Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Góry

Dystans całkowity:2462.35 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:128:31
Średnia prędkość:19.16 km/h
Maksymalna prędkość:76.50 km/h
Maks. tętno maksymalne:191 (97 %)
Maks. tętno średnie:136 (69 %)
Suma kalorii:9217 kcal
Liczba aktywności:41
Średnio na aktywność:60.06 km i 3h 08m
Więcej statystyk
  • DST 40.44km
  • Czas 02:44
  • VAVG 14.80km/h
  • VMAX 64.80km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zgrupka Szklarska Poręba: technicznie do Jagniątkowa

Czwartek, 31 lipca 2014 · dodano: 04.08.2014 | Komentarze 0

Przyjazd na miejsce po południu, więc nie zostało wiele czasu na trening. W związku z tym zaplanowana była szybka, terenowa runda na wprowadzenie z górami.
Zaczęliśmy od ścieżki wzdłuż Szklarki. Jak się okazało, od razu z grubej rury. Kamienie, korzenie. wąskie ścieżki, do tego wilogotno po opadach deszczu. W skrócie: Pure MTB. Ludzie patrzyli na nas z niedowierzaniem i różnie to komentowali.
Nic dziwnego, jak na pierwszy dzień nie czułem się w takich warunkach zbyt pewnie, przez co w wielu miejscach pasowałem i sprowadzałem. Takie przywitanie z górami mnie przerosło. Z końca szlaku wspięliśmy się odcinkiem szosy. Dalej terenem dostaliśmy się m.in technicznym zjazdem do Jagniątkowa, skąd szosą na premię górską w Michałowicach,dalej bardzo szybki zjazd do Piechowic na którym ryzykując odjechaliśmy z Tomkiem i na koniec ostatni, długi podjazd z Piechowic do Szklarskiej.




  • DST 82.28km
  • Czas 05:17
  • VAVG 15.57km/h
  • VMAX 56.14km/h
  • Temperatura 31.5°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Bielawa

Sobota, 19 lipca 2014 · dodano: 20.07.2014 | Komentarze 0

Wyścig nie zapowiadał się pozytywnie. W środę po treningu zaczęły się moje problemy żołądkowe, czwartek przeleżałem w łóżku prawie nic nie jedząc, dopiero w piątek z rana zjadłem coś więcej na śniadanie. Przejazd w południe rowerem 2km na zbiórkę mnie i tak wykończył. A samo ściganie zapowiada się w upale. Cel jest jeden: dojechać do mety. Na jakim dystansie, okaże się na trasie. 
Przejazd w upale autem i powietrze w Bielawie mnie postawiło na nogi, przez co w sobotę normalnie funkcjonowałem. 

Z rana już było gorąco. Rozgrzewkę odwlekałem na ostatnią chwilę chowając się w cień. O 10:15 ruszyłem pokręcić, o 10:40 stałem w sektorze. Po ostatnich słabszych startach przyznany mi został trzeci sektor, co mnie motywowało do lepszego wyniku i powrotu do dwójki, w szczególności pod kątem startu w Poznaniu i słynnego przejścia pod Warszawską. 

Po godzinie 11:00 zaczęły się starty poszczególnych sektorów. Nie jest dobrze, puszczają od razu jak sektor przesunie się na linie startu. Szykuje się dużo wyprzedzania na pierwszym podjeździe. Ruszyłem i ja prowadząc na czele cały 3ci sektor. Nie gnałem, odpuściłem szybkie gonienie po starcie oszczędzając siły na podjazd. Na dobre mi to wyszło. Jak dojechaliśmy do końcówki dwójki, rozkręciłem się na wyższe obroty i zacząłem wyprzedzać tych, co po starcie ruszyli w pogoń. Cały pierwszy podjazd jechałem w sąsiedztwie pana Wacława Szwarca. Nie było dzisiaj pana Jasia obok mnie, więc trzymałem się doświadczonego pana Wacka. Było tak ciasno, że miejscami wyprzedzanie było bardzo uciążliwe i kończyło się utratą cennej energii. Dlatego raz pan Wacek sprawniej wyprzedzał grupkę osób po czym mi odjeżdżał, ale kolejna grupka go zatrzymywała na dłużej i spokojnie do niego dojeżdżałem. Jak dla mnie tempo było za wolne, zbyt szarpane. Nie odpowiadało mi. Brakowało mi równego, mocnego wspinania się pod górę. Dlatego oszczędzając siły jechałem razem z grupkami które doganiałem, by dopiero po chwili ich wyprzedzić w bezpiecznym miejscu i jak dla mnie spokojnym tempem im szybko odjechać. Denerwujące również było wpychanie się innych osób. Trzeci sektor nie dla mnie. Szybko muszę odzyskać dwójkę...

W tłoku na pierwszym podjeździe. fot: fotomaraton.pl

Po 10 km czyli rozjeździe na mini zaczęła się wspinaczka pod Wielką Sowę. Nie spodziewałem się tylu luźnych kamieni. Jadąc w grupie nie poradziłem sobie z podjazdem, kilka razy musiałem ratować się podparciem. Tu mi wiele osób odjechało. Na samej górze dużo turystów, na zjazdach dogoniłem Krzyśka Andrzejewskiego, gdzie go też na bardziej stromym odcinku zostawiłem. Po zjazdach ostry nawrót i sztajfa po asfalcie. Zagapiłem się, nie zredukowałem biegu i musiałem się zatrzymać. Przy okazji zdjąłem luźny zegarek pulsometru. Od teraz jechałem bez kontroli wysiłku. Brakowało mi tego, musiałem zdać się na moją własną ocenę. Kolejne zjazdy i podjazdy pokonywałem spokojnie, ale sprawnie, pamiętając o ciągłym piciu i jedzeniu. Bidon uzupełniłem już na 3cim bufecie, 2 żele zjadłem do rozjazdu mega / giga. Żele Aptonia, nie były najlepsze, aby je w pełni przełknąć potrzebowałem dużej ilości wody, ale energii dodawały tyle, ile powinny. 

Rozjazd pojawił się szybciej niż się spodziewałem.  Trasa tak mi się podobała, że chciałem jechać jeszcze dalej zanim będę powtarzał ten sam odcinek. Tymczasem była już połowa trasy, a ja dalej miałem siły, czułem się dobrze jak nigdy. Czułem, że to będzie ten pierwszy wyścig, który przejadę bez bomby. Teraz czekała mnie ponowna wspinaczka na Wielką Sowę.

"Jest dobrze, chyba uda mi się dojechać bez bomby". fot. Kasia Rokosz.

Tym razem poradziłem sobie dużo lepiej, wypinając się tylko w pojedynczych miejscach. Przed sobą miałem więcej miejsca, wiec zjazdy pokonałem szybciej niż poprzednim razem. Pamiętając o ostrym nawrocie wytraciłem prędkość i zredukowałem już wcześniej, przez co tym razem od razu wspinałem się po asfaltowej sztajfie. Dogoniłem i wyprzedziłem tam pana Wacka, który uciekł mi na pierwszym podjeździe pod Wielką Sowę. Dalej przed sobą widziałem jednego gigowicza z Gomoli, którego dogonienie obrałem sobie za cel. Jechał podobnym tempem jak ja, więc wiedziałem, że nie będzie łatwo. Przed ostatni bufet i kolejna dolewka do bidonu i przed ostatni, trzeci żel. 
Powoli zaczęło wychodzić zmęczenie. Już podjazdy nie pokonywałem tak łatwo jak wcześniej. Teraz zaczynała się walka z nogami. Dodatkowo na stromych zjazdach znowu muszę zwalniać przez blokujący ból w palcach. Pora odpowietrzyć te hamulce, zabieram się do tego od Wałbrzycha... 
Końcówka pętli. W oddali zauważam koszulkę Colexu. Pierwsze co myślę - Czerniak miał defekt. Nie tym razem. Podjeżdżam bliżej i widzę też Tomka, ale Pawelca. Myślę, że musiała go strasznie boleć spuchnięta stopa, wyprzedzając dopinguję żeby walczył do mety. Dalej strome płyty. Gomola w zasięgu, jednak na tym podjeździe jeszcze mi do niego trochę brakuje. 
Rozjazd, ostatni żel, ostatni bufet i do mety. Ryzykuję, mam końcówkę wody i napoju izotonicznego w bidonach, na bufecie nie zatrzymuję się, biorę tylko kubeczek wody w dłoń i w pogoń. On też się nie zatrzymał, jechał dalej. Jednak już był bliżej. 
Szybki zjazd, przed nim pojawiło się kilku megowiczów, zwolnił, ja zaryzykowałem, dojechałem i bez hamowania i ominąłem ich na zjeździe. Byłem teraz z przodu z małą przewagą, którą chciałem utrzymać do mety. Nie było jednak tak łatwo. Przed nami wyrosły techniczne sztajfy, które bez próby walczenia równo butowaliśmy. Już na poprzednich podjazdach czułem jak chwytały mnie skurcze. Na jednym podjeździe nawet musiałem zsiąść z roweru i się ponaciągać. Dlatego teraz wolałem nie ryzykować, ciężko byłoby to podjechać na świeżości, a co dopiero mając w nogach 60 km górskiego maratonu. Na podejściach zawodnik Gomoli doganiał mnie. Maszerował szybciej ode mnie. Mi zaczynało już brakować sił. 

Każdy dodatkowy kamień po którym trzeba było się wspiąć był teraz morderczy dla moich nóg. Chwila nieuwagi i skończyło by to się glebą. fot. Elżbieta Cirocka

Na zjazdach jednak miałem wielką przewagę. Przed ostatnim podjazdem odjechałem na tyle, że straciłem rywala z pola widzenia. Teraz byle nadać mocniejsze tempo do mety i spróbować dogonić innych. W oddali pojawiło się wiele osób, jednak nie przypominali oni nikogo z giga. Za to na przedostatnim zjeździe przefrunął obok mnie zawodnik z teamu Bikehead. Razem wjechaliśmy na ostatni podjazd. Wiedziałem że jest szybszy na zjazdach, więc warto będzie przetrzymać podjazd i pojechać z nim do mety. Nogi mi już nie dawały rady, jechałem ostatkiem sił. Dobrze, że był to już ostatni podjazd... Prawie cały jechaliśmy równym, mocnym tempem. Takim, jakim bym chciał jechać pierwszy podjazd, a nie ostatni...
Dopiero na samym końcu zaatakował: 

Nie miałem z czego odpowiedzieć. Byłem już wypompowany. Odpuściłem, dałem mu odjechać. fot. Danuta Postek

Zniknął szybciej niż się pojawił na poprzednim zjeździe. Widać było, że zachował więcej sił ode mnie. Samą siłą woli by mi aż tak nie odjechał. 
Do mety było już teraz z górki. W przenośnym i dosłownym znaczeniu. Zero podjazdów, tylko zjazdy i czasami po płaskim. Pasowało mi to bardzo. Na początkowych zjazdach odpocząłem i mogłem po płaskim ciągnąć. Jeden ostrzejszy, czyli ciekawszy zjazd, który przyniósł mi wiele radości. Przejazd lasem, już w oddali widać zbiornik wodny i słychać miasteczko zawodów, ostatnie zakręty i meta. 

Czas: 4h 25 min, patrząc na przebieg maratonu liczyłem na lepszy, ale jestem bardzo zadowolony, że w końcu przejechałem całość bez kryzysu. Bilans dnia: 4 żele, 3 bidony wody, 1 bidon napoju izotonicznego, 4 kubki wody. Plan żywieniowy wykonany perfekcyjnie, profil trasy na kierownicy pozwolił mi lepiej wygospodarować siły na cały wyścig i zaplanować miejsca na żele.  

Zaraz po wyścigu szybka wizyta w bufecie, pokręcenie w okolicy bufetu i ponowna, tym razem dłuższa wizyta na arbuza. Później kąpiel w jeziorze i na koniec niezapomniane emocje oglądając na żywo z ekipą piękne zwycięstwo Rafała Majki w Tourze. Dzięki Glon że ogarnąłeś Eurosport Playera ;) 
Po wszystkim pierwsza w tym roku, powyścigowa pizza w Łagiewnikach. Bardzo udany wyjazd! 


TREZADO
Opony świetnie się sprawdziły w tych warunkach. Co najważniejsze, gdy mijałem wiele osób z laczkami na trasie, ja nie miałem z ogumieniem najmniejszych problemów. Oba koła zalane mlekiem, oba koła szczelne, kamienie nie były straszne dla opon! Ciśnienie przód ok 1,8 bara, tył 2,0.



  • DST 52.16km
  • Czas 02:46
  • VAVG 18.85km/h
  • VMAX 68.85km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przełęcz Karkonoska / Schronisko Odrodzenie

Niedziela, 13 lipca 2014 · dodano: 14.07.2014 | Komentarze 1

AMŚ Jelenia Góra - niedziela, czyli wyścig ze startu wspólnego XCO. Głupio byłoby taką okazję opuścić, dlatego zostaliśmy z Kowalem dzień dłużej. Ja dodatkowo zostawiłem rower żeby skorzystać z terenów i pojeździć z rana. 
Pobudka 7 rano, dokładnie o 8 wyjechałem w stronę Zbiornika Sosnówka, by dalej udać się w kierunku Przesieki i wjechać na Przełęcz Karkonoską. 
Od początku bajka. Dojazd ulicą Mickiewicza, dobra szosa, zero aut, piękne widoki na masyw górski Karkonoszy, piękna pogoda. Już droga zaczynała wznosić się ku górze, by po chwili znowu zjechać do doliny. Dojechałem do Sosnówki i lekkie zdziwienie - tego wielkiego zbiornika nigdzie nie widać. Trudno, jadę dalej, teraz w kierunku Borowic. Zaczyna się długi podjazd. Na jezdni widoczne są napisy po wyścigach szosowych dopingujące kolarzy. Jest to dla mnie znak, że jestem na dobrej drodze. W paru miejscach zatrzymuje się przy przydrożnych mapach okolicy i szukam drogi do mojego celu. Niestety nie wiele mi to daje, bardziej dokładna jest mapa w telefonie. Trasa wyścigów odbija na Karpacz Górny, ja skręcam na Borowice. Po drodze mijam dużo szlaków rowerowych, które co chwile odbijają w las. Aż chciałoby się je wszystkie przejechać, ale nie mam teraz na to zbyt wiele czasu. Krótki zjazd i rozjazd Przesieka/Borowice. Ja odbijam w lewo ku górze. 
Droga się zwęziła, wycinka drzew w lesie naniosła miejscami sporo brudu na asfalt. Co jakiś czas jezdnią przepływa strumień, a to jakaś większa rzeka szumi w lesie. Przypomina mi się drogę do Morskiego Oka. Bardzo podobny klimat, nawet chyba nachylenie drogi podobne. Z jedną, znacząca różnicą - tutaj zero ludzi, pusto i cicho. Po 4km zauważam przy drodze drewnianą budkę w której można odpocząć, a z drugiej strony asfaltową drogę prowadzącą ostro pod górkę, gdzie kieruje mnie szlak którym jechałem. No nic, takiej sztajfy nie mogę ominąć. Na sam początek wita mnie napis:
 
Tyci - dobrze powiedziane (a raczej: napisane). Robi się ciekawie. Nachylenie bardzo podobne do tych najbardziej stromych podjazdów na Bike Maratonie w Wiśle i Myślenicach. Z tym że, tu jest asfalt, tam w najlepszym wypadku były męczące płyty. Tutaj tylko martwiłem się aby dobrze rozłożyć siły i przełożenia żeby podjechać oraz czasami trzeba było dobrze ominąć dziury w zniszczonym asfalcie. Przełożenie 22 - 32 i mielenie. Na razie spokojnie, tak żeby podjechać i się nie przemęczyć. Najlepsze to, że do końca nie wiem gdzie jestem. Pytam napotkanych po drodze ludzi gdzie droga prowadzi - w odpowiedzi dostaję informację że do "Odrodzenia". Nie wiele mi to mówi, przypominam sobie tylko że wczoraj Kowal coś mi o tym wspominał. A jeśli on coś o tym wspominał, to musi być dobrze. Dalej kolejni ludzie, droga robi się coraz bardziej stroma.
Kolejny napis był z serii motywujących: 

Ja nie wytrwam? 
Dalej parę wyrazów uznania ku pokrzepieniu zmęczonych ciał:
oraz wytłumaczenie braku dalszych napisów:

Szkoda. Taki doping bardzo umilił trudy podjazdu. Chociaż na chwilę można było uciec myślami w inną stronę. 
Teraz pozostało na asfalcie już tylko odliczanie metrów do końca podjazdu. Dwie nieco sprzeczne wersje, jedne poprawiane przez drugie. Mi to nie robi wielkiej różnicy. Jadę swoim tempem, którym mógłbym podjechać jeszcze parę kilometrów. W każdym razie już blisko, na asfalcie powoli widać: 500, ... 300, ... 200m, ... ostatnia metry na stojąco ząbek niżej i już na górze. 
Widoczki na kotlinę jeleniogórską cudne. Przez możliwy dojazd autobusami od strony Czeskiej kręci się tu sporo ludzi. Kawałek wyżej widać schronisko. Podjeżdżam tam i tajemnicze "Odrodzenie" staje się jasne:

Widok ze schroniska na przełęcz:
 
Chwila popasu i ubrania się, zaczęło wiać. Do tego czas zaczyna gonić, o 11:30 start naszych dziewczyn, więc pomału pora zjeżdżać. 

Zjazd stromy i szybki, wręcz karkołomny. Zaczynają się dziury w asfalcie, robi się niebezpiecznie. Hamulce dobrze wykonują swoją robotę, piszczeć zaczynają dopiero na dole. Tam zebrało się teraz sporo ludzi. Patrzą na mnie z niedowierzaniem i pytają, czy pod górkę też wjechałem... 
Tym razem skręciłem na Przesiekę. Droga już dużo lepsza, można było puści klamki. Na zakosach zaczęły pojawiać się pierwsze auta. Im niżej, tym było ich coraz więcej. Przesieka szybko przeleciała, wjechałem do Podgórzyna i zacząłem się zastanawiać, którędy teraz wrócić do Jeleniej. Szybko spojrzałem w telefon, wypatrzyłem jakąś drogę przy jeziorach i po chwili się na nią udałem. Znaleźć ją w terenie nie było trudno, prowadziły tam wszystkie drogowskazy na Jelenią.
Jak stałem przy głównej i rozmyślałem którędy wrócić to wyprzedziła mnie azjatka rozgrzewająca się do wyścigu. Na swojej szosie jechała spokojnie, więc szybko ją dogoniłem, a że nie chciała nawiązać kontaktu to wyprzedziłem i odjechałem. Tak dojechałem do samej Jeleniej (dokładniej Cieplic), skąd podążając za znakami na hotel Mercury dojechałem do naszego ośrodka. 

Trening bardzo udany, było warto zostać. Polskie Alpe d'Huez zdobyte! Po treningu szybki posiłek i na trasę na AMŚ.

Kategoria Szosa, Góry


  • DST 72.23km
  • Czas 03:58
  • VAVG 18.21km/h
  • VMAX 50.29km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • HRmax 191 ( 97%)
  • HRavg 134 ( 68%)
  • Kalorie 1994kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Karpacz i Jelenia Góra MTB Race

Sobota, 12 lipca 2014 · dodano: 14.07.2014 | Komentarze 0

Akademickie Mistrzostwa Świata w Kolarstwie, Jelenia Góra, sobota czyli czasówki XC i towarzyszący wyścig dodatkowy na tej samej trasie. Mój plan na wyjazd był jeden: zrobić dobre, dłuższe treningi na szosie, a w wyścigu wystartować dla poprawy techniki i zdobycia doświadczenia. Z rana zaczęło się od pojechania całą ekipa na trasę, dobrze nam znana trasę z AMPów. Z początku czułem respekt do trasy i na paru głazach za Paulinum schodziłem z roweru i sprawdzałem jak wygląda uskok. Nad pierwszym trudniejszym zjazdem również długo rozmyślałem, ale w tym przypadku znacznie sprawę przyspieszył Libańczyk który za drugim razem zjechał. Jeśli on dał radę, to i ja sobie poradzę, już nie raz tędy zjeżdżałem na sucho. Co prawda podobno teraz dołożyli tam jakieś kamienie żeby nie było tak łatwo, ale mi to nie robiło już dużej różnicy. Zjechałem bez problemu, kawałek niżej koło mi się uślizgnelo i musiałem się wypiąć, dokładnie tam gdzie na AMPach wyłożyłem się zbiegając. Kolejny problem miałem na następnym dojeździe do zjazdu, gdzie za wolno wjechałem w koleiny, co przy większych uskokach skończyło się zablokowaniem przedniego koła i jedyną glebą na trasie. Kolejne zjazdy już bez problemów.

Zaraz po objeździe udałem się z Mateuszem Rybczyńskim na rundę szosową na słynny Orlinek. Z założenia lekko żebym mógł wystartować na wyscigu. Z początku też tak było. Ryba dawał bardzo przyjemne zmiany, za nim faktycznie jechało się lekko, natomiast jak ja miałem prowadzić, do tego droga robiła się coraz bardziej pod górkę to już musiałem wejść na średnie obroty. W samym Karpaczu to już walczyłem żeby utrzymać koło Matuesza. Co prawda lekką rezerwę miałem, ale tempo jak dla mnie było nawet wyścigowe jak na Bike Maratonowym Giga. Przejechaliśmy przez centrum, droga coraz bardziej stroma, myślę sobie że ten Orlinek musi być niezłą sztajfą, jak taka jest do niego dojazdówka. Dojeżdżamy do chyba najwyższego miejsca w Karpaczu, dalej zjazdy więc wracamy. Orlinek specjalnie ominęliśmy i dopiero teraz, po krótkim nawrocie i krótkim zjeździe po dwóch serpentynach wjeżdżamy pod skocznie. Z początku lekko, za Mateuszem, oszczędzając siły na główny podjazd którego się spodziewałem. Tylko spodziewałem, podjechalismy na dużą polanę nad skocznię i droga się wyplaszczyla. To było wszystko z podjazdow na dziś, już zostały nam same zjazdy do Jeleniej. W Karpaczu duży ruch, więc nie można było się puścić, za Karpaczem już nie było tak stromo i dokręcałem na moich zjazdowych przełożeniach. Jak zjechaliśmy na płaski odcinek, doszedł wiatr w twarz to Mateusz mnie zmienił i za nim dojechaliśmy do Jeleniej. Krótki, ale udany trening. Miałem jeszcze dobre 2 godziny do startu który miał być o 15:30.



Z ośrodka wszyscy zaczęli zbierać się o 14:30, ja wyszedłem jakieś 10 min później. Od początku lekkie kręcenie ogarnąć co się dzieje w miasteczku zawodów, później zacząłem rozgrzewkę od podjazdów. Od razu podpadla mi mała ilość rozgrzewajacych się osób oraz wysokie tempo Kowala i Zozola. W miasteczku spytałem się o której start... O 15:00, a byla godz 14:55 i już trwa ustawianie w sektorze.
Start w sektorze, od początku mocne tempo i czołówka U23 mi odjeżdża. Za Pałacem doganiają już mnie pierwsi juniorzy, a na wyjeździe na asfalt dziewczyny. Dalej ścigam się że słabszymi z elity i U23, którzy odjeżdżają mi na kilku zjazdach gdzie mam problem żeby utrzymać się na rowerze przez koleiny, za to ja ich skutecznie gonie na podjazdach.

Zero spiny na wynik, sama zabawa - taka jazda bardzo cieszy. Fot: Maria Lipowiecka 

Drop ominąłem, co nie ucieszyło kibiców, na drugiej rundzie postanowiłem zaszaleć i dałem się namówić na mój pierwszy dłuższy lot, co skończyło się lądowaniem na przednim kole i dobiciem jedynej uszczelnionej opony. Ikon nie wytrzymał, wybuch i powoli schodzi powietrze. Mleko w tym wypadku nie pomogło. Dziurka w ściance bocznej. Tym samym skończył się mój kolejny wyścig XC, dobiegłem jeszcze kawałek rundy do mety, nie wiem zresztą po co, bo i tak dostałem DNF. Oponę za pomocą pompki stacjonarnej udało się uszczelnić, ale był to tylko chwilowy zabieg, dojechałem do ośrodka, wziąłem aparat, wróciłem na górę i tam powietrze znowu całkiem zeszło. 

Ja latam! Czyli jak szybko skończyć wyścig z DNF. Fot: Krystian Jakubek

Po zawodach założyłem dętkę i problem z doszczelnianiem z głowy. Zamiast rozjazdu był wieczorny spacer na dworzec po bilet powrotny do Poznania.

Niestety, dzisiaj Trezado  zawiodło. Mój błąd - ciśnienie miałem nieco za niskie na takie lądowanie na przednim kole, ale samo mleko powinno uszczelnić małą dziurkę w ściance bocznej wzmacnianego Ikona. Po zdjęciu opony wszystko stało się jasne dlaczego nie doszczelniło. Mleko wlane 2 miesiące temu zastygło tworząc grubą warstwę na środku opony, przez co opona nie miała się czym uszczelnić na ściance bocznej. Była tam cienka warstwa, która próbowała coś zdziałać, ale na dobicie było to za mało. Może dla przebicia jakimś kolcem tyle by wystarczyło. 

  • DST 38.32km
  • Czas 02:33
  • VAVG 15.03km/h
  • VMAX 52.10km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • HRmax 165 ( 84%)
  • HRavg 130 ( 66%)
  • Kalorie 1521kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szlakami przez Góry Stołowe, Szczytnik

Czwartek, 16 sierpnia 2012 · dodano: 16.08.2012 | Komentarze 0

RPE: 6 - kondycyjnie ok, ale palce i ogólnie organizm ucierpiał na ostatnich zjazdach.

Przejazd przez Polanicę i przy próbie wyprzedzenia samochodu w centrum, gdy ten nagle i niepodziewanie zajechał mi drogę, Patryk, który jak zawsze jechał parę cm za mną, wjechał mi prosto w koło i nogę... Nie wiem jak to udało mi się zrobić że się nie przewaliłem, dobre kilkanaście sekund walczyłem pewnie w jakiś magiczny sposób podparty rowerem Patryka, aż udało mi się wypiąć i stanąć na twardym gruncie. W wyniku tego mały szlif na lewej łydce, sam nie wiem od czego, i zadrapanie na prawym kolanie od ramy. Rowerowi na szczęście nic się nie stało, tylko łańcuch spadł.

Powracając do trasy i wycieczki:
Krążenie szlakami po górach stołowych tak samo jak ostatniego dnia w zeszłym roku. Czyli różnego rodzaju podjazdy i zjazdy szutrem, po kamieniach, korzeniach, łąkach, lasach i wszędzie gdzie można podłapać trochę techniki. Wczorajsze pętle dużo dały chłopakom bo już zjeżdżali zaraz mną, w szczególności Patryk którego ciągle czułem za plecami na trudnym kamienistym zjeździe, którego w zeszłym roku nie zjechałem. W taki sposób dojechaliśmy do Piekiełka i dalej przez Szczytnik do Zameczku - od dzisiaj mój ulubiony szlak do którego z chęcią będę wracał, żaden inny nie sprawił mi tyle radości co ten. Dosyć wąska ścieżka, mnóstwo kamieni i korzeni, momentami stromy podjazd - a na moim rowerze wspominałem się sprawnie jak kozica, nic mnie nie zatrzymało mimo wielu trudności i zachwiań. Do tego wszystko pokonane z wielkim uśmiechem na twarzy, nic tylko chciało się więcej :).

Po przejechaniu przez drogę z Polanicy do Szczytnej zaczął się długi, szutrowy podjazd jakimś szlakiem rowerowym (zielonym?), na którym nie dawałem Patrykowi jechać mi na kole. Już od samego początku narzuciłem mocniejsze tempo, które o dziwo skubaniec utrzymywał. Wiedziałem że to tylko kwestia czasu aż odpuści, ale chciałem to zrobić jak najwcześniej. Tętno już podchodziło pod 160 uderzeń, gdy po parru minutach odgłos sapania oddalił się, zrzuciłem na przełożenie 2-2 i tak jechałem już spokojnym tempem (tętno ok 145) na górę. Po takim nudnawym podjeździe nastał zjazd szlakiem bodajże czerwonym, który był aż tak ciekawy że momentami przerastał moje siły. Ogólnie to ten szlak wyglądał jak trasa do DH albo odcinek pętli XC w jak najbardziej górskim wydaniu. Stromo w dół, wąsko, mnóstwo zabójczych kamieni. Chwila dekoncentracji, uślizg koła i nie ma szans ratunku przed glebą. Udało nam się z pogodą i było sucho, więc nie najgorzej. Ale po jednym odcinku, na którym rósł ból w palcach od trzymania kierownicy która latała na kamlotach na wszystkie strony, złapał mnie mały kryzys. Do tego złapał mnie jakiś dziwny ból w plecach, jednak chwila odpoczynku na niego wystarczyła. Gorzej z palcami. Kolejny odcinek i już nie dawałem rady, musiałem hamować bo nie utrzymałbym kierownicy. W tym czasie Krzychu tak szalał na przedzie, że miałem problemy aby utrzymać jego tempo do momentu, aż w jednym miejscu przeszarżował, przez co koło zblokowało się na kamlotach i poleciał na lewy bok. Nic się nie stało, pozbierał się i zjeżdżał dalej, ale już chyba nie tak szybko. A mnie palce piekły dalej, w pewnym momencie jechałem na granicy bólu, a jak zacząłem jęczeć to szczęśliwie zobaczyłem koniec tego karkołomnego zjazdu. Puściłem trochę klamki, wyjechałem na szuterek i wyprostowałem wreszcie palce... Nie obyło się bez większego bólu jak to robiłem, ale po chwili przyszła ulga... Schłodzenie w przydrożnym strumyczku już zupełnie powróciło mnie do życia.

Trener pojechał podokręcać, a my rozjazdowym tempem udaliśmy się do Rzemieślnika. Kto by pomyślał że podjazd Fabryczną jest taki stromy! Prawie jak pod 16%, na młynku a i tak było twardo. Jak przejechaliśmy ten najgorszy odcinek to potem było dziwnie płasko...

Dzisiaj wielki plusik dla chłopaków, którzy odblokowali się na zjazdach. Patryk wreszcie zaczął tyłek wywalać za siodełko, jeszcze głowa niżej, ugnie łapy w łokciach i będzie niego zawodnik.

Podsumowując wyjazd: bardzo udany, nabrałem pewności na zjazdach, a podjazdy pokonywałem Instynktownie. Rower jest wprost stworzony do gór, tylko wymienić kółka na jakieś lżejsze, oponki na lepiej trzymające się kamieni i mogę szaleć. Zabrałem ze sobą moją WTB Moto, z której jednak nie skorzystałem. Po suchym RR i SBE radziły sobie bardzo dobrze, niestety na mokrym już nie było tak miło.
Przez 3 dni przejechane ok 250 km, w technice level up!
Już nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu w góry, może czas pomyśleć o jakimś wyścigu :)
Kategoria MTB, Góry


  • DST 42.20km
  • Czas 02:26
  • VAVG 17.34km/h
  • VMAX 76.50km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • HRavg 123 ( 63%)
  • Kalorie 1372kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Piekiełko + Rozjazd za Kłodzko

Środa, 15 sierpnia 2012 · dodano: 15.08.2012 | Komentarze 0

RPE: 6
Na Piekielną Górę przez centrum, Piastowską i szlakiem, 3 pętle + wjazd i zjazd na szczyt, powrót tak samo. Podjazdy w tym roku nie stanowiły dla mnie problemu, a na zjazdach super zabawa :)
Mała wizyta w parku zdrojowym i pijalni wód, Patryk robiący supermana - szkoda że na zjazdach takiej ładnej sylwetki nie potrafi przyjąć.
Do Kłodzka standardowo przez Stary Wielisław, Patryk już nam słabł ale stwierdziłem że jedziemy dalej zrobić pętle. Przez chwile nie wiedziałem gdzie jestem i wtedy zerknęliśmy na mapę, znajdując ciekawy skrót do Starkowa (byliśmy wtedy przed Krosnowicami). Na mapie ta droga była, gorzej ze znalezieniem jej terenie. Skręciliśmy na jakąś w prawo, po chwili błądzenia wyjechaliśmy na piękne widokowo wzgórze, tylko szkoda że już się ściemniało i zimno się robiło. Planowałem wrócić tą drogą którą wyruszyliśmy we wtorek, ćwicząc ułożenie w zakrętach na zjazdach, niestety w Starkowie pomyliłem się i poprowadziłem w prawo na Stary Wielisław, zamiast w lewo na Łomnicę.
Tym samym dojechaliśmy do zjazdu 16%, na którym jako że był w lesie już prawie nic w okularach nie było widać. Dlatego wolałem tam za bardzo nie szaleć, dopiero w dolnej części kiedy została nam wolna prosta do końca spojrzałem na licznik - 70 km/h i stwierdziłem że dokręcamy! Z moimi przełożeniami nawet nie musiałem bardzo szybko pedałować, kadencja była taka że bez problemu nie gubiłem się w tym a rower przyśpieszał. Krzychu cwaniak skorzystał z mniejszych oporów powietrza, do tego skorzystał jeszcze ze mnie i bez pedałowania mnie wyprzedził, osiągając prędkość 78km/h. Moje 76,50 też robi wrażenie, mój dawny rekord pobity o chyba dobre ponad 10 km/h.
Oczywiście Patryk się nie położył i nie skorzystał z tego zjazdu tak jak my, a tak chciał pobić swój rekord prędkości.
Stąd został już tylko kawałek do ośrodka, na wjeździe do Polanicy zastały nas miłe zapachy prosto z piekarni, ostatni podjazd (chyba 5 min) i trener już na nas czekał po swoim dokręcaniu - myślałem że wróci później :)
Kategoria Szosa, MTB, Góry


  • DST 51.97km
  • Czas 02:58
  • VAVG 17.52km/h
  • VMAX 63.55km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • HRmax 189 ( 96%)
  • HRavg 134 ( 68%)
  • Kalorie 1819kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

ZIeleniec

Środa, 15 sierpnia 2012 · dodano: 15.08.2012 | Komentarze 0

RPE: 5
Trening poranny, a właściwie to południowy.
Dojazd do Zieleńca prawie taki sam jak w zeszłym roku - Justyna, dalej wjazd w teren za mostkiem w lewo: szutrowy długi podjazd, z paroma korzeniami i kamieniami, którym dojechaliśmy do drogi nr 389. Tam zamiast od razu skręcić na zjazd do Zieleńca, to my udaliśmy się w prawo, dojeżdżając do szlaku turystycznego odbijającego pod górkę w lewo. Trener już wcześniej nam o tym szlaku opowiadał, ze bez młynka tu się nie podjedzie. Faktycznie tak było, nie dosyć że ścieżka była stroma w górę, to jeszcze bardzo wąska, pełna kamieni i korzeni, a wyżej konieczny był przejazd przez zroszoną trawę po której od razu opony były całe mokre. O ile na dole ruszyłem ambitnie do przodu i pomału się wspinałem popełniając parę błędów, tracąc równowagę i przejeżdżając ten odcinek jeszcze raz, to na górze w paru miejscach mogłem już tylko podprowadzić rower. Gdy próbowałem podjechać to mokre opony nie miały przyczepności i się ślizgały na kamieniach oraz korzeniach, a że nie było ani skrawka przyczepnej ziemi to pozostało mi przejście trudnego kawałku.
Na tym szlaku nauczyłem się podjeżdżać - nie wiedziałem że tak ważne jest pochylenie się na kierownicy i trzymanie równowagi. Jeszcze to potrenowania zostało mi rozłożenie mocy na właśnie odcinkach o małej przyczepności, żeby koła się nie ślizgały a ciągnęły pod górę.
Ze szczytu zjechaliśmy równie ciekawym szlakiem. Znowu wypuścili mnie na przód, a że nie znałem tej wąskiej ścieżki to zjeżdżałem bardzo zachowawczo, ale tak żeby na większych uskokach zjechać z kamieni, a nie wylądować w krzakach.

Po tym niebezpiecznym szlaku zjechaliśmy już szerokim szutrem prosto do Zieleńca, gdzie udaliśmy się na ścieżki na których trener trenowałem u początku swojej kariery - był to długi podjazd bez większych przeszkód, na którym czasami młynek się przydawał. Po wjechaniu na ok połowę wysokości szczytu podjazd stał się trawersem i teraz szukaliśmy jakiegoś zjazdu - wybraliśmy drugi stok narciarski i przodzie poleciałem nim w dół. Było by wszystko w porządku, gdyby nie to że mimo zblokowanego tylnego koła i kontrolowanego hamowania przednim, rower przyspieszał, a przez trawy nic nie było widać. W paru miejscach były niebezpiecznie rynny, jakby się w nie wpadło to wyratować nie było szans. W taki sposób, z tyłkiem za siodełkiem jakoś się sturlałem, dopiero na samym dole puszczając klamki. A szkoda, bo gdyby już na początku się puścić w dół to można by uzyskać ciekawą prędkość. Za mną Krzych podobnie zjechał, miał ten plus że jechał bo sprawdzonej przeze mnie ścieżce, dalej trener i na samym końcu Patryk który miejscami sprowadzał rower.
Po tym karkołomnym zjeździe udaliśmy się szlakami, którymi identycznie wracaliśmy w zeszłym roku. Czyli poczynając od zjazdu, który w tym roku był bardziej przyjazny niż w zeszłym i bez problemów krzycząc na Patryka ,który mnie blokował żeby wyrzuciłem tyłek za siodło, go zjechałem; dalej podjazd pełen kamieni oraz korzeni - nawet nie podjąłem walki, zbyt szybko musiałem skapitulować. Długie szutry na którym w zeszłym roku zaliczyłem moją najpoważniejszą do tej pory glebę, po której ślady mam po dzień dzisiejszy. Oraz szybkie zjazdy po kamieniach, teraz na przedzie w zeszłym roku na tyle miejscami sprowadzając. Ze szlaku wylądowaliśmy na ul.Prusa, skąd został nam skrócony podjazd do Rzemieślnika...
Chwila odpoczynku, na miasto coś przegryźć i na rozjazd! :)
Kategoria Szosa, MTB, Góry


  • DST 114.26km
  • Czas 04:22
  • VAVG 26.17km/h
  • VMAX 66.09km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • HRavg 136 ( 69%)
  • Kalorie 2511kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przygraniczna szosa

Wtorek, 14 sierpnia 2012 · dodano: 14.08.2012 | Komentarze 0

RPE: 8
Pierwszy dzień wyjazdu do Polanicy
Trasa: Polanica - Bystrzyca Kłodzka - Międzygórze - Nowa Wieś - Michałowice - Szklarnia - Międzylesie - Różanka - droga nr 369 kolano wysiadało, mięśnie już też czułem, pod koniec ZIMNOOOOO, dobrze że trener na zjeździe przycisnął i miałem się za kim schować - góra Justyny: zimno więc od dołu ogień żeby się rozgrzać, jakoś przez to kolana przestało boleć i szybko mi się wjechało, na górze musiałem chwile poczekać - Szczytna - znowu zjazd i znowu zimno- Polanica
Wjazd pod Rzemieślnika z dołu: 4:30
Kategoria Góry, Szosa


  • DST 19.80km
  • Czas 01:28
  • VAVG 13.50km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pożegnanie z Polanicą - terenem do Gór Stołowych

Poniedziałek, 11 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 8. Ostatni trening (a raczej wycieczka) na tym zgrupowaniu.

Już z rana zdążyłem się spakować i o tradycyjnie o 11 spotkanie na trening. Tym razem terenem w obydwie strony do Gór Stołowych.
Pogoda była nie najlepsza, wszyscy już widzieli deszcz w powietrzu. Na szczęście skończyło się na lekkim kropieniu.
Trasa była ciekawa, z wieloma technicznymi zjazdami i podjazdami. Do tego jeszcze mokre kamienie i korzenie nie ułatwiały jazdy. Po wjeździe szlakami w terenie na tą samą górę, na którą wspinałem się ze szosowcami 2 dni temu w ramach rozjazdu, był bardzo fajny kamienisty zjazd, na którym po pierwszym uślizgu częściowo sprowadzałem rower. Nie wiem jak to zrobiliśmy, ale wyjechaliśmy przy piekiełku i decyzją grupy zjechaliśmy szlakiem pod sam pensjonat. Już nie tak szybko jak poprzednio, nocne deszcze bardzo utrudniły zjazd.

Co prawda były ciężkie podjazdy, ale po wycieczce nie byłem zbytnio zmęczony, nawet rozważałem czy by nie pojechać gdzieś dalej.
Kategoria Góry


  • DST 23.02km
  • Czas 01:04
  • VAVG 21.58km/h
  • VMAX 41.61km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rozjazd do Kłodzka

Niedziela, 10 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 7. Wieczorny rozjazd po obiedzie

Wyczerpany podjazdami jak padłem po obiedzie, tak obudziłem się przed 18 jak chłopacy wrócili z rozjazdu. Szybko się pozbierałem i sam wybrałem się do Kłodzka.
Wracając, tak na styk na kolację, spotkałem Sylwię która jechała zrobić w tym dniu 3 pętle za Kłodzko.

Wróciłem, jeszcze zdążyłem wziąć prysznic i parę minut spóźniłem się na kolację.
Kategoria Góry