Info
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.
W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!
2015:
2014:
2013:
2012:
2011:
2010:
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2015, Grudzień12 - 0
- 2015, Listopad11 - 0
- 2015, Październik9 - 0
- 2015, Wrzesień21 - 0
- 2015, Sierpień21 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec12 - 0
- 2015, Maj16 - 0
- 2015, Kwiecień24 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty18 - 0
- 2015, Styczeń20 - 0
- 2014, Grudzień8 - 1
- 2014, Listopad9 - 0
- 2014, Październik11 - 0
- 2014, Wrzesień19 - 0
- 2014, Sierpień35 - 0
- 2014, Lipiec27 - 1
- 2014, Czerwiec18 - 0
- 2014, Maj20 - 0
- 2014, Kwiecień21 - 0
- 2014, Marzec24 - 0
- 2014, Luty23 - 0
- 2014, Styczeń8 - 0
- 2013, Grudzień6 - 0
- 2013, Październik6 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień16 - 0
- 2013, Lipiec9 - 0
- 2013, Czerwiec15 - 0
- 2013, Maj17 - 0
- 2013, Kwiecień17 - 0
- 2013, Marzec5 - 0
- 2013, Styczeń3 - 0
- 2012, Grudzień7 - 0
- 2012, Listopad11 - 0
- 2012, Październik12 - 0
- 2012, Wrzesień22 - 0
- 2012, Sierpień33 - 0
- 2012, Lipiec32 - 0
- 2012, Czerwiec32 - 0
- 2012, Maj45 - 0
- 2012, Kwiecień28 - 0
- 2012, Marzec18 - 0
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń1 - 0
- 2011, Grudzień3 - 0
- 2011, Listopad11 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień25 - 0
- 2011, Sierpień27 - 0
- 2011, Lipiec37 - 0
- 2011, Czerwiec29 - 0
- 2011, Maj23 - 0
- 2011, Kwiecień27 - 0
- 2011, Marzec5 - 0
- 2011, Styczeń2 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik7 - 0
- 2010, Wrzesień15 - 0
- 2010, Sierpień19 - 0
- 2010, Lipiec28 - 0
- 2010, Czerwiec18 - 0
- 2010, Maj4 - 0
Wpisy archiwalne w kategorii
Wyścig
| Dystans całkowity: | 4306.91 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 207:08 |
| Średnia prędkość: | 20.79 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 75.10 km/h |
| Maks. tętno maksymalne: | 205 (105 %) |
| Maks. tętno średnie: | 169 (86 %) |
| Suma kalorii: | 12186 kcal |
| Liczba aktywności: | 57 |
| Średnio na aktywność: | 75.56 km i 3h 38m |
| Więcej statystyk | |
- DST 91.28km
- Czas 03:33
- VAVG 25.71km/h
- VMAX 54.05km/h
- Temperatura 15.0°C
- Sprzęt Peak
- Aktywność Jazda na rowerze
BCM Dolsk
Niedziela, 12 kwietnia 2015 · dodano: 14.04.2015 | Komentarze 0
- DST 22.75km
- Czas 01:43
- VAVG 13.25km/h
- VMAX 39.34km/h
- Temperatura 8.0°C
- Sprzęt Peak
- Aktywność Jazda na rowerze
Kujawia XC
Niedziela, 29 marca 2015 · dodano: 30.03.2015 | Komentarze 0
Kategoria Technika / XC, Wyścig
- DST 87.26km
- Czas 04:54
- VAVG 17.81km/h
- VMAX 66.02km/h
- Temperatura 14.0°C
- Sprzęt Peak
- Aktywność Jazda na rowerze
BM Świeradów Zdrój
Sobota, 4 października 2014 · dodano: 05.10.2014 | Komentarze 0
Najlepszy wyścig i wynik w sezonie. Zebrane doświadczenie z poprzednich edycji zaprocentowało w finale.Super zakwaterowanie w Hotelu Interferie w Świeradowie, poranna teamowa odprawa nastawiła mniej jeszcze bardziej do boju i o 10:15 wyjechaliśmy w Eskowym składzie z panem Jasiem, Tomkiem i Karoliną na rozgrzewkę. Do Świeradowa w dól, potem pod górkę. Dwa razy zrobiłem dłuższy podjazd, po czym ustawiłem się w czwartej linii pierwszego sektora 15 min przed startem.
Ostatnie odliczanie w tym sezonie i start!
Pierwsze depnięcia mocno, potem przez parę sekund w czołówce nikt nie chciał ciągnąć i tempo się ustabilizowało, do czasu aż nie odnalazł się w tłumie Piotrek Kurczab który od razu swoim atakiem rozerwał peleton. W ten sposób wszyscy ci, co liczyli na wygraną pognali do przodu, a ja spokojniejszym, równym tempem jechałem w środku grupy "goniącej".
Pierwszy podjazd był długi. Ciągnął się i ciągnął 10 km, w czasie których do pokonania było ponad 500m przewyższeń.
Od samego początku wszystko poszło według mojej myśli. Załapałem się do mocniejszej grupy w której dzięki pracy Megowiczów znacznie odjechaliśmy reszcie.
Po podjeździe zaczęły się naprzemiennie zjazdy i podjazdami szybkimi izerskimi szutrami, aż do podjazdu pod Wysoki Kamień.


Po godzinie jazdy byłem na 6 pozycji OPEN Giga, tracąc jedynie 2min do Piotra Kurczaba.
Teraz rozpoczął się podjazd pod Wysoki Kamień, który dobrze znałem ze zgrupki w Szklarskiej. Tym razem było go dużo trudniej podjechać. Wychodziło już ze mnie zmęczenie. Moja grupa się rozpadła, szybsi pojechali przodem, ja zostałem gdzieś w środku. Na technicznym zjeździe do Zakrętu Śmierci w dodatku zablokowałem się za zawodnikiem, który nawet jak dla mnie za wolno zjeżdżał, przez co co chwile doganiały mnie osoby, które zostawiłem na podjeździe.

Amor świetnie wybierał nierówności na zjazdach. W ogóle świetnie się sprawował. Wreszcie nie ograniczały mnie bolące ręce i mogłem pokonywać zjazdy z pełną prędkością.
Następnie dla odmiany rozpoczął się kolejny podjazd. Tym razem jechałem sam, mając przed sobą parę osób, a za mną gonił mnie Bogdan Czarnota który złapał laczka na zjeździe. Jednego dogoniłem, wtedy dojechał Bogdan i szybko nas zastawił, przy okazji zabierając ze sobą parę osób jadących przed nami. Dogoniła mnie jeszcze jedna osoba z którą dojechałem na zmianach do rozjazdu mega/giga. W tym momencie zaczęło wychodzić zmęczenie mocniejszym początkiem i od rozjazdu walczyłem o utrzymanie pozycji.
Po wjechaniu na pętlę Giga rozpoczęła się "zabawa". Totalna dzicz którą można nazwać Pure MTB. Ścieżki przez las wyglądały jakby zostały stworzone tylko na ten wyścig. Slalomem między drzewami, przez ściółkę pokrytą gałęziami. W zacienionych miejscach dużo błota, czasami jakieś przejazdy przez strumienie. Na płaskim nie było kiedy odpocząć, zawsze trafiały się jakieś techniczne przeszkody w postaci korzeni czy kamieni. Na zjazdach podobnie. Szybko dogoniła mnie dwójka z Mitutoyo, przejechałem z nimi kawałem podjazdu. Wtedy minęła 2h jazdy. Byłem 10 Open.
Jeden z nich zaczął kręcić ponad moje siły. Wiedziałem że są z mojej kategorii i fajnie byłoby z nimi powalczyć chociaż na tej jednej edycji, ale wola dojechania do mety wygrała i odpuściłem. Po chwili odpadł też drugi z nich, który teraz jechał tempem podobnym do mojego. Podjazd dłużył się. Profil na kierownicy tylko mnie mylił, nie wziąłem pod uwagę dystansu którego pokonałem na rozgrzewce i myślałem, że jestem dalej niż byłem. Na kolejnym wjeździe w las oboje mi odjechali, za to dogonił mnie Marcin Piecuch z paroma kompanami. Coś tam krzyknąłem że tym razem to ja miałem wygrać i próbowałem utrzymać jego tempo, ale na kolejnym podjeździe przestałem dawać radę. Szczęśliwie dłużąca się już pętla giga zaczęła się kończyć. Przez Rozdroże Izerskie wróciliśmy na pętlę Mega.
Rozpoczęło się teraz wyprzedzenia Megowiczów, co zawsze umila samotność długodystansowa, a na 10 km przed metą w dodatku dogonił mnie jeden gigowicz z Optyku-Okular z którym nawiązałem współpracę. Chwile później drugi gigowicz, ale ten tylko spojrzał po nas i szybkim skokiem nam odjechał. Nie mieliśmy ani sił, ani ochoty do szarpania się za nim.
Na podjazdach i płaskim równe zmiany, na szybkich zjazdach ja byłem szybszy. Jadąc razem szybko zleciały ostatnie podjazdy, na ostatni zjazd z początku techniczny on wjechał pierwszy, udało mu się sprawniej wyprzedzić Megowiczów i na wyjeździe w parku w Świeradowie był jakieś 10m przede mną.



Na długim zjeździe ulicą niewiele odrobiłem, starałem się jeszcze maksymalnie opóźnić hamowanie i wyprzedzić go na zakręcie zaraz przed metą, ale o mało co nie skończyło to się naszą kraksą. Co prawda dzięki temu udało mi się zrównać rowerami, ale wtedy on mocniej depnął i wjechał o koło przede mną.
Koniec końców rewelacyjne 17 miejsce Open i 9 w kategorii. Życiówka pobita o prawie 10 miejsc. Wreszcie pojechałem na miarę moich możliwości.
Na mecie nie było zwyczajowej "bomby". Czułem zmęczenie i jazdę na pograniczu skurczy, ale nie byłem tak wykończony jak zawsze. To znak że mogę jeszcze więcej z siebie wycisnąć!
Niestety w generalce spadłem na 11 miejsce. Nie było Glona który stanowił dla mnie największe zagrożenie, ale pojawiło się dwóch innych chłopaków którym też brakował jeden start do pełnej ilości startów. Jeden z nich przyjechał 30 sekund po mnie, drugiemu włożyłem 25 min. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie 11 punktów, czyli ok 5 minut nad tym drugim rywalem. Dowiedziałem się o tym dopiero w hotelu po długich obliczeniach z kalkulatorem w ręku. Za rok będzie o co walczyć, pokazałem dzisiaj że stać mnie na wiele.
TREZADO:
W skrócie: JAK ZAWSZE NIEZAWODNIE!
Kolejne Giga bez laczka - mleczko w pełni spełniło moje oczekiwania na ten sezon!
Kategoria Góry, MTB, Wyścig, Trezado - Uszczelnij się!, Bike Maraton 2014
- DST 81.23km
- Czas 04:21
- VAVG 18.67km/h
- VMAX 56.20km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Peak
- Aktywność Jazda na rowerze
BM Polanica-Zdrój
Sobota, 20 września 2014 · dodano: 21.09.2014 | Komentarze 0
W ostatnim tygodniu żadnego konkretnego treningu, bez wprowadzenia, na nowej ramie. Do tego zapomniałem kasku. To się nie mogło dobrze skończyć. O ile kask pożyczyłem od organizatora i to nawet bardzo przyzwoity, to moja forma już była w dużo gorszym stanie. Start z pierwszego sektora fajna sprawa. 15 min przed startem staję w 4 - 5 linii, od początku odpuszczam czołówkę żeby się lepiej rozgrzać.
Pierwsze 10 km prawie ciągłego podjazdu wjechałem za Marcinem Piecuchem i przed Piotrkiem Majerem, na pierwszym błotnistym zjeździe dostałem błotem po oczach przez co straciłem cenne sekundy i co gorsze, całą przewagę jaką zyskałem na podjeździe. Dalej było już coraz gorzej. Na płaskich jak próbowałem mocniej popracować to przeszkadzały wypinające się buty z pedałów (bloki do wymiany), na zjazdach za bardzo odpuszczałem i potem traciłem kolejne dobre pociągi. Pierwsza runda szybko minęła, druga też, ale już w samotności . Do rozjazdu do mety trzymałem tempo, potem zaczęły się problemy. Najpierw bóle w plecach i rękach. Następnie nagłe opadnięcie z sił. Ratowałem się żelem - zaczął boleć brzuch. Takiej bomby jeszcze nie miałem. Ostatni dłuższy podjazd ledwo co podjeżdżałem. Nogi nie chciały współpracować.

Na zjazdach dużo błota. Korzenie i kamienie jak były to bardzo śliskie, pure MTB. Dobra szkoła techniki. Byłaby i dla mnie, gdybym podjął wyzwanie. Przez gorszą dyspozycję straciłem koncentrację, nie mogłem opanować roweru w tym błocie. Trudniejsze odcinki wolałem sprowadzić niż powalczyć. Zero przyjemności ze zjazdów, same cierpienie z dyskomfortu. To był ten wyścig, w którym miałem już dość.
Na dodatek w końcówce miały być jakieś niespodzianki. Były. 3 długie podejścia. Nie, to nie były podejścia, to były wspinaczki z rowerem. Dobrze że mam długie nogi i łatwiej było mi wybierać odpowiednie stopnie. Współczuję tym znacznie mniejszym ode mnie.
Po tych 3 wspinaczkach na Zbójeckie Skały ostatni kilometr w dół do mety. Początek techniczny - bolało. Po wyjeździe z lasu przyjemniej drogami i chodnikami przez Park Zdrojowy.

Na mecie zgon jak nigdy. Próbowałem rozjechać - nic nie dało. Napicie się i zjedzenie czegoś - bez poprawy. Ustawiłem się w kolejce do myjek. Próby stania kończyły się zawrotami głowy, miałem wrażenie że lada moment zemdleję. Dopiero przyjęcie pozycji siedzącej na ramie z czołem opartym o kierownice zaczynało pomagać. Po ponad 10 min w takiej pozycji wróciłem do świata żywych. Wtedy stwierdziłem, że czekanie na myjkę nie ma sensu i przez biuro zawodów wróciłem do auta, które stało hen daleko od centrum.
Rezultat?
Zadziwiająco dobry jak na taką moją porażkę. 30 open, czas 3:34, 40 min straty do pierwszego w mojej kategorii. Generalka znacznie podreperowana - cel wykonany. Teraz czas na ostateczną walkę o 10tkę w generalce na finale w Świeradowie!
Parę słów o TREZADO:
Jak zawsze "bomba". Obie opony na mleczku, obie dojechały w całości bez jakichkolwiek problemów.
Muszę przyznać, że Rubena Scylla całkiem dobrze radzi sobie w błocie jako opona napędowa. Saguaro na przedzie tańczyło.
Rama?
Sztywna, ale pozycja nie dopasowana do mojej sylwetki. Czeka mnie trochę roboty z ustawieniem wszystkiego. Po pierwsze - podwyższam skok w Rebie na 100mm. Tego dzisiaj bardzo brakowało.
Kategoria Góry, MTB, Trezado - Uszczelnij się!, Wyścig, Bike Maraton 2014
- DST 122.79km
- Czas 04:31
- VAVG 27.19km/h
- VMAX 51.18km/h
- Temperatura 27.0°C
- Sprzęt Instynkt
- Aktywność Jazda na rowerze
BM Poznań
Niedziela, 7 września 2014 · dodano: 08.09.2014 | Komentarze 0
Było szybko. Ogień od startu do mety, bez oszczędzania się. Do rozjazdu mega/giga dawałem dużo zmian, potem zapłaciłem za to i więcej jechałem na kole. Na metę wjechałem totalnie zajechany, płuca bolały, ciężko się oddychało. Czas jazdy 3:18:50, z czego 2:12 w strefie pod progiem, 1:06 w beztlenie, jedynie sekundy w strefie tlenowej.Miejsce 26 Open, 14 kat M2
Warto było. Od kolejnego wyścigu start z 1 sektora. Wreszcie nie będę musiał stać 30 min w sektorze ;)
Kategoria MTB, Wyścig, Bike Maraton 2014
- DST 84.97km
- Czas 03:10
- VAVG 26.83km/h
- VMAX 53.55km/h
- Temperatura 18.0°C
- Sprzęt Instynkt
- Aktywność Jazda na rowerze
GP WLKP Wałcz
Niedziela, 24 sierpnia 2014 · dodano: 24.08.2014 | Komentarze 0
Laczek na 3km pokrzyżował moje plany o walkę w pierwszej grupie. Przez zbyt agresywną jazdę na za niskim ciśnieniu na tyle, Ikon zaczął tracić powietrze. Podejrzewam rozszczelnienie przy rancie, z którym od poprzedniego uszczelniania walczyłem. Po założeniu dętki rozpocząłem jazdę indywidualną na czas. Dobry trening. Trasa, jak na nasze okolice bardzo ciekawa. Duży plus dla organizatora za to. Na 3 podjazdach przydawał się młynek, więc było co robić ;) Kategoria MTB, Wyścig, Trezado - Uszczelnij się!
- DST 88.19km
- Czas 05:35
- VAVG 15.80km/h
- VMAX 65.44km/h
- Temperatura 10.0°C
- Sprzęt Instynkt
- Aktywność Jazda na rowerze
BM Szklarska Poręba
Sobota, 16 sierpnia 2014 · dodano: 17.08.2014 | Komentarze 0
Kolejny epicki Bike Maraton.Praktycznie do samego końca zwlekałem z wybraniem opon na ten wyścig. Ostatecznie licząc na ładną pogodę i suche warunki założyłem z tyłu Ikona. Już w piątek zacząłem wątpić w słuszność wyboru. Dojeżdżając do Szklarskiej wjechaliśmy w ulewę. Padało dobre kilka godzin. Wieczorem jak byliśmy na Festiwalu przestało, za to w nocy znowu się rozpadało i siąpiło do samego rana.
Nienawidzę dźwięku jakie wydają krople odbijające się od dachówek i parapetu w przeddzień wyścigu. Nie wróży to dobrze. Tym razem jednak noc przespałem całkiem dobrze.
Z rana wszędzie mokro. Pod wyciągiem do tego zimno. Wszyscy zwlekaliśmy z rozgrzewką do ostatniej chwili. Zamiast marznąć na zewnątrz, grzaliśmy się w aucie. O godz 10:20 ruszyłem pojeździć. 15 min jazdy, ustawiłem się w trzeciej linii trzeciego sektora i niespodzianka: dla odmiany zaczyna padać. Do startu pozostało 20 min. Szybkie omówienie planu z Panem Wackiem: od startu mocno i dalej zobaczymy, na mini zawsze można zjechać ;)
Punktualnie o godz 11:00 Michał Kwiatkowski strzałem dał sygnał do startu 1 sektora. Kolejne sektory ruszały dopiero jak ostatni zawodnik zniknął na zakręcie za pierwszym podjazdem. Czekało mnie jeszcze dobre 5 min stania i marznięcia. Jednak nie było już tak źle. Adrenalina robiła swoje. Krew buzowała w żyłach rozgrzewając ciało. Po podjechaniu do linii startu stałem na czele sektora z lewej strony, mając przed sobą tylko podjazd, a z mojej prawej i za mną rywali.
Odliczanie i ruszyli!
Ja mocno ale dość zachowawczo. Początkowe metry po płaskim ostrożnie, na wyczucie roweru i na lekkie dogrzanie przed wspinaczką. Podjazd też z rezerwą, jednak do samego końca na wysokich obrotach.

Ci co ruszyli pełną mocą, w połowie podjazdu zaczęli opadać z sił. Fot: FotoMaraton.pl
Przed samym "szczytem" lekko odpuściłem i przepuściłem na pierwszy zjazd 2 innych zawodników, przez co gdy oni dokręcali to ja mogłem odpoczywać im na kole. Po chwili pojawił się obok mnie pan Wacław Szwarc, a pod koniec zjazdu dojechał do nas Tomek Dopierała. Kolejny, tym razem dłuższy podjazd zaczęliśmy w takiej Eskowej trójce. Przez mocniejsze tempo pana Wacka odjeżdżaliśmy reszcie 3ciego sektora i goniliśmy końcówkę drugiego. Jak dla mnie tempo było za mocne na początek wyścigu jadąc prawie bez rozgrzewki, jednak nie chciałem stracić takiej dobrej możliwości drużynowej jazdy. Tomek dał zmianę panu Wackowi, po chwili opadł z sił i odpadł od nas. Dogonił nas na zjeździe, a gdy wjechaliśmy w pierwszego błotnistego singla, ja zaplątałem się za wolniejszymi zawodnikami z 2giego sektora tym samym kończąc mój udział w jeździe drużynowej.
Rozpoczęła się teraz zabawa. Pomiędzy podjazdami były trudne, techniczne zjazdy. Trasę niby znałem, ale na sucho było o wiele łatwiejsza. Teraz na mokrych kamieniach nie ryzykowałem zjazdu do Jagniątkowa.
Na podjeździe pod Dwa Mosty dogoniłem najpierw Krzysia Andrzejewskiego, a kawałek wyżej Tomka Dopierałę. Dalej pustka. Tylko mgła i momentami jakieś krople deszczu. Zero ludzi. Zamieniłem parę słów z Tomkiem i pojechałem do końca swoje.
Jadąc tak samemu byłem pełen uznania dla mojego napędu. Po wymianie suportu wydobywała się tylko muzyka spod opon. Zero niepożądanych dźwięków, wszystko płynnie działa, nic nie przeskakuje. Podwójna dawka smaru na łańcuchu idealnie sprawdziła się w takich warunkach.
Na górze straciłem parę sekund żeby się ubrać i zjeść żela, po czym pognałem w dół. Zjazd szybki, wręcz jak to bywa u Grabka karkołomny. 60 km/h po mokrym zniszczonym asfalcie. W dodatku na dole okazało się, że zablokowała mi się przerzutka przednia na blacie. Na szczęście linki całe, wystarczyło zadziałać brutalną siłą i pomóc sprężynie przerzutki zdusić błoto wewnątrz mechanizmu.
Niestety przez to dogoniła mnie grupka z Tomkiem i Krzysiem, zanim zdążyłem się zebrać to wjechałem na trasę zaraz za nimi. Dalej było parę zjazdów, więc Tomek szybko odjechał, a Krzysia zostawiłem na pierwszym kamienistym zjeździe.
Do rozjazdu mega/giga miałem jeszcze okazję jechać z Michaliną Ziółkowską która złapała wcześniej laczka. Po drodze było wiele ciekawych zjazdów, na których na Instynkcie świetnie się bawiłem i po każdym chciałem jeszcze raz. Stąd też nie mogło być innej decyzji jak pojechać na rozjeździe na Giga!

Dla takiej genialnej trasy aż chce się jechać Giga! fot: FotoMaraton.pl
Został mi jeden, większy żel. Miałem go zjeść na Dwóch Mostach, ale wjeżdżając na drugą pętlę zaczynałem odczuwać lekki głód. Mam jeszcze awaryjnego batona, ale ten to tylko w przypadku większej bomby. Trudno, ryzykuję i jem teraz. Co będzie potem zobaczymy. Była to dobra decyzja. Podjazd pod Dwa Mosty pokonałem już nie tak mocno jak za pierwszym razem, ale również solidnym, równym tempem. Pomału pokonany dystans dawał się we znaki moim nogom. A do mety daleko.
Na zjeździe dokręcałem i kładłem się na rowerze niczym Kwiato na Tourze. Od tego momentu zaczęło się odliczanie do końca.
Rower zalepiony błotem już nie szedł tak dobrze jak na pierwszej rundzie. Jednak dalej wszystko działało co miało działać.
Na technicznych zjazdach świetna zabawa, na podjazdach coraz większe cierpienie. Tak do rozjazdu gdzie teraz pozostała już tylko jazda do mety.
Tym razem nie było z górki. Było wręcz przeciwnie. Głównie pod górkę. I to 2 razy. Profil na kierownicy, mimo iż mocno zalany, sprawdził się w tym momencie. Wiedziałem co mnie czeka. Pierwszy podjazd długi i żmudny. Przez Jagniątków do Michałowic. Trochę po asfalcie i trochę w terenie. Ogólnie młynek i mielenie prawie na skurczach. Zawodnik z BikeHeadu który porobił mnie na końcówce w Bielawie i tym razem deptał mi po piętach. Jednak to ja teraz byłem silniejszy na podjeździe i mu odjeżdżałem.
Z Wysokiego Mostu rozpoczynał się techniczny zjazd szlakiem nad strumieniem Rudnik do Szklarki. Swoista wisieńka na torcie wyścigu. Przez gęsty las zrobiło się ciemniej, parę razy wybrałem złą drogę między kamieniami i musiałem kilka metrów sprowadzić. Reszta zjechana, następnym razem uda się zjechać całość. Po tej przyjemności trasa przebiegała ścieżką nad Szklarka, którą przejechaliśmy pierwszego dnia zgrupowania ale w odwrotnym kierunku. Tym razem było dużo szybciej i mniej ludzi. Po pokonaniu mostku, przy Żółtej Skale rozpoczął się prawie ostatni, długi podjazd. Tak jak na zjeździe do Szklarki zawodnik BikeHeadu przemknął obok mnie, tak ja go dorwałem i wyprzedziłem teraz, na podjeździe. Zaczynała mnie brać bomba. Przydałby się jakiś żel. Meta już blisko. Jadę na oparach, byle do mety.
Po podjeździe było parę kilometrów odcinka Drogą pod Reglami. Na płaskim i paru lżejszych zjazdach można było dać odpocząć nogom przed tajemniczą końcową wspinaczką. Przyszła ona szybciej niż się tego spodziewałem. I zaskoczyła chyba wszystkich. Stromo. Nawet bardzo stromo. Do wjechania... gdyby nie było tam błota. Spróbowałem, opony zabłocone, pierwszy odcinek przejechałem, po połowie mnie odcięło... pojawiły się skurcze. Zaczyna mnie chwytać w udo. Walczę do końca. Dojeżdżam do zawodnika z mega i poddaję się. Schodzę z roweru, skurcz chwyta. Próbuję rozciągnąć mięsień, ruszam nogą i znowu to samo. Powiększa się, wręcz wyję z bólu. Chwila cierpienia i zaczynam powoli iść. Przeszło. Idę szybciej, kawałek wyżej wskakuję na rower podjeżdżam na samą górę. Już siłami woli. Na szczęście to już sama końcówka, a teraz miał być zjazd. Nie byle jaki, bo trasą zawodów DH.

Koncentracja do samego końca. Kamieni mało, za to dużo korzeni. Też dobra zabawa. Fot: Joanna Tomes
Następnie ostatni krótki podjazd na stojąco, kilkadziesiąt metrów w dół i upragniona meta. Wycieńczony, wygłodniały, w pół żywy. Pierwsze pytanie: gdzie bufet. Dobrze wiedziałem gdzie jest, ale wolałem się spytać. Ot tak dla pewności ;)
Od razu rzuciłem się na banany. Nie wiem ile ich pochłonąłem, ale na pewno nie małą ilość. Następnie pomarańcze. Dojeżdża Glon który po starcie rozciął oponę. Razem schodzimy do auta. Schodzimy bo nie chcemy zjeżdżać żeby nie zmarznąć. Po chwili zaczyna padać. Dość mocno. Teraz to już nie ważne czy zimno czy nie, zjeżdżamy byle jak najszybciej się ogrzać. Tam już wszyscy czekają na nas. Okazało się, że tylko Tomek Czerniak przejechał Giga na dobrym 7 miejscu Open.
Ja ukończyłem na 28, takim samym jak moja życiówka w Myślenicach. Czas: 4h 58 min - nie udało się zejść poniżej 4:30 tak jak planowałem w czasie jazdy, będzie co poprawiać w przyszłym roku.
Dziś świetnie spisał się sprzęt. Rama pospawana po wyścigu dalej jest pospawana, bez pęknięć. Napęd - rewelacja. Chyba pierwszy wyścig który przejechałem bez problemów z łańcuchem. Ogumienie podobnie jak napęd, żadnych laczków, żadnych rozcięć, tylny Ikon jakby się doszczelnił błotem. Swoją drogą Ikon na takie warunki był strzałem w dziesiątkę. Trasa faktycznie było w dużej części błoto odporna, miejscami tylko zalegało więcej wody. Po kamieniach szedł pewnie, na korzeniach i mostkach nie było niekontrolowanych uślizgów. Trochę tylko przesadziłem z ciśnieniem w przedniej oponie, było powyżej 2 barów.
Wynik dobry, jednak wszystkim humory popsuła pogoda. Mimo to, trasa była genialna, aż chce się wrócić na te kamienie na zjazdach. Według mnie najlepsze edycja tegorocznego Bike Maratonu. Wątpię żeby to się miało zmienić w Polanicy czy Świeradowie, o Poznaniu już nie mówiąc.
Kategoria Góry, MTB, Wyścig, Trezado - Uszczelnij się!, Bike Maraton 2014
- DST 82.28km
- Czas 05:17
- VAVG 15.57km/h
- VMAX 56.14km/h
- Temperatura 31.5°C
- Sprzęt Instynkt
- Aktywność Jazda na rowerze
BM Bielawa
Sobota, 19 lipca 2014 · dodano: 20.07.2014 | Komentarze 0
Wyścig nie zapowiadał się pozytywnie. W środę po treningu zaczęły się moje problemy żołądkowe, czwartek przeleżałem w łóżku prawie nic nie jedząc, dopiero w piątek z rana zjadłem coś więcej na śniadanie. Przejazd w południe rowerem 2km na zbiórkę mnie i tak wykończył. A samo ściganie zapowiada się w upale. Cel jest jeden: dojechać do mety. Na jakim dystansie, okaże się na trasie.Przejazd w upale autem i powietrze w Bielawie mnie postawiło na nogi, przez co w sobotę normalnie funkcjonowałem.
Z rana już było gorąco. Rozgrzewkę odwlekałem na ostatnią chwilę chowając się w cień. O 10:15 ruszyłem pokręcić, o 10:40 stałem w sektorze. Po ostatnich słabszych startach przyznany mi został trzeci sektor, co mnie motywowało do lepszego wyniku i powrotu do dwójki, w szczególności pod kątem startu w Poznaniu i słynnego przejścia pod Warszawską.
Po godzinie 11:00 zaczęły się starty poszczególnych sektorów. Nie jest dobrze, puszczają od razu jak sektor przesunie się na linie startu. Szykuje się dużo wyprzedzania na pierwszym podjeździe. Ruszyłem i ja prowadząc na czele cały 3ci sektor. Nie gnałem, odpuściłem szybkie gonienie po starcie oszczędzając siły na podjazd. Na dobre mi to wyszło. Jak dojechaliśmy do końcówki dwójki, rozkręciłem się na wyższe obroty i zacząłem wyprzedzać tych, co po starcie ruszyli w pogoń. Cały pierwszy podjazd jechałem w sąsiedztwie pana Wacława Szwarca. Nie było dzisiaj pana Jasia obok mnie, więc trzymałem się doświadczonego pana Wacka. Było tak ciasno, że miejscami wyprzedzanie było bardzo uciążliwe i kończyło się utratą cennej energii. Dlatego raz pan Wacek sprawniej wyprzedzał grupkę osób po czym mi odjeżdżał, ale kolejna grupka go zatrzymywała na dłużej i spokojnie do niego dojeżdżałem. Jak dla mnie tempo było za wolne, zbyt szarpane. Nie odpowiadało mi. Brakowało mi równego, mocnego wspinania się pod górę. Dlatego oszczędzając siły jechałem razem z grupkami które doganiałem, by dopiero po chwili ich wyprzedzić w bezpiecznym miejscu i jak dla mnie spokojnym tempem im szybko odjechać. Denerwujące również było wpychanie się innych osób. Trzeci sektor nie dla mnie. Szybko muszę odzyskać dwójkę...

W tłoku na pierwszym podjeździe. fot: fotomaraton.pl
Po 10 km czyli rozjeździe na mini zaczęła się wspinaczka pod Wielką Sowę. Nie spodziewałem się tylu luźnych kamieni. Jadąc w grupie nie poradziłem sobie z podjazdem, kilka razy musiałem ratować się podparciem. Tu mi wiele osób odjechało. Na samej górze dużo turystów, na zjazdach dogoniłem Krzyśka Andrzejewskiego, gdzie go też na bardziej stromym odcinku zostawiłem. Po zjazdach ostry nawrót i sztajfa po asfalcie. Zagapiłem się, nie zredukowałem biegu i musiałem się zatrzymać. Przy okazji zdjąłem luźny zegarek pulsometru. Od teraz jechałem bez kontroli wysiłku. Brakowało mi tego, musiałem zdać się na moją własną ocenę. Kolejne zjazdy i podjazdy pokonywałem spokojnie, ale sprawnie, pamiętając o ciągłym piciu i jedzeniu. Bidon uzupełniłem już na 3cim bufecie, 2 żele zjadłem do rozjazdu mega / giga. Żele Aptonia, nie były najlepsze, aby je w pełni przełknąć potrzebowałem dużej ilości wody, ale energii dodawały tyle, ile powinny.
Rozjazd pojawił się szybciej niż się spodziewałem. Trasa tak mi się podobała, że chciałem jechać jeszcze dalej zanim będę powtarzał ten sam odcinek. Tymczasem była już połowa trasy, a ja dalej miałem siły, czułem się dobrze jak nigdy. Czułem, że to będzie ten pierwszy wyścig, który przejadę bez bomby. Teraz czekała mnie ponowna wspinaczka na Wielką Sowę.

"Jest dobrze, chyba uda mi się dojechać bez bomby". fot. Kasia Rokosz.
Tym razem poradziłem sobie dużo lepiej, wypinając się tylko w pojedynczych miejscach. Przed sobą miałem więcej miejsca, wiec zjazdy pokonałem szybciej niż poprzednim razem. Pamiętając o ostrym nawrocie wytraciłem prędkość i zredukowałem już wcześniej, przez co tym razem od razu wspinałem się po asfaltowej sztajfie. Dogoniłem i wyprzedziłem tam pana Wacka, który uciekł mi na pierwszym podjeździe pod Wielką Sowę. Dalej przed sobą widziałem jednego gigowicza z Gomoli, którego dogonienie obrałem sobie za cel. Jechał podobnym tempem jak ja, więc wiedziałem, że nie będzie łatwo. Przed ostatni bufet i kolejna dolewka do bidonu i przed ostatni, trzeci żel.
Powoli zaczęło wychodzić zmęczenie. Już podjazdy nie pokonywałem tak łatwo jak wcześniej. Teraz zaczynała się walka z nogami. Dodatkowo na stromych zjazdach znowu muszę zwalniać przez blokujący ból w palcach. Pora odpowietrzyć te hamulce, zabieram się do tego od Wałbrzycha...
Końcówka pętli. W oddali zauważam koszulkę Colexu. Pierwsze co myślę - Czerniak miał defekt. Nie tym razem. Podjeżdżam bliżej i widzę też Tomka, ale Pawelca. Myślę, że musiała go strasznie boleć spuchnięta stopa, wyprzedzając dopinguję żeby walczył do mety. Dalej strome płyty. Gomola w zasięgu, jednak na tym podjeździe jeszcze mi do niego trochę brakuje.
Rozjazd, ostatni żel, ostatni bufet i do mety. Ryzykuję, mam końcówkę wody i napoju izotonicznego w bidonach, na bufecie nie zatrzymuję się, biorę tylko kubeczek wody w dłoń i w pogoń. On też się nie zatrzymał, jechał dalej. Jednak już był bliżej.
Szybki zjazd, przed nim pojawiło się kilku megowiczów, zwolnił, ja zaryzykowałem, dojechałem i bez hamowania i ominąłem ich na zjeździe. Byłem teraz z przodu z małą przewagą, którą chciałem utrzymać do mety. Nie było jednak tak łatwo. Przed nami wyrosły techniczne sztajfy, które bez próby walczenia równo butowaliśmy. Już na poprzednich podjazdach czułem jak chwytały mnie skurcze. Na jednym podjeździe nawet musiałem zsiąść z roweru i się ponaciągać. Dlatego teraz wolałem nie ryzykować, ciężko byłoby to podjechać na świeżości, a co dopiero mając w nogach 60 km górskiego maratonu. Na podejściach zawodnik Gomoli doganiał mnie. Maszerował szybciej ode mnie. Mi zaczynało już brakować sił.

Każdy dodatkowy kamień po którym trzeba było się wspiąć był teraz morderczy dla moich nóg. Chwila nieuwagi i skończyło by to się glebą. fot. Elżbieta Cirocka
Na zjazdach jednak miałem wielką przewagę. Przed ostatnim podjazdem odjechałem na tyle, że straciłem rywala z pola widzenia. Teraz byle nadać mocniejsze tempo do mety i spróbować dogonić innych. W oddali pojawiło się wiele osób, jednak nie przypominali oni nikogo z giga. Za to na przedostatnim zjeździe przefrunął obok mnie zawodnik z teamu Bikehead. Razem wjechaliśmy na ostatni podjazd. Wiedziałem że jest szybszy na zjazdach, więc warto będzie przetrzymać podjazd i pojechać z nim do mety. Nogi mi już nie dawały rady, jechałem ostatkiem sił. Dobrze, że był to już ostatni podjazd... Prawie cały jechaliśmy równym, mocnym tempem. Takim, jakim bym chciał jechać pierwszy podjazd, a nie ostatni...
Dopiero na samym końcu zaatakował:

Nie miałem z czego odpowiedzieć. Byłem już wypompowany. Odpuściłem, dałem mu odjechać. fot. Danuta Postek
Zniknął szybciej niż się pojawił na poprzednim zjeździe. Widać było, że zachował więcej sił ode mnie. Samą siłą woli by mi aż tak nie odjechał.
Do mety było już teraz z górki. W przenośnym i dosłownym znaczeniu. Zero podjazdów, tylko zjazdy i czasami po płaskim. Pasowało mi to bardzo. Na początkowych zjazdach odpocząłem i mogłem po płaskim ciągnąć. Jeden ostrzejszy, czyli ciekawszy zjazd, który przyniósł mi wiele radości. Przejazd lasem, już w oddali widać zbiornik wodny i słychać miasteczko zawodów, ostatnie zakręty i meta.
Czas: 4h 25 min, patrząc na przebieg maratonu liczyłem na lepszy, ale jestem bardzo zadowolony, że w końcu przejechałem całość bez kryzysu. Bilans dnia: 4 żele, 3 bidony wody, 1 bidon napoju izotonicznego, 4 kubki wody. Plan żywieniowy wykonany perfekcyjnie, profil trasy na kierownicy pozwolił mi lepiej wygospodarować siły na cały wyścig i zaplanować miejsca na żele.
Zaraz po wyścigu szybka wizyta w bufecie, pokręcenie w okolicy bufetu i ponowna, tym razem dłuższa wizyta na arbuza. Później kąpiel w jeziorze i na koniec niezapomniane emocje oglądając na żywo z ekipą piękne zwycięstwo Rafała Majki w Tourze. Dzięki Glon że ogarnąłeś Eurosport Playera ;)
Po wszystkim pierwsza w tym roku, powyścigowa pizza w Łagiewnikach. Bardzo udany wyjazd!
TREZADO
Opony świetnie się sprawdziły w tych warunkach. Co najważniejsze, gdy mijałem wiele osób z laczkami na trasie, ja nie miałem z ogumieniem najmniejszych problemów. Oba koła zalane mlekiem, oba koła szczelne, kamienie nie były straszne dla opon! Ciśnienie przód ok 1,8 bara, tył 2,0.
Kategoria Góry, MTB, Wyścig, Trezado - Uszczelnij się!, Bike Maraton 2014
- DST 72.23km
- Czas 03:58
- VAVG 18.21km/h
- VMAX 50.29km/h
- Temperatura 20.0°C
- HRmax 191 ( 97%)
- HRavg 134 ( 68%)
- Kalorie 1994kcal
- Sprzęt Instynkt
- Aktywność Jazda na rowerze
Karpacz i Jelenia Góra MTB Race
Sobota, 12 lipca 2014 · dodano: 14.07.2014 | Komentarze 0
Akademickie Mistrzostwa Świata w Kolarstwie, Jelenia Góra, sobota czyli czasówki XC i towarzyszący wyścig dodatkowy na tej samej trasie. Mój plan na wyjazd był jeden: zrobić dobre, dłuższe treningi na szosie, a w wyścigu wystartować dla poprawy techniki i zdobycia doświadczenia. Z rana zaczęło się od pojechania całą ekipa na trasę, dobrze nam znana trasę z AMPów. Z początku czułem respekt do trasy i na paru głazach za Paulinum schodziłem z roweru i sprawdzałem jak wygląda uskok. Nad pierwszym trudniejszym zjazdem również długo rozmyślałem, ale w tym przypadku znacznie sprawę przyspieszył Libańczyk który za drugim razem zjechał. Jeśli on dał radę, to i ja sobie poradzę, już nie raz tędy zjeżdżałem na sucho. Co prawda podobno teraz dołożyli tam jakieś kamienie żeby nie było tak łatwo, ale mi to nie robiło już dużej różnicy. Zjechałem bez problemu, kawałek niżej koło mi się uślizgnelo i musiałem się wypiąć, dokładnie tam gdzie na AMPach wyłożyłem się zbiegając. Kolejny problem miałem na następnym dojeździe do zjazdu, gdzie za wolno wjechałem w koleiny, co przy większych uskokach skończyło się zablokowaniem przedniego koła i jedyną glebą na trasie. Kolejne zjazdy już bez problemów.Zaraz po objeździe udałem się z Mateuszem Rybczyńskim na rundę szosową na słynny Orlinek. Z założenia lekko żebym mógł wystartować na wyscigu. Z początku też tak było. Ryba dawał bardzo przyjemne zmiany, za nim faktycznie jechało się lekko, natomiast jak ja miałem prowadzić, do tego droga robiła się coraz bardziej pod górkę to już musiałem wejść na średnie obroty. W samym Karpaczu to już walczyłem żeby utrzymać koło Matuesza. Co prawda lekką rezerwę miałem, ale tempo jak dla mnie było nawet wyścigowe jak na Bike Maratonowym Giga. Przejechaliśmy przez centrum, droga coraz bardziej stroma, myślę sobie że ten Orlinek musi być niezłą sztajfą, jak taka jest do niego dojazdówka. Dojeżdżamy do chyba najwyższego miejsca w Karpaczu, dalej zjazdy więc wracamy. Orlinek specjalnie ominęliśmy i dopiero teraz, po krótkim nawrocie i krótkim zjeździe po dwóch serpentynach wjeżdżamy pod skocznie. Z początku lekko, za Mateuszem, oszczędzając siły na główny podjazd którego się spodziewałem. Tylko spodziewałem, podjechalismy na dużą polanę nad skocznię i droga się wyplaszczyla. To było wszystko z podjazdow na dziś, już zostały nam same zjazdy do Jeleniej. W Karpaczu duży ruch, więc nie można było się puścić, za Karpaczem już nie było tak stromo i dokręcałem na moich zjazdowych przełożeniach. Jak zjechaliśmy na płaski odcinek, doszedł wiatr w twarz to Mateusz mnie zmienił i za nim dojechaliśmy do Jeleniej. Krótki, ale udany trening. Miałem jeszcze dobre 2 godziny do startu który miał być o 15:30.
Z ośrodka wszyscy zaczęli zbierać się o 14:30, ja wyszedłem jakieś 10 min później. Od początku lekkie kręcenie ogarnąć co się dzieje w miasteczku zawodów, później zacząłem rozgrzewkę od podjazdów. Od razu podpadla mi mała ilość rozgrzewajacych się osób oraz wysokie tempo Kowala i Zozola. W miasteczku spytałem się o której start... O 15:00, a byla godz 14:55 i już trwa ustawianie w sektorze.
Start w sektorze, od początku mocne tempo i czołówka U23 mi odjeżdża. Za Pałacem doganiają już mnie pierwsi juniorzy, a na wyjeździe na asfalt dziewczyny. Dalej ścigam się że słabszymi z elity i U23, którzy odjeżdżają mi na kilku zjazdach gdzie mam problem żeby utrzymać się na rowerze przez koleiny, za to ja ich skutecznie gonie na podjazdach.

Zero spiny na wynik, sama zabawa - taka jazda bardzo cieszy. Fot: Maria Lipowiecka
Drop ominąłem, co nie ucieszyło kibiców, na drugiej rundzie postanowiłem zaszaleć i dałem się namówić na mój pierwszy dłuższy lot, co skończyło się lądowaniem na przednim kole i dobiciem jedynej uszczelnionej opony. Ikon nie wytrzymał, wybuch i powoli schodzi powietrze. Mleko w tym wypadku nie pomogło. Dziurka w ściance bocznej. Tym samym skończył się mój kolejny wyścig XC, dobiegłem jeszcze kawałek rundy do mety, nie wiem zresztą po co, bo i tak dostałem DNF. Oponę za pomocą pompki stacjonarnej udało się uszczelnić, ale był to tylko chwilowy zabieg, dojechałem do ośrodka, wziąłem aparat, wróciłem na górę i tam powietrze znowu całkiem zeszło.

Ja latam! Czyli jak szybko skończyć wyścig z DNF. Fot: Krystian Jakubek
Po zawodach założyłem dętkę i problem z doszczelnianiem z głowy. Zamiast rozjazdu był wieczorny spacer na dworzec po bilet powrotny do Poznania.
Niestety, dzisiaj Trezado zawiodło. Mój błąd - ciśnienie miałem nieco za niskie na takie lądowanie na przednim kole, ale samo mleko powinno uszczelnić małą dziurkę w ściance bocznej wzmacnianego Ikona. Po zdjęciu opony wszystko stało się jasne dlaczego nie doszczelniło. Mleko wlane 2 miesiące temu zastygło tworząc grubą warstwę na środku opony, przez co opona nie miała się czym uszczelnić na ściance bocznej. Była tam cienka warstwa, która próbowała coś zdziałać, ale na dobicie było to za mało. Może dla przebicia jakimś kolcem tyle by wystarczyło.
Kategoria Szosa, Technika / XC, Góry, Wyścig, Trezado - Uszczelnij się!
- DST 68.08km
- Czas 02:57
- VAVG 23.08km/h
- VMAX 43.86km/h
- Temperatura 30.0°C
- Sprzęt Instynkt
- Aktywność Jazda na rowerze
GP WLKP Binduga
Niedziela, 6 lipca 2014 · dodano: 06.07.2014 | Komentarze 0
Start z początku 3 sektora, więc od początku gonitwa czołówki. Szczęśliwie rozjazdówka była długa i szeroka, więc przejeżdżając przez linie startu odrobiłem stratę i jechałem razem z Mateuszem Mrozem na końcu pierwszej grupy.
Jak na razie najlepsze moje zdjęcie w tym roku. Dzięki FIlip za turbo doping! ;) fot. Tomasz Szwajkowski
Po wjeździe w teren grupa się rozciągnęła i porozdzielała na mniejsze podgrupy. Ja z samego końca przebijałem się do przodu, ale przez początkową pogoń brakowało mi świeżości. W trudniejszych miejscach mijałem wiele osób z defektami albo po upadkach, m.in. Sylwka Swata albo Filipa Jeleniewskiego. Drugi z nich od razu wziął się do nadrabiania straty przy pomocy Mateusza Rybczyńskiego. Zabrałem się z nimi. Przetrwałem na kole Filipa morderczy pościg Mateusza i dalej, razem z juniorem Rybek jechałem do końca pierwszej rundy. Współpraca układała się bardzo pomyślnie. Na początku ja dawałem dłuższe zmiany, potem FIlip doszedł do siebie i głównie on mocno pracował.
Na nielicznych podjazdach bardzo irytujący był mój napęd. Mogłem jechać albo na największej zębatce w kasecie, albo na od 5tki w dół. Na innych napęd się blokował, przez co kilkukrotnie musiałem zatrzymywać się i wyciągać zaklinowany łańcuch.
Wisieńką na torcie całego wyścigu był przejazd przez rzekę. Dużo osób brało rower pod rękę i przebiegało przez wodę, ja wybrałem szybszą opcję zamoczenia nie tylko butów, ale i kółek (i napędu!):

Przy 30 stopniowym upale nagłe zamoczenie butów było bardzo orzeźwiające. fot: Tomasz Szwajkowski
Po wodzie zaczynał się kilometrowy odcinek w piachu. Wszędzie tam, gdzie przed chwilą była woda, teraz przyklejał się piasek. Rzeźnia dla napędu. Piach tak sypny, że ciężko było ujechać. Na tym odcinku dogoniliśmy jednego z Goggle'a, a Filip utknął gdzieś w piaskownicy. Zwolniłem, żeby na niego poczekać. Jak mnie dogonił i wyprzedził na początku drugiej rundy, to już nie miałem sił, żeby utrzymać jego tempo w terenie. Zawodnik z Goggle'a też odjechał...
Cała runda w większej części przejechana samotnie. Mniej więcej w połowie dogoniłem jednego z Agrochestu. Chwile przewiózł się za mną, na podjeździe pojechałem na szybszych dostępnych przełożeniach i urwałem go. Następnie próbując się napić na nierównym terenie wypadł mi bidon z ręki. Bez wody daleko bym nie dojechał, wiec szybko cofnąłem się po niego tracąc całą przewagę którą wypracowałem na podjeździe. Jednak na następnych odcinkach podkręciłem tempo i udało mi się odjechać. Do końca wyścigu walczyłem z samym sobą, żeby trzymać tempo i kogoś jeszcze dogonić.
Sam nikogo nie dogoniłem, za to przed rzeką naszła mnie grupa 3 osób, prowadził ją jeden z Kaczmarka Eurobike, a za nim znany mi zawodnik Agrochestu oraz Polart Nutrax, którego dogoniliśmy i urwaliśmy z Filipem pod koniec pierwszej rundy. Przez rzekę poszli jak dziki, mnie nieco Agrochest przyblokował, przez co po wbiegnięciu po skarpie, na piachach miałem co odrabiać dystansu do dwójki na przedzie. Na piachach teraz doszło zmęczenie, zaczęła się loteria. W wąskiej końcówce przez problemy prowadzących zjechaliśmy się razem, ale na ostatnim podjeździku zawodnik z Eurobike'u pokazał moc i odjechał razem z zawodnikiem Polartu, ja walczyłem aby maksymalnie odjechać zawodnikowi Agrochestu, co też się stało i bezpiecznie, już nie zagrożony przejechałem przez metę.
Twarze kolarzy po dystansie mega były zabójcze. Wszyscy czarni od kurzu, jakby dopiero co z kopalni wyszli. Ja miałem bombę, zgon. Końcówkę przejechałem ponad moje siły. Nie planowałem takiej walki na finishu. Byłem wykończony i odwodniony. Robiłem wszystko co mogłem, byle tylko nie popełniać błędu z Wisły i nie kłaść się na trawie. Ledwo co mogłem stać. Jak próbowałem przejść w linii prostej do bufetu, to zataczałem się na boki. Napicie się i posilenie owocami nie wiele mi dało. Dopiero puszczenie sobie wody ciurkiem z baniaka na twarz przy aucie przywróciło mnie do żywych. Taki szybki odpowiednik kąpieli w jeziorze.
Wynik: 21 Open i 12 kat M2. To był udany wyścig!



