Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
  • DST 100.70km
  • Czas 03:57
  • VAVG 25.49km/h
  • VMAX 55.60km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • HRavg 157 ( 80%)
  • Kalorie 2981kcal
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

Maraton Suchy Las

Niedziela, 12 sierpnia 2012 · dodano: 13.08.2012 | Komentarze 0

RPE: 9

Długo zwlekałem z relacją, szkoda mi było czasu do opisu mojej porażki.
Ale wszystko po kolei:
Ze spokojem wstałem sobie o 9, zjadłem śniadanie i o 10 z przyklejonym plastrem na nosie rowerem na wyścig. O 10:30 byłem już na miejscu, jeszcze nie dojechałem do biura a już spotkałem Tomczera i Krzycha z którymi wybrałem się poznać końcówkę trasy. Tomek gdzieś przepadł, to tylko z Krzychem objechaliśmy górę Moraską i zapoznawczo zjechaliśmy najciekawszym zjazdem. Bez szaleństw, potem podjazd i byliśmy na mecie. Od razu udałem się na start, gdzie już większość osób stała w sektorze. Szybko zostawiłem Krzychowi parę niepotrzebnych dupereli, znajomy z treningów pozbył się za mnie skórki od banana i już stałem w sektorze. Miejsce nie było najlepsze, w samym końcu pierwszego sektora, ale na rundzie honorowej ze spokojem będzie można przebić się na sam przód. Na ok 5 min przed startem odkleił mi się plaster, co spowodowało chwilowe problemy z oddychaniem. Miałem wrażenie jakbym miał nos zatkany i nie mógł oddychać pełną piersią, ale po chwili się do tego normalnego stanu przyzwyczaiłem. Był mały stres, a może nie tyle stres co podniecenie, że wreszcie nastąpił ten najważniejszy wyścig do którego się tyle przygotowywałem. Wraz ze startem ten stan zniknął i skupiłem się na jeździe.

Na rundzie honorowej nie udało mi się przebić za bardzo do przodu, też dlatego że liczyłem na utworzenie jednej większej grupy na asfalcie. Niestety, przeprawy przez błoto na poligonie poszatkowały peleton i na szosie utworzyły się 3 większe grupy - czołówka, grupa goniąca z Jarkiem i Arturem oraz moja pościgowa.
Dogonienie grupy Jarka to była tylko kwestia czasu, co udało się już przed Biedruskiem. Jako że ja głównie ciągnąłem to pozwoliłem sobie na moment odpocząć na samym końcu grupki. Po chwili dojechał do mnie Artur i mogłem podziwiać jak się chłopak męczył. Ostateczny cios wyprowadziłem na rondzie, które grupa jechała krótszą, prawą stroną, a ja mocno wyrwałem lewą stroną uciekając wszystkim. Jarek to zauważył i podciągnął do mnie, dokładniej na zjeździe już parę osób było za mną. W NSR wjechałem jako pierwszy lub drugi, mogąc bez nerwów omijać błoto. Po chwili już oderwaliśmy się z Jarkiem całej grupie.
Wielkie było nasze zdziwienie, gdy trasa maratonu opuszczała szlak w nieznane nam ścieżki, omijając bardzo ciekawy odcinek. Na tym nieznanym na szczęście nic nas negatywnie nie zaskoczyło i mogliśmy kontynuować naszą pogoń za czołówką. W międzyczasie wyprzedził nas pan Jurek Kaźmierczak, oraz porobił mnie jak chciał Kuba Najs, gdy ja mogłem tylko bezsilnie patrzeć jak on mi odjeżdża.
Razem z Jarkiem goniliśmy, goniliśmy i goniliśmy, aż dojechaliśmy do dobrze znanego mi skrótu omijającego piach.
Jeszcze krzyczałem do Jarka żeby jechał lewą stroną, ale on słusznie uparcie jechał środkiem. Aż tu nagle trasa skręciła w prawo w osiedle, a mnie teraz czekała przeprawa przez piach. Do tego musiałem mocniej dohamować żeby w ogóle wyrobić. Tym samym Jarek mi odjechał, a mi po przeprawie przez piach brakowało teraz sił żeby dogonić go i skorzystać z jego koła...
To był moment w którym przegrałem wyśćig.
Dalej już tylko rozpaczliwie namawiałem innych w grupie do pomocy przy szalonej gonitwie, niestety bez większego rezultatu. Wspomniana grupka dogoniła mnie bardzo szybko, już przy powrocie na szlak siedzieli mi wszyscy na kole. Ja wtedy mogłem tylko patrzeć jak Jarek dojeżdża do grupki, w której co chwile migał mi kask Czerniaka. Momentami nawet zbliżaliśmy się do nich, ale po chwili znowu nam odjeżdżali. Ostatecznie kontakt straciliśmy na Naramowickiej, ale ja nadziei nie straciłem do końca wyścigu. Bardzo pomocny okazał się Jarek Binek z którym to właściwie napędzaliśmy grupę, również do poligonu parę innych osób dawało jeszcze zmiany. Pierwszy raz mój kluczowy podjazd zaatakowałem według planu sprawdzając kondycję kompanów. Okazała się nawet nie zła, na dole zjazdu tracili do mnie tylko kilkanaście metrów, a już na mecie byli wszyscy na kole.
Na poligonie zachęcałem wszystkich do współpracy, wykrzykując że damy radę ich dogonić. Po drodze znowu widziałem pecha Czerniaka, który na poboczu męczył się z kołem, tym samym tracąc szansę na wygraną. Drugim razem na NSR dogoniliśmy jednego kolarza, który dał bardzo długą zmianę. Kiedy chciałem go zmienić, to wydawało mi się że specjalnie przyśpieszał żebym tylko nie wjechał przed niego. Dlatego pozwoliłem mu długo prowadzić.
Dopiero kiedy spojrzał na mnie to spytałem się czy już chce zmiany i go ładnie zmieniłem.
Na Naramowickiej wpadł żel, którego dużą część wylałem na nogę. Przy kampusie wpadłem na pomysł ucieczki z Jarkiem, ponieważ już nikt nam nie dawał zmiany, zachęcanie do tego już nie dawało efektów i we dwóch się męczyliśmy. Pierwsze próby odjazdu już próbowaliśmy za kampusem, ale za każdym razem komuś brakowało sił. Dobra okazja była przy uskoku do wjazdu w las, ale wtedy nagle w grupie znalazły się siły do dogonienia nas. Na Hubach Moraskich dalej się umawialiśmy i coś kombinowaliśmy, ale już Jarek nie był wstanie utrzymać mi koła.
Ostateczny atak miał nastąpić na asfaltowym podjeździe na Morasku.
Z początku Jarek jechał na przedzie, ale czując oddech z mojej lewej strony postanowiłem dokręcić tempo na tyle by się nie męczyć i nikt inny mnie nie wyprzedził. Udało mi się to doskonale. Jechałem na przedzie i kontrolowałem odległość kół kolarzy jadących z moich obydwu stron. Zaatakowałem według planu, po małym wypłaszczeniu, już wstępnie rozpędzony, wrzuciłem na blat, stanąłem na pedałach i ile sił w nogach ruszyłem pod górę. Zakręt w lewo wziąłem maksymalnie od wewnętrznej, w zjazd wjechałem z dużą przewagą, ale nie taką jak za pierwszym razem. Zjazd ryzykowałem, nie po to ćwiczyłem go tyle razy żeby teraz się tam bawić. Rozpędzony na niego wleciałem, górę pewnie przejeżdżając, hamując tylko na dole przed koleinami. Na zakręcie jednak nie miałem takiej dużej przewagi, na początku podjazdu może było kilka metrów. Do połowy podjazdu trzymałem przewagę, gdy zaczął się do mnie zbliżać pan Janusz Przybysz. Dogonił mnie na około 2/3 długości podjazdu, myślałem że skoro tak mocno jechał to będzie próbował mnie wyprzedzać, ale szybko mnie poinformował że o swoje miejsce mogę być spokojny. Jakoś mu nie ufałem i dalej cisnąłem do mety co sił, walcząc też o cenne sekundy. Jednak tak jak mnie zapewniał tak też się stało, do końca już jechał mi tylko na kole nie wyrywając do przodu. Na mecie czułem że w takich okolicznościach dałem z siebie wszystko, jednak nie byłem totalnie wykończony na co się nastawiałem.
Okazało się, że straciłem 40 sek do podium (Najsa) oraz kilka minut do zwycięscy Szymona Bereźnickiego. Gdybym tylko dogonił wtedy z Jarkiem czołówkę to miałbym ich wszystkich obok siebie i była by ciekawa walka, a tak to mogłem tylko dać z siebie wszystko goniąc ich.
Nie tak miało być, forma jest, więc za tydzień w Wałczu będę miał coś chłopakom do pokazania, byle tylko nie zajechać się w Polanicy ;)
Kategoria Wyścig



Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!