Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2011

Dystans całkowity:1344.22 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:63:40
Średnia prędkość:21.11 km/h
Maksymalna prędkość:69.35 km/h
Liczba aktywności:37
Średnio na aktywność:36.33 km i 1h 43m
Więcej statystyk
  • DST 23.69km
  • Czas 01:19
  • VAVG 17.99km/h
  • VMAX 38.76km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Odpoczynkowy Strzeszynek *2gi łańcuch

Środa, 13 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Zupełnie na luzie, bez wkładania siły w pedałowanie.
Przy okazji regulowałem sobie przerzutki i spotkałem Rafała z treningów.


  • DST 55.41km
  • Czas 02:55
  • VAVG 19.00km/h
  • VMAX 41.23km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Odpoczynek po obozie - Dziewicza góra

Wtorek, 12 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Pogoda idealna do szaleństw, ale ten tydzień musiałem odpoczywać żeby obóz mi coś dał.
Spokojnie przejechałem sobie na miejsce zbiórki, gdzie nie było nikogo z młodych z obozu. W czasie oczekiwania na losowanie 2 koszulek - aktualnej i zaległem z przed tygodnia, zjadłem sobie bananka. Tym razem też mi się nie poszczęściło, a szansa była duża - w losowaniu brało udział z 16 osób.
Pierwsze grupa urwała się już za Maltą, ja natomiast z paniami prowadziłem grupę na samym końcu. Najwyraźniej zapomniałem jak się jeździ na piachach, bo nie raz miałem dzisiaj z tym problem. Niestety, ale żeby wjechać na dziewiczą musiałem użyć trochę siły, czego chciałem uniknąć. Na górze pierwszy raz nie jeździłem pętli, tylko razem z innymi czekaliśmy aż wszyscy się zbiorą do powrotu.
Wracałem razem z ekipą z obozu na samym końcu, uważając żeby się zbytnio nie przemęczyć. Już nad źródełkiem pogadałem chwilę z chłopakami z klubu, których tym razem nie było na obozie, właśnie o zgrupowaniu. Wracając do domu doszło do wypadku, w którym ucierpiała Sylwia. Osobiście tego nie widziałem, ale podobno jechała ona spokojnym tempem obok trenera, gdy nagle jakaś kobieta na górnym piętrze nad maltą (gdzie jest zakaz ruchu dla pieszych) wymyśliła sobie przejść parę metrów tyłem wzdłuż alejki. Gdy Sylwia to zobaczyła, było już za późno. Wjechała w tą kobietę i sama poleciała na trenera. Skończyło się tak, że biedna Sylwia rozcięła pachwinę (prawdopodobnie o jakąś część - stawiam na korbę w rowerze trenera), trenerowi nic się nie stało, a kobieta była oburzona jak tak można jeździć. Jak ja przyjechałem na miejsce to wszyscy z treningu stali dookoła krwawiącej na trawie Sylwii. Rafał (z treningu) zadzwonił po karetkę i pojechał naprowadzić ją na nas. Pogotowie przyjechało dopiero po ok 15 min, co gdyby doszło do rozcięcia tętnicy mogło by być za późno. Zabrali biedną Sylwię do szpitala, a trener zajął się jej rowerem (jechał na swoim prowadząc Cube'a). Kawałek pojechałem z panią Kingą i wróciłem sobie w ciemnościach przez Sołacz. W domu przez to wydarzenie byłem przed 22.
Kategoria Treningi grupowe


  • DST 19.80km
  • Czas 01:28
  • VAVG 13.50km/h
  • VMAX 50.40km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pożegnanie z Polanicą - terenem do Gór Stołowych

Poniedziałek, 11 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 8. Ostatni trening (a raczej wycieczka) na tym zgrupowaniu.

Już z rana zdążyłem się spakować i o tradycyjnie o 11 spotkanie na trening. Tym razem terenem w obydwie strony do Gór Stołowych.
Pogoda była nie najlepsza, wszyscy już widzieli deszcz w powietrzu. Na szczęście skończyło się na lekkim kropieniu.
Trasa była ciekawa, z wieloma technicznymi zjazdami i podjazdami. Do tego jeszcze mokre kamienie i korzenie nie ułatwiały jazdy. Po wjeździe szlakami w terenie na tą samą górę, na którą wspinałem się ze szosowcami 2 dni temu w ramach rozjazdu, był bardzo fajny kamienisty zjazd, na którym po pierwszym uślizgu częściowo sprowadzałem rower. Nie wiem jak to zrobiliśmy, ale wyjechaliśmy przy piekiełku i decyzją grupy zjechaliśmy szlakiem pod sam pensjonat. Już nie tak szybko jak poprzednio, nocne deszcze bardzo utrudniły zjazd.

Co prawda były ciężkie podjazdy, ale po wycieczce nie byłem zbytnio zmęczony, nawet rozważałem czy by nie pojechać gdzieś dalej.
Kategoria Góry


  • DST 23.02km
  • Czas 01:04
  • VAVG 21.58km/h
  • VMAX 41.61km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rozjazd do Kłodzka

Niedziela, 10 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 7. Wieczorny rozjazd po obiedzie

Wyczerpany podjazdami jak padłem po obiedzie, tak obudziłem się przed 18 jak chłopacy wrócili z rozjazdu. Szybko się pozbierałem i sam wybrałem się do Kłodzka.
Wracając, tak na styk na kolację, spotkałem Sylwię która jechała zrobić w tym dniu 3 pętle za Kłodzko.

Wróciłem, jeszcze zdążyłem wziąć prysznic i parę minut spóźniłem się na kolację.
Kategoria Góry


  • DST 82.00km
  • Czas 03:17
  • VAVG 24.97km/h
  • VMAX 53.52km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Podjazdy 16% - vol 2

Niedziela, 10 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 7. Główny trening po śniadaniu

Już wcześniej zaplanowałem sobie odwiedzić jeszcze raz nasze rundki i teraz przydarzyła się do tego dobra okazja. Dobrze że wczoraj przejechałem się w terenie, bo dzisiaj po nocnej burzy ciężko było by tam ujechać.
Pogoda jak zawsze była piękna, słońce i prawie bezchmurne niebo. Specjalne sobie podwinąłem nogawki i rękawki, żeby później nie jeździć z bladymi paskami.

Pierwszą 16nastkę zaatakowałem mocno, ale bardziej rozważnie niż we wtorek.
Trochę nie pewnie jechałem na zjazdach, bo nie miałem nikogo przed sobą i nie wiedziałem czy jakiś samochód nie nadjeżdża znad przeciwka. Szosa prawie w całej długości za szeroka nie było, więc zbyt bezpiecznie nie było.
Jeszcze do tego pogubiłem się w jednym miejscu, zamiast skręcić na Starą Łomnicę, to pojechałem do Gorzanowa gdzie wjechałem na betonowe płyty którymi jeździmy na dłuższej pętli rozjazdowej. Już nie kombinowałem i przejechałem się do końca pętli, przez Starą Łomnicę gdzie powinien wjechać do Polanicy Zdrój.
W czasie kiedy ja jeździłem, to w każdym miejscowym kościółku odbywała się msza św. Z tego względu co chwile mijały mnie grupy samochodów.
Na drugiej pętli zjadłem sobie bananka, a na początku czwartej przed podjazdem Corna. Powrót na czwartej rundce to była moja męczarnia. Już jechałem na resztkach wody i sił. W pewnym momencie już tak mi brakowało tego pierwszego, że zostawiłem sobie rezerwę którą obiecałem wybić sobie jak dojadę do Polanicy. W ten sposób cierpiałem przez jakieś 5 km, co chwilę szukając tej zielonej tablicy z napisem Polanica Zdrój. Pierwszy raz mi się ten odcinek tak bardzo dłużył, ale wreszcie do tego dojechałem i mogłem się wreszcie napić. Teraz tylko zjazd do centrum i już byłem w domciu.

Po tym treningu byłem wykończony. Do tego wychodząc z pokoju zamknąłem balkon i chłopacy z pokoju nie mieli jak wejść. Ponoć poczekali sobie na mnie 30 min.
Spóźniony na obiad o jakieś 15 min (przed ostatnim okrążeniem liczyłem że spóźnię się ok 30 min), zamiast usiąść do stołu to musiałem jeszcze przelecieć się z kluczem na 3 piętro...
Kategoria Góry


  • DST 27.12km
  • Czas 01:15
  • VAVG 21.70km/h
  • VMAX 68.10km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rozjazd ze szosowcami - Góry Stołowe

Sobota, 9 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 6. Rozjazd po obiedzie

Razem z Michałem i Krzychem pojechaliśmy szosą rozjazd w stronę do Wambierzyc.
Po drodze zauważyliśmy oznaczenia trasy jakiegoś wyścigu szosowego, którym pojechaliśmy kawałek w stronę Karłowa. Ten kawałek to 6 km podjazdu o średnim nachyleniu 9% - 582m podjazdu, idealnie na rozjazd. Na górze kiedy zaczął się robić coraz gorszy asfalt zdecydowaliśmy zawrócić i elegancko zjechać sobie w dół. Z początku trzymałem się koła Michała, ale przez dużo dziur w drodze wolałem się trochę oddalić i później już go nie dogoniłem. Wróciliśmy na główną drogę i pojechaliśmy do Wambierzyc, gdzie nagle i niespodziewanie zawróciliśmy do Polanicy.
Kategoria Góry


  • DST 17.89km
  • Czas 01:23
  • VAVG 12.93km/h
  • VMAX 37.05km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rundki XC - Piekelna Góra vol 2

Sobota, 9 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 6 - weekend zawodów. Trening po śniadaniu.

Przez weekend każdy trenuje według własnej woli, to ja korzystając że nie padało w nocy wybrałem się powtórzyć wczorajsze rundki. Pod Piekiełko dojechałem niebieskim szlakiem, tak jak wczoraj zjeżdżaliśmy. Wczorajsze rozjazdy wpłynęły chyba niezbyt dobrze na moją formę i też przez pogodę bardzo szybko się męczyłem.
Nie czekając od razu wziąłem się za rundki, za pierwszym razem zjeżdżając polem, później już szlifowałem technikę na kamieniach. Na podjazdach starałem się kręcić mocniej niż wczoraj, ale tak żeby dojechać do końca. Na drugiej rundce zjeżdżając wyminąłem się z Patrykiem, który kamieniami podjeżdżał do altanki. Spoko że przed zawodami miał sobie zrobić krótki rozjazd.
Łącznie przejechałem 5 albo 6 rundek, już sam dokładnie nie pamiętam ile. Na głównych szlakach było dużo ludzi, którzy podziwiali moją męczarnie.
Już widać postęp w mojej technice podjazdu - wyczaiłem że im szybciej się podjeżdża tym łatwiej jest pokonać przeszkody. Z tą wiedzą bez problemu podjeżdżałem pod samo zawalone drzewo.
Zaplanowałem sobie wrócić niebieskim szlakiem naokoło Polanicy. Jednak ten niebieski gdzieś mi zniknął w lesie i po chwili szukania znaczka postanowiłem pojechać takim pełnym głazów wąwozem prowadzącym ostro w dół oznaczonym jako zielony szlak pieszy. Ostatecznie żeby sobie niczego już nie zrobić większość tego wąwozu sprowadzałem rower, ale jak przydarzyła się dobra sytuacja do zjeżdżałem. Ten zielony szlak doprowadził mnie do żółtego szlaku, który również rozważałem jako drogę powrotną. Miejscami przez ten szlak przepływał jakiś strumyk i było dosyć mokro, ale ogólnie to miło się jechało. Dojechałem nim do głównej drogi ze Szczytnej, którą bez kombinowania wróciłem już do pensjonatu.

Trochę bardziej jestem wymęczony niż wczoraj, ale to pewnie zasługa temperatury i słońca.
Kategoria Góry


  • DST 58.06km
  • Czas 02:25
  • VAVG 24.02km/h
  • VMAX 49.45km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rozjazd gdzieś za Kłodzko i rozjazd rozjazdu do Kłodzka

Piątek, 8 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 5. Rozjazd (trening) po obiedzie

Z Rafałem, Sylwią i Michałem. Wyjeżdżając z centrum minęliśmy się z panem Janem i Tomkiem którzy wracali ze sklepu z nową przerzutką. Przejechaliśmy pętlę za Kłodzko, co chwile zmęczony Michał musiał mnie spowalniać. Już w pensjonacie stwierdziłem że mi mało i pojechałem sobie jeszcze do Kłodzka. Z wiatrem jechało się świetnie - średnio 35 km/h, natomiast pod wiatr już nie było tak miło - 20 km/h. Jeszcze dogonił mnie jakiś starszy szosowiec z Kłodzka i chwilę sobie pogadaliśmy. Po powrocie zdążyłem jeszcze wziąć prysznic i od razu skoczyłem na kolację. Już niestety przy naszym stole zabrakło Swatów, którzy pojechali gdzieś dalej trenować.
Kategoria Góry


  • DST 18.20km
  • Czas 01:14
  • VAVG 14.76km/h
  • VMAX 41.61km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rundki XC - Piekelna Góra

Piątek, 8 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 5. Główny trening po śniadaniu

Tym razem pogoda już nie była taka piękna jak poprzednie dni, zrobiło się chłodniej i deszcz wisiał w powietrzu.
Do Piekiełka dojechaliśmy szosą przez Szczytną. Na początku pętli był kamienisty podjazd z jednym nawrotem do miejsca z altanką, dalej kamienno-korzenny podjazd z zawalonym drzewem pod chyba Piekielną Górę.
Oczywiście za pierwszym razem nie udało mi się całego podjechać, już ładny kawałek przed pniem skapitulowałem. Dalej podjechałem sobie zobaczyć drogę na samą górę, po czym wróciłem żeby wziąć rozpęd. Wtedy dojechał do mnie pan Jan i sprostował mnie, że nie wjeżdżamy na samą górę, tylko przed najostrzejszym podjazdem skręcamy na ścieżkę z prawej strony. Tam czekał niebezpieczny zjazd pełen głazów, który pan Jan pokazał mi jak łatwo objechać. Następnie szybki zjazd po korzeniach i kamieniach to niebieskiego szlaku, który prowadzi do altanki. Tutaj trochę poczekałem na pana Jasia, bo niezbyt pamiętałem którą drogą mam dalej jechać. A do wyboru miałem 2 - asfalt którym zjeżdżaliśmy w poniedziałek i kamienisty zjazd. Oczywiście żeby nie było za łatwo to pętlę kończył ten drugi - kamienisty zjazd. Widząc że pan Jan nie ma za dużych problemów z kamieniami to pojechałem zaraz za nim. Momentami było groźnie, ale wystarczyło tylko ominąć luźne kamienie i puszczać hamulce na tych niebezpiecznie ułożonych i się jakoś zjechało.
Pogoda do takiej jazdy była moim zdaniem idealna - lekki deszczyk świetnie chłodził ciało, przez co nie męczyłem się jak w pełnym słońcu.
Kolejną pętlę od początku pokonywałem nieco wolniej, żeby oszczędzić siły na następne. Na podjeździe wypiął mi się but, przez co musiałem się zatrzymać o podprowadzić rower. Tym razem ostatni kamienisty zjazd ominąłem sobie ścieżką na polu, gdzie Tomek z jego tatą próbowali zrobić coś z rowerem. Okazało się, że na kamieniach wyrwała mu się tylnia przerzutka i musiał już skończyć dzisiejszy trening.
Trzecią pętlę udało mi się podjechać, ale na raty. W mniej więcej połowie chyba zabrakło mi sił i musiałem na chwilę stanąć. Jak już jakoś udało mi się ruszyć to bez problemu podjechałem do samego drzewa. Dalej już zjeżdżałem z większą prędkością, po poznaniu trasy już wiedziałem gdzie czai się coś niebezpiecznego.
Na początku czwartej pętli wziąłem się za wyregulowanie przerzutki, ponieważ coś mi tam przeskakiwało. Gdy wjeżdżałem na ostatni podjazd to wszyscy już chyba na mnie czekali. Postarałem się jechać na maxa, ale i tak nie udało się całego podjechać. Zjazd też bardzo szybko pokonałem i za chwilę już byłem z całą grupą.
Teraz tylko bardzo szybko zjazd żółtym szlakiem - chłopacy z przodu się ścigali i osiągali prędkości pow 50 km/h, a ja spokojnie w pewnych miejscach skromne 40 km/h. Jeszcze Piastowską w dół i byliśmy przy pensjonacie.

Po treningu w ogóle nie byłem zmęczony, planowałem przejechać min 5 pętelek, ale nie chciałem spowalniać grupy. Same pętle okazały się łatwiejsze i fajniejsze niż je opisywano. Tak bardzo się ich bałem, a pokonywanie ich sprawiło mi dużą radochę. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja tam sobie pojeździć...
Kategoria Góry


  • DST 45.30km
  • Czas 02:37
  • VAVG 17.31km/h
  • VMAX 58.71km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zieleniec

Czwartek, 7 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 4. Główny trening po śniadaniu

Tego dnia nie obyło się bez problemu. Zarówno trener, jaki pan Jan pojechali wcześniej z dziewczynami, tym samym pozostawiając nas samych. Wiedzieliśmy tylko, że mamy wjechać na Justynkę, dalej to ktoś z nas miał znać drogę.
Co ciekawe, wczoraj jak przymierzałem nowe spodenki od trenera to miały dużo za luźne nogawki, a dzisiaj po wczorajszych 115km w tajemniczy sposób pasowały.

Tempo od początku już bardzo różniło się od tego z przed paru dni. Wszyscy wymęczeni, jechaliśmy byle tylko wjechać i się nie zmęczyć. Ja do podjazdu byłem w dobrej kondycji, pewnie głównie przez rozjazdy. Nogi nie bolały, tylko już na samym podjeździe wychodziło ze mnie zmęczenie.
Licząc że dogonimy ich na podjeździe pod górę wdrapywaliśmy się metr po metrze. Gdy zdobyliśmy szczyt, jedno okazało się jasne: nikogo tu nie ma kto wiedziałby, gdzie jechać dalej. Nie byłby to duży problem, gdyby nie to, że ciężko było tu złapać zasięg. A gdy już komuś się to udało zrobić, to dodzwonić się do kogoś z pierwszej grupy nie szło - tym razem oni nie mieli zasięgu. Po długich konsultacjach zdecydowaliśmy zjechać na dół w celu poszukania lepszego zasięgu. Nic z tego, na dole już nikt nie mógł złapać. Tutaj znowu stworzyła się dyskusja co zrobić dalej. Ktoś tam chciał jechać jakimś żółtym szlakiem nie wiadomo gdzie, a ktoś inny chciał dojechać do zieleńca szosą. W końcu Konrad, który był za nas odpowiedzialny się wkurzył, i wrócił na górę szukać znowu zasięgu. Z nim pojechał Patryk, a nam się nie chciało męczyć i czekaliśmy na nich na dole.
Po jakiś 10 min czekania postanowiliśmy już pojechać na górę do nich, żeby się nie pogubić. Gdy pokonaliśmy parę metrów, Konrad z Patrykiem przelecieli obok nas jak błyskawice. Coś tam do nas krzyczeli, ale tego już nie dosłyszałem. Polecieliśmy za nimi.
Do Zieleńca dojechaliśmy jakąś leśną drogą ciągle w górę i dalej główną, nową a do tego pustą drogą tym razem w dół. Już w samym miasteczku przy sklepie wreszcie spotkaliśmy się z resztą grupy. Posililiśmy się obowiązkowo lodami, do tego jeszcze zjadłem KitKata i uzupełniłem zapasy wody.
Z samego Zieleńca przez jego wysokie położenie rozciąga się piękny widok na okolicę. Niestety długo nie było mi dane podziwiać krajobrazu i szybko wyruszyliśmy w drogę powrotną.
Najpierw szosą to wyciągu, potem jakąś ścieżką w dół. Na najostrzejszym zjeździe zabrakło mi odwagi i razem z dziewczynami sprowadzałem rower. Najbardziej przestraszyłem się drzew na dole, gdyby nie to to bym puścił klamki i leciał w dół nie martwiąc się o prędkość. Dalej jechaliśmy szlakiem pieszym. W tym był bardzo fajny stromy podjazd prawie cały w korzeniach. Kawałek podjechałem, ale na najbardziej ostry odcinek nie miałem już sił.
Znowu pojawił się problem; trener miał pojechać razem z dziewczynami na około, a nas pilnować miał pan Jan. Sprawa się nieco skomplikowała i trochę sobie postaliśmy za podjazdem. W międzyczasie chłopacy sobie zjechali po korzeniach i jeszcze raz męczyli się z podjechaniem. Okazało się, że na dole nikogo nie ma i mamy chyba dalej jechać sami, ale na szczęście właśnie przyjechał z drugiej strony trener. Poprowadził nas dalej, ciągle jakimiś leśnymi szlakami.
Po serii lekkich zjazdów na przemian z lekkimi podjazdami już tak chciało mi się pić, że gdy zobaczyłem płaski szuter od razu sięgnąłem po bidon. Był to mój duży błąd. Ten płaski szuter okazał się być zabójczy. Dokładniej to zabójcza była jedna nie duża dziura, którą przyuważyłem wynurzającą się z pod koła jadącego kogoś przede mną. Specjalnie zostawiłem sobie odstęp i nie jechałem na kole, ale jak się okazało to nic nie dało. Z bidonem w prawej ręce wjechałem w tą dziurę, będąc pewny że mimo wszystko uda mi się normalnie przejechać. Niestety, tym razem się nie udało. Jak przednie koło wleciało w dziurę, ręka go nie utrzymało i chyba wykręciło mi je o 90 stopni. Dalej już mogło tylko jedno się stać: przelecieć przez kierownice jadąc 25 km/h na szutrze to nie jest nic przyjemnego. Jakoś tak poleciałem, że nogi wylądowały mi w rowie, a prawą stronę ciała miałem nieźle poprzecieraną. Łokieć cały we krwi, do tego mocno obity bark i biodro. Po chwili miłego kontaktu z glebą jednak musiałem wstać. Trochę pojęczałem, zabrałem komórkę z ziemi, która podczas lotu musiała wypaść mi z ziemi, już nawet nie sprawdzałem czy rower cały, tylko wsiadłem i z grymasem na twarzy pojechałem. Trener tylko spytał czy jestem cały, czy nie mam wybitego barku i czy mogę jechać dalej.
Szkoda, że zdarzyło się to w taki głupi sposób. Teraz czekały mnie na prawdę fajne, techniczne zjazdy. Tymczasem po tym zdarzeniu nogi mi się tak trzęsły, że nie raz musiałem schodził z roweru i biec goniąc trenera. Ostatecznie tymi szlakami dojechaliśmy do samej Polanicy.

Prawa noga trochę poharatana, jednak tu bez większych obtarć. W prawym biodrze ładnie musiał mi się wbić kamyszek, mimo szelek i koszulki zostawił niezłą dziurę w ciele, do tego obtarcie skóry na długości ok 8cm. Prawy bark również obtarty. Najbardziej ucierpiał prawy łokieć - dosyć głęboka rana, z której przez prawie tydzień wypływała ropa.
Jednak tym się nie przejmowałem, najbardziej szkoda mi było stroju, który również ucierpiał. Pierwszy raz użyte spodenki - prawa strona trochę we krwi, z jedną mała dziurką. Koszulka założona drugi dzień - 2 dziury, jedna na barku, druga na plecach.
Tak poobijany już nie miałem zbytnio ochoty jechać rozjazdu, którego i tak nie było w planach.
Kategoria Góry