno zdarte na AMPach. Leżąc na ziemi, wiedziałem że jest źle. Byłem wkurzony. I to bardzo. Nie miałem ochoty wstawać z tej ziemi, ale że dalej jechali następni to wypadałoby sprzątnąć rower z trasy, co też po chwili zrobiłem. Co ciekawe – kolarz który jechał za mną też się na tym samym korzeniu wyłożył, ale upadł na prawą stronę. Jak zobaczyłem moją nogę, to przeklinałem jak nigdy. Wyglądało to fatalnie. Całe zabłocone, do tego wyciekała krew z rany. Byłem zrozpaczony, zastanawiałem się czy nie wycofać się z wyścigu. Jednak wsiadłem na rower i  testowo sprawdziłem jak się jedzie. Nie jest najgorzej. Kolano obite więc trochę boli, ale jechać można. Dopiero na podjeździe zacząłem odczuwać dziwny ból w tym kolanie, ale ostatecznie podjąłem decyzję zjechania na mega, czym tym samym skończyła się moja walka a zaczęło podziwianie widoków i ogólna radość z jazdy. Jazdy dość asekuracyjnej żeby bardziej sobie nie dobić tego kolana, ale dalej jazdy ;).
Następnie trasa była zróżnicowana: długie podjazdy szerokimi drogami i singlami w lesie. Zjazdy tak samo, z tym że często były kamienie na ścieżkach. Nawet znalazło by się sporo płaskiego z dużą dawką błota. Moja jazda teraz wyglądała tak, że na podjazdach jechałem dalej swoim tempem, na płaskim nieco odpuszczałem podziwiając widoczki, a na zjazdach starałem się ryzykować puszczając hamulce, ale zazwyczaj wtedy doganiali mnie Ci, których wyprzedziłem na podjazdach. Jak na domiar złego po rozjeździe Mega/Giga zaczął szwankować mi napęd od błota. Ładnie go prosiłem żeby łańcuch się nie klinował, ale był uparty i nie chciał mnie słuchać. Co jakiś czas stawałem i przemywałem wodą napęd, ale na nie wiele się to zdawało. Pod koniec jeszcze wyprzedziła mnie czołowa trójka z Giga, a za karę że się tak guzdrałem na trasie, na metę wjeżdżałem w ulewie i burzy. Ogólnie z wyścigu średnio jestem zadowolony. Plan był przejechać Giga i nie wykonałem tego, ale patrząc na okoliczności to podjąłem dobrą decyzję. Nawet muszę przyznać, że na ostatnich podjazdach odczułem zmęczenie. Sił było tak na styk. Pewnie z Giga miałbym problem żeby dojechać do mety. Przez to że pojechałem Mega to mogłem się w spokoju umyć w naszym ośrodku, oraz czekając na pana Jasia umyłem też rower. Wyjazd mimo wszystko dość udany. Co sobie pojeździłem to moje, a na koniec to nawet odczuwałem mega frajdę puszczając się na zjazdach. Nie były specjalnie trudne techniczne, ale na zakrętach bywało niebezpiecznie. Zjazd szutrówką 60 km/h z pięknymi widokami na Wałbrzych i okolicę był wisienką na torcie.


foto: Joanna Tomes. Zaraz po ostatnim zjeździe na chwile przed ulewą, widać że humor dopisywał.

Ostatecznie miejsce 80 Open, więc całkiem nieźle.

TREZADO
Dzisiaj koła się sprawdziły. Czułem się na nich pewnie na zjazdach i na podjazdach. Po AMPach gdzie nauczyłem się jeździć w błocie, radziłem sobie lepiej na podjazdach niż konkurencja. Ciśnienie z przodu 1,8 – 2 bara, z tyłu na dętce powyżej 2 barów. Mimo że przedni Ikon z błotem nie wiele ma do czynienia, to dzięki niższemu ciśnieniu czułem się pewnie. Żadnych problemów z rozszczelnieniem lub rozcięciem nie było. Dzisiaj Trezado otrzymuje ode mnie notę 5/5.




  • DST 22.26km
  • Czas 01:59
  • VAVG 11.22km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

AMP Wyścig główny

Niedziela, 18 maja 2014 · dodano: 25.05.2014 | Komentarze 0

Przestało padać! Teraz to dopiero zrobi się błoto jak to wszystko zostanie rozjechane. Rozgrzewka już 45 min przed startem. Po czasówce rower w pół sprawny – napęd się nieco buntuje i hamulce straciły swą siłę. Ja poobijany i z zabandażowanym kolanem. Plan na wyścig – dojechać jak najdalej bez dubla, czyli 2 rundy, jak się uda to 3.
Rozstawiony zostałem na końcu, więc na starcie miał pójść ogień na asfaltowym podjeździe i wyprzedzanie ile się da. Wiele z tego nie wyszło. Napęd nie współpracował, a to co zyskałem na podjeździe to od razu straciłem na zjeździe gdzie jechałem bardzo asekuracyjne ze względu na stan moich hamulców. Następnie wjazd w błoto i tracenie kolejnych pozycji. Na zjeździe łąką spadłem na sam koniec, opony przestały się mnie słuchać a nie pchałem się za wszelką cenę do przodu w takich warunkach. Na podjeździe od razu pojechałem całą mocą i wyprzedziłem paręnaście osób.
To była runda rozjazdowa, teraz zaczynała się zabawa na całej pętli.
Wjazd w pierwsze błoto i już się zakopałem. Potem kolejne – to samo. To co nadrobiłem na podjeździe szybko teraz straciłem. Do pałacu Paulinum dojechałem bodajże drugi od końca. Dalej męczyłem się srodze. Koła zupełnie się mnie nie słuchały, przez co nie ryzykowałem na korzeniach i albo się podpierałem albo przebiegałem. Zjazdy i cięższe podjazdy to samo. Schodziłem i podbiegałem. Tam się rozstrzygnął mój wyścig. Kolejny raz łąka, kolejny raz mnie wyprzedzają. Podjazd i znowu ja wyprzedzam. Druga runda – od początku napęd się zapychał i parę razy zatrzymywałem się aby go odetkać. Za Paulinum wyprzedził mnie niepozorny kolarz. Nie wcale szybko, spokojnie bym powiedział, tak że chwile zjechałem za nim jeden zjazd. Potem się dowiedziałem od ludzi, że to był właśnie Konwa i mój wyścig dobiega końca. Na tą wieść pokazowo przed publicznością ruszyłem w pogoń za Markiem, co szybko się skończyło na zjazdach gdzie bezpiecznie zbiegałem z pełną kontrolą moich nóg. Do końca rundy kilku jeszcze mnie zdublowało, przed podjazdem dogonił mnie Michał, za którym cały czas dopingując mu wjechałem do mety. Miałem siły żeby go wyprzedzić, ale nie chciałem tak go dobijać psychicznie.
Przejazd przez metę, tym samym kończę mój wyścig na dwóch rundach. Przy naszym stanowisku na strefie bufetowej był już Patryk i Tomek który się mocno porozbijał. Ja tam bylem już zbędny, więc po krótkim ogarnięciu się pojechałem na druga strefę bufetowa żeby dopingowac naszym. Ostatecznie zająłem 104 miejsce na 117, jako uczelnia druga lokata i w ogólnych i w technicznych . Z dzisiejszego startu zadowolony jestem tylko z ukończenia wyścigu, w takich warunkach sobie zupełnie nie poradziłem.

  • DST 10.00km
  • Czas 01:00
  • VAVG 10.00km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

AMP Czasówka

Sobota, 17 maja 2014 · dodano: 25.05.2014 | Komentarze 0

Pobudka o 8, śniadanie, deszcz padał, pada i nie zapowiada się aby przestał padać. Szykuje się błotna masakra.
Z rana chłopacy namówili mnie na szybką rundę w celu zapoznania się warunkami. Wtedy jeszcze nie było regularnej ulewy, ale nie mniej jednak błota było aż nadto. Pierwszy kontakt z większym błotem – tragedii nie ma, ale na wszystkich odcinkach z korzeniami lub kamieniami nie czułem się zbyt pewnie. Pierwszy trudniejszy zjazd to zupełna porażka – odważnie puściłem się w dół i jak zacząłem hamowaćto opona uślizgnęła się w błocie. Efekt nie trudno przewidzieć – bezpiecznie przewróciłem się na bok z miękkim lodowaniem w błocie. Kolejne „zjazdy” już sprowadzałem.W połowie trasy zaczęli nas wyganiać bo za chwile startowała czasówka kobiet. Pierwsi obstawiający trasę puścili nas na słowo że szybko przemkniemy, ale kolejne osoby już zupełnie nas wygoniły. W każdym razie połowa rundy zaliczona. Pod względem mojej jazdy jest lepiej niż się spodziewałem.
Powrót do ośrodka, szybki posiłek i odpoczynek w oczekiwaniu na moją kolej. Miałem startować koło 13:30, więc niby trochę czasu miałem, ale zleciało to bardzo szybko. Jak wystartowali mężczyźni to zaczęła się ulewa. Aż strach się bać jak teraz trasa będzie wyglądała.
O 13:15 ruszyłem się z ośrodka. Chyba pierwszy raz musiałem się zmuszać aby wyjść na rower. Pakowanie się w deszcz nie jest najmilszą sprawą. Najgorzej było się przełamać, potem w miarę moknięcia robiło się to obojętne. W miasteczku AMPów Gogol rozstawił namiot, w którym można było się dogrzać na trenażerze. Skorzystałem i ja z tej możliwości, kierując się na linię startu minutę przed moim końcowym odliczaniem. Był tam i Gogol, który nas ostatecznie nakręcał do jazdy.
Start i ogień od początku.
Tak byłem naładowany, że na początku miałem problem aby się wpiąć w pedały, a z wjechaniem w rozjechane błoto zacząłem tańczyć. Do tego dostałem błotem po oczach, że aż musiałem się zatrzymać i przeczyścić oczy. Nigdy wcześniej nie jeździłem w tak fatalnych warunkach. Wszędzie błoto, woda spływała ścieżkami, najbardziej przyczepne dla opon okazały się być kamienie, na korzeniach ślizgały się jak głupie. Z samego przejazdu wiele nie pamiętam, nie był on długi.Startujący po mnie dogonił mnie za Paulinum, chwile dalej ja dogoniłem innych. Jazda dalej wyglądała dość zabawnie. Na płaskim jako tako dawało się jechać, pod górę koła buksowały w błocie, w zakrętach traciłem kontrolę nad rowerem. W dół, jak były odcinki które mogły sprawić problem to od razu zbiegałem. Nie wiele mi to pomogło, na pierwszym z nich było tyle błota, że noga mi się uślizgnęła i dość boleśnie upadłem na lewe kolano. Szybko się pozbierałem i jechałem dalej, jednak już po tym wypadku dość asekuracyjnie. W sumie to najwięcej osób doganiałem i wyprzedzałem na sprawnym podbieganiu. Zjazd łąką prawie bez kontroli, następnie odcinek w lesie i podjazd łąką, gdzie koła złapały przyczepność i mogłem jechać pełną mocą do mety. Koniec.
Nie byłem w ogóle zmęczony, ale zadowolony że dojechałem do mety. Rower caly ubłocony, ja w podobnym stanie. Od razu pojechałem się opłukać w ośrodku, gdzie okazało się, że przez upadek mocno zdarłem sobie kolano. W karetce nie stwierdzili potrzeby szycia, jak mi to obmywali to ostrzegali że będzie bolało, a nic nie czułem. Kolano kolanem, a najgorsze było to, że podarłem sobie spodnie.

Koniec końców 102 miejsce na 168 osób które dojechało do mety, więc plan minimum wykonałem – zakwalifikowałem się do wyścigu głównego.

TREZADO
Po wcześniejszych przygodach zdecydowałem się pojechać z przodu na mleczku z ciśnieniem ok 2 bara, z tyłu na dętce ok 2,2 bara. Przedni Ikon po wjechaniu w pierwsze błoto cały się zapchał i straciłem nad nim kontrolę. Saguaro na tyle nieco lepiej, ale z większym błotem nie miał żadnych szans. Na takie warunki przydały by się inne opony…

  • DST 64.34km
  • Czas 03:49
  • VAVG 16.86km/h
  • VMAX 37.89km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Thule Cup Pniewy

Niedziela, 11 maja 2014 · dodano: 25.05.2014 | Komentarze 0

1.Wyścig w którym miałem powalczyć o czołowe miejsce aby zakwalifikować się do przyszłotygodniowych AMPów w Jeleniej, a skończyło się na laczku i dwukrotnym bieganiu. Zacznę od początku:
Dojazd na miejsce startu z Piotrkiem Marciniakiem, byliśmy na miejscu w czasie wyścigu kobiet więc mieliśmy czas aby dobrze poznać trasę. Jadąc do biura zawodów zaczęło padać, na szczęście szybko przeszło i potem już nie spadła ani kropla. Po zarejestrowaniu pojechaliśmy objechać trasę. Podjazdów i ciężkich zjazdów mało, ale traska bardzo techniczna. Dużo ciasnych zakrętów, 2 sekcje kamienne, kilka ustawionych balów mających robić za dropy. Czyli coś, czego ja nie lubię.

Po objeździe powrót do auta, szykowanie się do wyścigu, kolejne parokrotne objechanie trasy, kolejny powrót do auta już ostatecznie przygotować się do wyścigu i na rozgrzewkę przedwyścigową. Na szosie zauważyłem, że dziwnie zeszło mi powietrze z przedniego koła – do auta zlokalizować usterkę, wstępnie ustaliłem że zawór w wentylku przepuszczał bo odkręcając główkę wykręciłem z nią cały zawór. Koło dopompowałem do ok 2 barów i pojechałem na start.
Tam rozstawiony zostałem w pierwszej linii, obok Michała Kowalczyka, Tomka Zozola, Sylwka Swata i reszty wielkopolskiej czołówki. Start i walka na łokcie z Michałem i Tomkiem. Ostatecznie w czasie rundy honorowej puściłem tych dzikusów przodem, sam trzymając dobre miejsce ok 10 pozycji. Na pierwszej leśnej sekcji z zakrętami zacząłem odstawać od czołówki, przejeżdżając przez linię startu z Szymim i Jackiem M tracąc już zupełnie kontakt do czołówki. Przepuściłem jeszcze dzikiego Przemka Rozwalkę i Tomka Hruświckiego, sam trzymałem się dwójki z Victorii Jarocin, a do mnie coraz bliżej dojeżdżał Bartek Kołodziejczyk. W międzyczasie wyprzedził mnie Filip Jeleniewski od Ryby i Adam Deska. W połowie rundy wyprzedził mnie Bartek. Goniąc go najpierw zahaczyłem plecami o drzewo, a następnie wyłożyłem się na wertepach.W zakrętach zacząłem jechać coraz gorzej, źle dobierałem przełożenia na nawrotach na co zwrócił mi uwagę Rafał który pojawił się nie wiadomo skąd. Za mną zaczęli się pojawiać kolejni zawodnicy, w tym m.in. Patryk Krajewski z BTC. W połowie drugiej rundy już mnie doszedł, kiedy ja zacząłem fatalnie jeździć w zakrętach. Powód tego był jeden – w przedniej oponie uszło dużo powietrza, tak dużo że przód zaczął mi pływać nawet na prostej. Po jedynym dłuższym podjeździe zacząłem pytać wszystkich czy mają pompkę. Nikt nie miał więc zaczął się mój bieg w poszukiwaniu pompki i odmienienia losów mojego wyścigu. Przebiegłem tak pół rundy i dopiero przejeżdżając przez linię startu znalazł się ktoś chętny do pomocy. Najpierw pewien pan zaczął pompować pompką ręczną, potem przyszła pomoc z pompką stacjonarną. Przy okazji szybkiego bufetu udzielił mi Tomek Hruświcki który zakończył swój udział w wyścigu. Dobiliśmy ciśnienie w oponie do 2 barów i zaczęła się moja gonitwa.
2 rundy do końca. Cel – powalczyć o 8 miejsce z Polibudy. Od początku nadałem sobie bardzo mocne tempo i zacząłem wyprzedzanie. Przez rundę wyprzedziłem paręnaście osób i zacząłem dobierać się do Patryka Helwiga który jechał w okolicy 10 miejsca Polibudy. Przy przejeździe przez start zacząłem zastanawiać się czy starczy mi powietrza w oponie, ale z szybkich kalkulacji wyszło że będzie na styk. Patryka doszedłem w ¼ rundy i mnie ładnie przepuścił dopingując mi, co dodało mi motywacji i siły do gonienia. Dzięki wielkie! Niestety daleko dalej nie dojechałem, znowu powietrza zaczynało brakować i w połowie rundy przód zaczął tańczyć. Bale jeszcze jakoś zjechałem, potem w zakrętach biegałem. Przez dropy przy przejeździe w okolicy startu szybko zbiegłem, co nie obiło się bez komentarza Pana Redaktora Piotra Kurka. Dalej rozpocząłem mój bieg do mety, do której jeszcze kawał drogi. Na prostej żeby odpocząć wskakiwałem na rower i próbowałem jechać na wprost, ale przód nie chciał się mnie słuchać. Na szczęście za mną nikogo nie było widać i nie musiałem poginać ile sił w nogach z rowerem pod ręką, którego pedał co chwilę obijał mi łydę. Do ostatnich prostych dobiegłem już wykończony, jak będąc już przy mecie zobaczyłem że do niej jeszcze dwa nawroty i trzy długie proste, to mojej twarzy pojawiło się zniechęcenie ale biegłem dalej… Ostatecznie ostatkiem sił wbiegłem na metę. Wszyscy gratulowali mi wytrwałości i woli walki.
Już wtedy wiedziałem że mnie w tej magicznej 8mce nie będzie, byłem lekko podłamany ale i zadowolony że nie zszedłem z trasy tylko biegłem do końca.
Na otarcie łez w tomboli dostałem książkę i … dętkę 26 cali, którą podmieniłem od znajomej na 29 cali.

*** Trezado - Uszczelnij się! ***
Okazało się że to nie wentyl przepuszczał, a rozszczelniłem obręcz na nyplach skacząc z dropów. Wynikało to z mojego złego uszczelnienia koła, przy zbyt niskim ciśnieniu. Z tyłem nie było żadnych problemów.
W domu po wyścigu zabrałem się do doszczelniania opon, tym razem przy wyższym ciśnieniu. Przód po chwili walki się uszczelnił, za to tył był bardzo oporny przy wentylu i po zużyciu sporej ilości mleczka odpuściłem sobie odkładając to na kolejny dzień. Wtedy już nie było litości z wentylem, nałożyłem nową warstwę taśmy i dokręciłem nakrętkę kombinerkami, a mleko doszczelniło koło przy 3 barach.

A tak prezentują się zgliszcza po bitwie z wentylem. Mimo wielkich strat, Trezado wygrało.




  • DST 66.21km
  • Czas 02:49
  • VAVG 23.51km/h
  • VMAX 48.20km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Śrem MTB * NOWE KOŁA!!!

Czwartek, 1 maja 2014 · dodano: 03.05.2014 | Komentarze 0

Nowe koła i opony, nowe tarcze, z trącym przednim zaciskiem, bez rozgrzewki, z problemami z żołądkiem po zjedzeniu batona zaraz przed startem. Na starcie ostrym byłem w czołówce. Próbując utrzymać tempo doprowadziłem do zakwasu mięśni podobnego jak zaraz po maratonie w Miękini. Musiałem zwolnić żeby nie doprowadzać do większego bólu nóg. Jechałem wtedy z Szymonem Matuszakiem który był w podobnej sytuacji do mojej i się z czasem coraz bardziej rozkręcał. Dogoniliśmy Radka Lonkę, zaczęła się wymiana ciosów między nim a Szymim. Raz Lonka wypuszczał Szymona i zostawał z tyłu, po czym nagle przyspieszał i doganiał go w parę sekund. Takie bardzo rwane tempo, jakiego w tym momencie zupełnie nie chciałem. Ale że czołówka była w zasięgu, to chciałem za wszelką cenę się ich trzymać. Pewnie w większej grupie łatwiej będzie się schować i będę mógł dojść po siebie po takim starcie. Niestety, nagle Szymi złapał laczka, i zostałem sam z Lonką i jeszcze jednym zawodnikiem. Radek miał taki zwyczaj, że potrafił trzymać bardzo mocne tempo przy którym ja walczyłem o życie, po czym zwalniał i prosił o zmianę. Gdybym mógł to bym dał, ale dla mnie te zwolnienia były wtedy optymalnym tempem. Niestety zawsze po takich sytuacjach brał sprawy w swoje ręce i dalej gonił. Raz kiedy już mi było nieco lepiej to na chwile wyszedłem na przód, ale szybko znowu zacząłem odczuwać nogi i musiałem odpuścić. Lonka potem dał mi potężną zmianę, jakby wyraźnie chciał mnie urwać. Oczywiście nie dałem się.
Na asfalcie jednak już tak zaczął ciągnąć, a że nie było się jak za nim schować w tunelu to zacząłem coraz bardziej myśleć o tym, aby odpuścić i samemu gonić. Na myślach się skończyło, jednak jak zostało paręnaście metrów do czołówki to już popuściłem koła i poprosiłem gościa który woził się nam na kole o zmianę. Lonka już wtedy był w grupie, ten za mną pogonił do nich, a ja zawisłem parę metrów z tyłu. Docisnąłem jeszcze kawałek mocniej i już byłem na kole moich kompanów z grupy goniącej, jednak nie było tam wcale jakoś lżej niż jak się goniło. Po wjechaniu w las jeszcze chwile powalczyłem z sobą żeby się utrzymać, ale gdy wjechaliśmy na pierwsze single i podjazdy, gdzie tempo gwałtownie wzrosło to od razu odpuściłem. Z wielkiej gonitwy do czołówki w której pewnie nie byłem nawet minutę, zostało mi teraz jechać samotnie za nimi licząc że nikt mnie nie dogoni.

Nieco się przeliczyłem, za sekcją singlów już doszła do mnie 4-os grupa z Mateuszem Lewandowskim z Limaro Kórnik, jednym z Agrochestu i dwójką bliżej mi nieznanych z kat. M3. Na początku pewnie bojąc się że ktoś ich dogoni zmiany szły równo, ja na razie tylko woziłem się na kole żeby dojść do pełni sił. Po wjeździe na drugą rundę, gdy już ożyłem to dałem najpierw jedną krótszą zmianę, potem jak nikt się nie kwapił to drugą dłuższą i na asfalcie widząc ogólne zniechęcenie do zmian to odpuściłem. NIKT nie kwapił się, by nadawać tempo. A ja tymczasem zacząłem jeść sobie banana, którego miałem zjeść na starcie a potem na wyścigu planowałem go wyrzucić - dobrze że tego nie zrobiłem, teraz przynajmniej się do czegoś przydał. Powoli go sobie obierałem jak na pikniku a nie na wyścigu, jadąc pewnie jakieś 20 km/h. Dojechaliśmy tak do bufetu, gdzie wszyscy znowu zaczęli już zwalniać żeby zrobić sobie piknik, a że ja miałem dość czegoś takiego to przeszła mnie błyskawiczna myśl żeby sprawdzić ich kondycje. Nawet to nie była myśl, to był impuls do ataku. Zanim pomyślałem czy warto to już uciekałem. Wiem że nie powinno się na bufecie, ale już miałem tego na prawdę dość, jak chcą tak jechać to niech sobie teraz tak jadą. Pogonił za mną Mateusz, ja się za bardzo nie spinałem bo nie miałem zamiaru uciekać przed nimi 15 km. Gdy zobaczyłem że są już blisko to odpuściłem i postanowiłem poczekać do singli. Tam wjechałem pierwszy i od razu zwiększyłem tempo. Pierwszą sekcję przetrzymali moje koło, na drugiej już mocniej przycisnąłem, zaczęli się za mną gubić i momentami miałem dużą przewagę, ale że nie potrafiłem utrzymać dłużej tak mocnego tempa to za każdym razem któryś z nich do mnie dogonił. Po wyjechaniu z lasu widziałem że Mateusz już nieco opadł z sił i głównie woził się na kole, więc wypuściłem do przodu dwójkę z M-3 i postanowiłem sam na jakimś odcinku urwać Mateusza. Tak żeby został bez pomocy z tyłu. Z drugiej strony też nie chciałem go ciągnąć, wiem jaki za mną jest tunel i szkoda by mi było tracić na to siły przed finishem. Na jakieś 1,5km do mety, gdy dwójka z M3 odjechała już na jakieś 100m, to Mateusz ruszył do ataku. Ja się szybko zebrałem za nim, było tak szybko że brakowało mi przełożenia na środkowej zębatce z przodu i gdy chciałem wrzucić na blat to spadł mi łańcuch. Fajnie że w takim momencie. Mateusz mi już ładnie odjechał, więc nie ma co rozpaczać, w paręnaście sekund udało mi się cwanie wrzucić z powrotem na środkową tarczę, potem na blat i gonimy! Na jakieś 200m do mety Mateusz dogonił dwójkę z M-3, a ja odrobiłem stratę do ok 10m, ale wtedy pojawił się na zakręcie wjazd na krawężnik na którym ja zostałem z tyłu w stosunku do nich. Do końca jechałem jeszcze ile miałem sił w nogach, ale nie dogoniłem ani Mateusza, ani dwójki z M-3, tym samym tracąc podwójnie miejsce w kategorii i miejsca w open. Jednym słowem przekombinowałem. Pozostało mi pogratulować Mateuszowi, co też zrobiłem.
Ostatecznie 16 miejsce open i 10 w kategorii, z 9min stratą do Górniaków. Do 10 miejsca open (Tomek Zozul) brakowało mi tylko 2 min, więc gdyby się spiąć i cały czas gonić, to pewnie bym go doszedł. Ale gdybać to sobie teraz można ;)

*** Trezado - Uszczelnij się!***
A koła -  REWELACJA!
Jak wyglądało uszczelnianie w moim wykonaniu?
Koła przyszły w poniedziałek, kolejnego dnia miałem ważne kolokwium więc postanowiłem uszczelnić się we wtorek po zajęciach.
Najpierw taśma na obręcz i po naklejeniu tak, żeby była prosta bez zgnieceń pierwszy dylemat - powciskać ją do środka obręczy żeby przylegała do ścianek czy zostawić ją taką przylegającą jedynie przy rantach? Znalazłem filmik, na którym wyraźnie taśma była wciskana do środka, więc też tak zrobiłem. Potem kolejny dylemat - jak to możliwe żeby opona wskoczyła na ranty. Tu pomógł mi patent Jonka - najpierw zakładam oponę na dętkę, pompuję żeby ta wskoczyła na ranty, spuszczam powietrze i jedną stroną opony wyciągam ją. Dzięki temu jedna strona siedzi w rancie, a z drugą trzeba poradzić sobie pompką. Chwila walki i Saguaro wskoczyło, ale teraz powietrze schodziło wszelkimi dziurami. Najpierw przez wentyl, gdy tego na siłę kombinerkami dokręciłem to nyplami. Po zajrzeniu na taśmę poluzowałem nakrętkę wentyla i podoklejałem kawałkami tam gdzie odchodziła. Trochę się polepszyło, ale nie na tyle żeby samo dłużej trzymało. Nie chciało mi się już z tym bawić więc zalałem mlekiem jak było. Przy pompowaniu uszczelniacz sikał z każdej dziury, głównie przy wentylu i przy nyplach. Po paru wstrząsach i obrotach koła wszystko się pięknie uszczelniło, aż dziwiłem się że tak łatwo to poszło. Koło włożyłem jeszcze w widełki ramy żeby tam mogło się swobodnie obracać przez jakiś czas, na koniec położyłem poziomo co jakiś czas zmieniając stronę. Tyle o pierwszym kole - tylnym z oponą Geax Saguaro 29x2.2
Na drugie koło już dużo staranniej nałożyłem taśmę, ale że ścianki boczne Ikona były zbyt toporne dla pompki stacjonarnej to odpuściłem sobie dalsza walkę z wkładaniem opony w ranty, było już za późna godzina na to. Dlatego na wyścig założyłem dętkę i planuję dokończyć uszczelnianie w piątek.



Efekt na wyścigu?
Czuć że teraz to jest przyczepność, szczególnie tylnej opony. Przy ciśnieniu ok 1,8 bara idzie przez piachy, trawy, krzaki i inne aż miło. Na podjeździe stojąc w pedałach ani przez moment nie doszło do uślizgu gumy. Sztywna ośka jest na prawdę sztywna i jak już coś pływało z tyłu przy generowaniu większej mocy, to skakało całe koło z ramą. W zakrętach jeszcze jeżdżę dość ostrożnie, pewnie minie trochę czasu i kilometrów zanim w pełni zapomnę o strachu przed uślizgiem kół. Na maratonie ani razu do takiej sytuacji nie doszło...
Ciężko obiektywnie ocenić jak dużo dała lżejsza waga na podstawie wyścigu po nieznanej mi wcześniej trasie. Jak sprawdzę się na ścieżkach które często uczęszczam to wtedy to ocenie. W każdym razie jak się rower podnosi to już czuć że jest lżej ;)



  • DST 85.00km
  • Czas 03:40
  • VAVG 23.18km/h
  • VMAX 48.60km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Olejnica

Niedziela, 27 kwietnia 2014 · dodano: 01.05.2014 | Komentarze 0

Przez cięższe tygodnie na uczelni ostatnio mało czasu na pisanie relacji... Zaczęły się pierwsze kolokwia, zaczęła się intensywna nauka. Nawet mało czasu żeby zabrać się za zadbanie o rower. Przed wyścigiem zero czyszczenia, taki jaki był po poprzednim treningu takim, jechałem na wyścigu. Łańcuch był cały od smaru więc tym bardziej nie chciało mi się całego napędu czyścić.
Dane z licznika (zerowany na linii startu, zawiera też rozjazd): 69.61 km; 3:00h

Start z 5tego sektora - będzie ogień i wielka gonitwa. Ciekawe kogo i kiedy uda się dogonić.
Do sektora przyjechałem ok 10:45, zdziwiłem się jak zobaczyłem już setki osób stojących w sektorze, jeszcze bardziej się zdziwiłem jak zobaczyłem parę osób stojących stojących zaraz za 4 sektorem i dość sporą przerwę między nimi a resztą. Dziwna sytuacja, ale skorzystałem z takiego prezentu i ustawiłem się w drugiej linii. Po podjechaniu do właściwej linii startu ustawiony byłem w 2 gim / 3 rzędzie, ale zaraz po starcie przebiłem się na sam przód. Między startami poszczególnych sektorów były 2 min przerwy, więc dogonienie ostatnich z 4 było tylko kwestią paru kilometrów. Od startu poszło bardzo mocne tempo, utworzyła się grupka 5 osób której zależało na wyniku i po ok 5 min dogoniliśmy poprzedzający nas sektor. I zaczęło się krzyczenie "Lewa wolna", przepychanie się, jazda krzakami byle tylko wyprzedzić i nie stracić koła, o co było w takim zamieszaniu bardzo łatwo. Taka jazda daje wiele satysfakcji, ale przez rwane tempo i konieczność jazdy w gorszym terenie jest bardzo męcząca. Przez to nie utrzymałem tempa prowadzącego nasz sektor, on w jednym miejscu wyprzedził, ja nie zdążyłem, na chwile utknąłem i gdy się uporałem z wyprzedzeniem to zabrakło sił aby go dogonić. Jak się później okazało to na mecie niewiele do niego straciłem...
Dalej na pierwszym pomiarze czasu dogonił mnie, a właściwie to wyprzedził Adaś Deska. Też mocno poszedł razem z innym gościem z 5tego sektoru, a że zacząłem się teraz czuć gorzej przez zjedzonego banana przed startem, to nie goniłem go za wszelką cenę tylko odpuściłem i jechałem swoim tempem. Dodatkowo zaczęły mnie skurcze brać w stopę...
W jednym miejscu wyprzedziłem Kubę z ASGO i który po chwili mnie mocno zadziwił. Wyprzedził mnie i pocisnął chyba ile miał sił w nogach. Leciał ze 40 km/h, musiałem mocno się sprężyć żeby utrzymać jego tempo. I to nie była tylko chwila, parę sekund, trzymał tak dobre parę minut. Jeszcze raz dzięki wielkie Kuba, dużo przez tą akcję podgoniłem do moich towarzyszy z 5tego sektora ;). Praktycznie miałem już ich w zasięgu, ale wtedy zaczęły się ciekawsze odcinki na trasie co utrudniło wyprzedzanie. Trudniejszych, technicznych odcinków to tam nie było, ale trzeba było uważać w jednym miejscu żeby nie wpaść na zjeździe w duży uskok, w którym się mocno poturbował Kuba Najs na pierwszej rundzie. Dalej wskoczyłem na swoje obroty i jechałem swoim równym, mocnym tempem ciągle wyprzedzając. Raz tylko mnie jeden gość dogonił, ale chwile dał zmianę i potem już go chcąc - nie chcąc urwałem. Gdzieś w połowie drugiej rundy, zapewne na tej samej prostej na której potężną zmianę dał mi Kuba ASGO, dogoniłem grupkę z 3 sektora, z której na kole usiadł mi jeden od Fogta i już do końca wyścigu nie dał się urwać. Ja dalej jechałem swoje, żadnej zmiany nie chciałem, tempo miałem utrzymać do samego końca. W kilku miejscach było mi na tyle lekko że się zapomniałem i zwiększałem obroty, ale potem jak się orientowałem że jadę za szybko to było już za późno i miałem lekkie, minutowe kryzysy. Dojechałem tak do Olejnicy, tam wielkie zamieszanie przez poprowadzenie trasy ulicami na której wszyscy zostawili auta. Na szczęście przebierający się przy autach zawodnicy pokazali mi drogę i trafiłem na ostatni odcinek w lesie, który w całości przejechałem na rozgrzewce wiec wiedziałem czego mogę się spodziewać. Przed nami jechała spora grupka i postanowiłem ich dogonić, niestety dogoniłem na ostatnim singlu nad jeziorem gdzie wyprzedzanie było bardzo utrudnione i odpuściłem sobie przepychanie się za wszelką cenę do przodu, za to na finishu powalczyłem ile jeszcze miałem mocy w nogach, przy sprincie poczułem lekkie skurcze wynikające ze zmęczenia.

Po napiciu się, posileniu owocami i wymienieniu paru komentarzy pojechałem zrobić rozjazd. Teraz to dopiero był chaos na drodze. Służby nie poradziły sobie z przejeżdżającymi autami i zakorkowało się wszystko, przez co nie był na ulicy miejsca dla kolarzy i nie wiem jak oni przedzierali się przez auta...

Ostatecznie moja gonitwa zakończona na 46 lokacie w OPEN i 13 w kategorii, co przy bardzo silnej obsadzie - czołówce Polski, uważam za świetny wynik. Z 5 tego sektora dojechałem jako druga osoba, tracąc jedynie 30s do "zwycięzcy". Noga podawała całą drugą rundę i to jest dla mnie najważniejsze. Jestem bardzo zadowolony z tego wyścigu, ciągłe wyprzedzanie daje wiele frajdy ;)
Kategoria MTB, Wyścig