Info
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.
W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!
2015:
2014:
2013:
2012:
2011:
2010:
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2015, Grudzień12 - 0
- 2015, Listopad11 - 0
- 2015, Październik9 - 0
- 2015, Wrzesień21 - 0
- 2015, Sierpień21 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec12 - 0
- 2015, Maj16 - 0
- 2015, Kwiecień24 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty18 - 0
- 2015, Styczeń20 - 0
- 2014, Grudzień8 - 1
- 2014, Listopad9 - 0
- 2014, Październik11 - 0
- 2014, Wrzesień19 - 0
- 2014, Sierpień35 - 0
- 2014, Lipiec27 - 1
- 2014, Czerwiec18 - 0
- 2014, Maj20 - 0
- 2014, Kwiecień21 - 0
- 2014, Marzec24 - 0
- 2014, Luty23 - 0
- 2014, Styczeń8 - 0
- 2013, Grudzień6 - 0
- 2013, Październik6 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień16 - 0
- 2013, Lipiec9 - 0
- 2013, Czerwiec15 - 0
- 2013, Maj17 - 0
- 2013, Kwiecień17 - 0
- 2013, Marzec5 - 0
- 2013, Styczeń3 - 0
- 2012, Grudzień7 - 0
- 2012, Listopad11 - 0
- 2012, Październik12 - 0
- 2012, Wrzesień22 - 0
- 2012, Sierpień33 - 0
- 2012, Lipiec32 - 0
- 2012, Czerwiec32 - 0
- 2012, Maj45 - 0
- 2012, Kwiecień28 - 0
- 2012, Marzec18 - 0
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń1 - 0
- 2011, Grudzień3 - 0
- 2011, Listopad11 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień25 - 0
- 2011, Sierpień27 - 0
- 2011, Lipiec37 - 0
- 2011, Czerwiec29 - 0
- 2011, Maj23 - 0
- 2011, Kwiecień27 - 0
- 2011, Marzec5 - 0
- 2011, Styczeń2 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik7 - 0
- 2010, Wrzesień15 - 0
- 2010, Sierpień19 - 0
- 2010, Lipiec28 - 0
- 2010, Czerwiec18 - 0
- 2010, Maj4 - 0
Wpisy archiwalne w kategorii
Treningi grupowe
| Dystans całkowity: | 5575.53 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 246:29 |
| Średnia prędkość: | 22.62 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 64.80 km/h |
| Suma podjazdów: | 358 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 191 (97 %) |
| Maks. tętno średnie: | 148 (72 %) |
| Suma kalorii: | 23416 kcal |
| Liczba aktywności: | 81 |
| Średnio na aktywność: | 68.83 km i 3h 02m |
| Więcej statystyk | |
- DST 69.58km
- Czas 03:03
- VAVG 22.81km/h
- VMAX 47.67km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza góra vol.6
Wtorek, 19 lipca 2011 · dodano: 19.07.2011 | Komentarze 0
Tym razem już nie odpoczynkowo - wreszcie mogłem sobie poszaleć.Dojeżdżając do Malty na kole usiadł mi koleś z kitką, z którym mocnym tempem dojechaliśmy na Polanę Harcerza. Po drodze jeszcze minęliśmy Zozulińskich bez Tomka z jakimś znajomym i dwójkę policjantów na rowerach, obok których przelecieliśmy 35 km/h. Na treningu wreszcie pojawił się Tomek, przyprowadzając swego kumpla Patryka którego poznałem już wcześniej. Zjadłem sobie batona, koszulkę wygrał znajomy klubu który nieźle poturbował się na ostatnim maratonie (parę szwów na kolanie, ładnie schowanymi za opatrunkiem i bandażem). Co ciekawe, sam nie chciał brać udziału w losowaniu bo nie wiedział o co chodzi, ale trener znając jego szczęście zachęcił go. Jak widać przyszło wszystkim poznać jego szczęście.
W trasę ruszyłem za Zozulińskimi, za przejazdem do szybszej jazdy zachęcił nas koleś z kitką. Zebrała się grupka uciekinierów, która przez bardzo mocne tempo się co jakiś czas pomniejszała. Sam miałem problem z utrzymaniem tego strasznego tempa, w szczególności na odcinkach potencjalnie niebezpiecznych i technicznych. Dużą stratę zaliczyłem na przejeździe przez piach - skrót pominąłem, a przez główny piach nawet nie walczyłem. Później musiałem pędzić 35 km/h po single tracku, gdzie zazwyczaj nie jechałem szybciej niż 30 km/h.
Jakoś udało mi się ich dogonić przed podjazdami, ale na pierwszym odcinku pod górkę ktoś w koszulce scotta przez problemy ze sprzętem zatrzymał się przede mną, a mi próbując poderwać rower wypiął się but...
Na górę dojechałem chyba ostatni z tej grupy, tam zjadłem banana i czekaliśmy aż reszta dojedzie. Po przyjechaniu Tomka i znajomego klubu pojechaliśmy na pętle. Na pierwszym zjeździe przez za duże ciśnienie w oponach tak mną poobijało, że cieszyłem się że jakoś utrzymałem kierownicę i zjechałem. Każdą nie równość odczuwałem na całym ciele, aż momentami nie widziałem drogi. Jakby tego było mało to dodatkowo spadł mi łańcuch. Dalej na podjazdach spokojnie podjeżdżałem, tylko ten cholerny pedał (teraz już wiem że to wyrobiony blok) co chwile wypuszczał mi buta. Może dobre i to, bo musiałem podjeżdżać na siedząco, co kiedyś wydawało mi się za niemożliwe. Na górze już reszta dojechała, gdy chętni pojechali dalej na pętle, to ja szybko pospuszczałem sobie powietrza, założyłem rękawiczki i poleciałem za nimi. Szukając podjazdu trochę pobłądziłem i znalazłem się pod killerem, skąd zawrócił mnie prowadzący kilka osób pan Jan. Dojechał do nas trener i pojechaliśmy dalej pętlą pod wieżę. Niestety, ale najwyraźniej nie pisane mi było dzisiaj pofrunąć killerem, co chciałem tak bardzo zrobić.
Droga powrotna była równie szybka, a nawet i szybsza niż dojazd do Dziewiczej. Na czele z Tomczerem i tym znajomym co chwilę mi uciekali, przez co musiałem ich ostro gonić. Na piaszczystym zjeździe miałem dużo szczęścia, jechałem lewą stroną a akurat podjeżdżał pod górę jakiś skuterzysta. Z hampelkami dociśniętymi do kierownicy zjechałem na pobocze, podobnie jak cała grupka którą podprowadzałem do uciekinierów. Szczęśliwie poczekali na nas przy przejeździe kolejowym, bo bym sam nie dał rady ich podgonić. Dalej już jechałem zaraz za nimi, znowu podganiać ich musiałem nad Jeziorem Swarzędzkim, gdzie Tomek zamiast pojechać singielkiem to walił prosto szlakiem i później prowadzący naszą grupę zaczęli go gonić. Już nieco starszy pan przede mną nie wytrzymał ich tempa i mnie nieco przytrzymał, ale gdy już go wyprzedziłem to pędziłem 40 km/h. Dokładnie dogoniłem ich wraz z dogonionym Tomkiem na wyjeździe z lasu i dalej już mi jakoś daleko nie uciekli. Do Malty poprowadził nas poobijany znajomy, singielkiem i zamiast przejechać go do końca to zjechałem nad chyba Młyński staw. Przed samą Maltą Tomek wymyślił sobie pościgać się do mety i po chwili wszyscy pędzili 40 km/h na bardzo niebezpiecznym odcinku do źródełka.
Dłuższą chwilę poczekaliśmy na trenera który przyprowadził Patryka (biedak nad Swarzędzkim złapał panę i prowadził rower) i po chwili wszyscy się rozjechali. Ja podjechałem kawałek z Zozulińskimi, trenerem i znajomym klubu i odbiłem na Sołacz.
Tam mnóstwo ludzi - chyba dopiero co skończył się mecz Kubota na Porsche Open. Zrobiłem sobie w już zapadających ciemnościach rundkę dookoła Rusałki w ramach rozjazdu i około 21:30 byłem w domu.
Kategoria Treningi grupowe
- DST 55.41km
- Czas 02:55
- VAVG 19.00km/h
- VMAX 41.23km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Odpoczynek po obozie - Dziewicza góra
Wtorek, 12 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0
Pogoda idealna do szaleństw, ale ten tydzień musiałem odpoczywać żeby obóz mi coś dał.Spokojnie przejechałem sobie na miejsce zbiórki, gdzie nie było nikogo z młodych z obozu. W czasie oczekiwania na losowanie 2 koszulek - aktualnej i zaległem z przed tygodnia, zjadłem sobie bananka. Tym razem też mi się nie poszczęściło, a szansa była duża - w losowaniu brało udział z 16 osób.
Pierwsze grupa urwała się już za Maltą, ja natomiast z paniami prowadziłem grupę na samym końcu. Najwyraźniej zapomniałem jak się jeździ na piachach, bo nie raz miałem dzisiaj z tym problem. Niestety, ale żeby wjechać na dziewiczą musiałem użyć trochę siły, czego chciałem uniknąć. Na górze pierwszy raz nie jeździłem pętli, tylko razem z innymi czekaliśmy aż wszyscy się zbiorą do powrotu.
Wracałem razem z ekipą z obozu na samym końcu, uważając żeby się zbytnio nie przemęczyć. Już nad źródełkiem pogadałem chwilę z chłopakami z klubu, których tym razem nie było na obozie, właśnie o zgrupowaniu. Wracając do domu doszło do wypadku, w którym ucierpiała Sylwia. Osobiście tego nie widziałem, ale podobno jechała ona spokojnym tempem obok trenera, gdy nagle jakaś kobieta na górnym piętrze nad maltą (gdzie jest zakaz ruchu dla pieszych) wymyśliła sobie przejść parę metrów tyłem wzdłuż alejki. Gdy Sylwia to zobaczyła, było już za późno. Wjechała w tą kobietę i sama poleciała na trenera. Skończyło się tak, że biedna Sylwia rozcięła pachwinę (prawdopodobnie o jakąś część - stawiam na korbę w rowerze trenera), trenerowi nic się nie stało, a kobieta była oburzona jak tak można jeździć. Jak ja przyjechałem na miejsce to wszyscy z treningu stali dookoła krwawiącej na trawie Sylwii. Rafał (z treningu) zadzwonił po karetkę i pojechał naprowadzić ją na nas. Pogotowie przyjechało dopiero po ok 15 min, co gdyby doszło do rozcięcia tętnicy mogło by być za późno. Zabrali biedną Sylwię do szpitala, a trener zajął się jej rowerem (jechał na swoim prowadząc Cube'a). Kawałek pojechałem z panią Kingą i wróciłem sobie w ciemnościach przez Sołacz. W domu przez to wydarzenie byłem przed 22.
Kategoria Treningi grupowe
- DST 45.61km
- Czas 01:53
- VAVG 24.22km/h
- VMAX 40.50km/h
- Temperatura 32.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Cytadela i szosą przez Strzeszynek do Złotnik, do trenera. *Nowy mostek
Środa, 29 czerwca 2011 · dodano: 29.06.2011 | Komentarze 0
Trener planował po treningu wziąć mój rower do serwisu, ale plan się zmienił i spotkałem go jadącego na trening w parku Sołackim. Na cytadeli byliśmy dokładnie o 17, nikogo z klubu jeszcze nie było. Zagadał do trenera jakiś koleś o sprzęt i tak przez 20 min sobie gadali do przyjazdu Tomka i Konrada. Trenerowi rozwaliła się główna rama - Pawlak i dzisiaj przyjechał na szybko zmontowanym corratecu. Razem z chłopakami pojechałem zrobić jedną pętelkę, na nowym mostku jeździ się świetnie. Na zjeździe zaraz przed amfiteatrem do lasu wkroczyło paru policjantów, ale na trasie kawałek przed tym zjazdem nas jeden przepuścił, a potem już nie było ich widać. Planowałem podjechać pod amfiteatr na rozpędzie ze zjazdu, ale źle zmieniałem biegi i już nawet nie walczyłem. Spokojnie zjechałem i po krótszym rozpędzie niż za pierwszym i jak dotąd jedynym podjechanym razem, udało mi się pokonać amfiteatr po raz drugi. Chłopacy mi już daleko uciekli, a ja trochę się gubiąc odnalazłem czekającego na nas trenera. Po chwili dojechali do nas klubowicze i postanowiliśmy skończyć z pętelkami i pojechać na całkiem miłą szosę do Strzeszynka. Od parku Sołackiego prowadziłem, jak wjechaliśmy na główną szosę to nawet nadawałem mocne tempo (30-34 km/h). Za Literacką zmienił mnie Tomek, który utrzymywał 30 km/h. Na szosie, siedząc komuś na kole jedzie się świetnie, prawie w ogóle się nie męczyłem. Lekko pedałowałem, często przerywając żeby nie wjechać w koło. Momentami aż kusiło mnie, żeby go wyprzedzić i nadać mocniejsze tempo, ale po co się tak nie potrzebnie męczyć.Na przystanku nad Strzeszynkiem w stronę miasta tłumy, prawie jak po meczu. Nie mieścili się wszyscy na przystanku, przez co dużo stało na szosie.
Trener pokierował nas w ul Złotnicką, na której była równie ładna nawierzchnia jak na Koszalińskiej, ale ruch prawie zerowy. Tylko co jakiś przejeżdżali obok nas jacyś goście w smarcie cabrio, za każdym razem z innym kierowcą.
W Jelonkach/Złotnikach przejechaliśmy drogą osiedlową równoległą do Obornickiej aż do Łagiewnickiej i dalej pojechaliśmy szosą w drogę powrotną. Ta szosa to nic innego jak odcinek pierścienia dookoła poznania, którym jakiś czas temu jechałem z Tomczerem. Szoską tą dojechaliśmy z powrotem do Złotnickiej i dalej od Strzeszynka aż do Rusałki. Na tym odcinku prowadził Konrad, a ja trzymałem się koła Tomka. Za mną jechał zmęczony trener, co jakiś czas udawało mu się mnie dogonić.
Od Rusałki odbiłem z trenerem w Przybyszewskiego i umówiłem się na 19:15 u niego z rowerem. Na podjeździe ja szalałem, a trener tak został z tyłu że nawet na niego nie czekałem tylko popędziłem do domu.
Szybko zjadłem jabłko i o 19:20 byłem już pod blokiem. Trener zostawił mnie na przystanku na Matejki, skąd dumnie przeszedłem w stroju, kasku a w nim bidon i okulary do domu. Ludzie się na mnie trochę dziwnie patrzyli, ale co tam ;)
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 59.93km
- Czas 02:55
- VAVG 20.55km/h
- VMAX 43.61km/h
- Temperatura 25.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza góra vol.4, do trenera po części.
Wtorek, 28 czerwca 2011 · dodano: 29.06.2011 | Komentarze 0
Drugi raz tak się zdarzyło, że cały dzień było piękne bezchmurne niebo.Po obiedzie znowu musiałem odpocząć i o mało co bym się przez to spóźnił. Wstałem o 17:30 i szybko ogarniając się wyszedłem z domu o 17:40. Od początku nie miałem ochoty / sił do jazdy. Jak się później okazało to na moście dworcowym widzieli mnie znajomi z 2c (Szmyta i reszta). Na polanie Harcerza byłem parę min po 17, za dużo znajomych nie było. Tomek z klasy gdzieś wsiąkł, innych w moim wieku nie widziałem. Koszulka tym razem poszła w ręce szczęśliwego ojca, którego syn w zeszłym tygodniu wygrał. Żeby nie tracić czasu od razu pojechaliśmy szosą na Antoninek, dojechali jeszcze Tomek z Konradem (obydwaj z klubu). Trasa jak poprzednio, całą drogę starałem się utrzymać tempo czołówki. Wychodziło mi to do pierwszych odcinków na trudnym terenie, gdzie 3 z przodu mi uciekło i później starałem się ich dogonić. Jeszcze przed jeziorem Swarzędzkim wydaje mi się, że jechała z nami koleżanka Tomka, z którą kiedyś kawałek jechaliśmy z nad Strzeszynka. Później już gdzieś mi zniknęła.
Na dziewiczej planowałem zostawić torbę podsiodłową, w której miałem lampki, ale wszyscy Ci, co dojechali w pierwsze grupie postanowili jechać. Trochę by zajęło czekanie na resztę, to już niestety pojechałem na pierwszą pętle z torbą. Poprowadził nas koleś w wygranej koszulce, na tym odcinku większych problemów nie miałem. Tylko podjazd od parkingu na górę był trochę męczący. Przed zjazdem killerem wskoczyłem do reszty i zostawiłem torbę, jak wróciłem to wszyscy (3 osoby) dopiero co pojechały.
Nadszedł czas, by wreszcie stawić czoło killerowi. Kiedyś musiałem przejechać go bez wypinania pedałów. Pierwsze metry, bez jakiś większych problemów. Spanikowałem jak najechałem na uskok z korzenia, wbiłem się przednim kołem w piach, ledwo co opanowałem poślizg. Już czułem jak lecę, a obok mnie przefrunął pan Jasio pewnie słysząc jak klnę. Na dole cały dumny z siebie już odpuściłem sobie męczarnie w piachu i na chwilę się wypiąłem. W 5 osób pojechaliśmy robić 2 pętlę, na ostatnim podjeździe pojechałem inną drogą, która okazała się dużo łatwiejsza i mniej męcząca. Killera już sobie odpuściłem i wróciłem do reszty. Założyłem torbę i całą gromadą pojechaliśmy w drogę powrotną, z szalejącym młodym Michałem na czele. Widać że zjazdy ma we krwi, tam gdzie wszyscy zaciskali hamulce, tam on jechał "na pałę" w dół. Jak będzie dalej tak trenował to może wyjdzie z niego jakiś sławny kolarz ;).
Jak wyjechaliśmy z lasu to na prowadzenie wysunął się koleś w dłuższych włosach, którego widziałem na maratonie. Wskoczyłem mu na koło i starałem się trzymać jego tempo. Dopiero uciekł mi na podjeździe na trudniejszym odcinku i aż do torów jechałem sam. Tam on poczekał na resztę, i mniejszą grupą pojechaliśmy dalej. Planowałem trzymać tempo pana w koszulce Schwinna, ale szybko inni nas wyprzedzili i na podjeździe goniąc kolesia w kitce uciekłem im.
Tak goniąc go uczepił się mnie jeden koleś i razem dojechliśmy do jeziora Swarzędzkiego, gdzie czekał koleś w kitce. Zaproponowałem mu pojechanie pętelki, które wczoraj ćwiczyłem i nie czekając na jego decyzje pojechałem. Usiadł mi na kole, to chciałem dobrze wypaść i przeszarżowałem na zjeździe, przez co na dole nie wyhamowałem i zakopałem się w piachu. On tego się nie spodziewał i też trochę potańczył na piachu, ładnie go przeprosiłem i przepuściłem przodem. Podjazd pokonałem na 1x3, gdy podjeżdżałem to w tle mignęła mi jakaś grupka kolarzy, którzy pojechali ścieżką w las. O dziwo nie pojechali zjazdem na polankę, tak jak kiedyś, tylko wydawało mi się że pojechali dalej w las. Najpierw postanowiłem zjechać, ale po przemyśleniu sytuacji pojechałem poznać nową ścieżkę. A tam trasa dla chyba freeride'u, co chwile jakieś usypane hopki. Z tej ścieżki wyjechałem zaraz przed zakrętem ze skrótem, którym poprowadziłem jednego kolesia. Pod wiaduktem za Warszawską poczekaliśmy na trenera i razem z nim i młodym pojechaliśmy szosą, gdy reszta pojechała ścieżkami przez las. Planowałem z trenerem pogadać, ale wyszło jak zawsze i zagadałem do niego dopiero nad samą maltą. Jeszcze przed wjazdem do lasu specjalnie na niego czekałem. Jednak nie wyszło najgorzej, bo później trener z uwagi na mało przejechanych kilometrów postanowił pojechać dookoła malty, to śmignąłem z nim trochę gadając. Umówiliśmy się na odbiór części u niego w domu o 21:30, czyli musiałem szybko wrócić do siebie, coś przegryźć, wziąć plecak i zaraz do niego jechać.
Specjalnie wracałem ścieżką na Krakowskiej żeby być szybciej, ostatecznie w domu byłem o 21, a o 21:20 jechałem do trenera. Szybko przeleciałem do Bukowskiej i dokładnie o 21:30 byłem u niego pod blokiem. Trener właśnie dopiero co wrócił, dał mi części i przez dobre 20 min trochę sobie pogadaliśmy. Jeszcze umówiliśmy się co do wymiany napędu (jutro po treningu bierze rower i jedzie do zaufanego serwisu do Puszczykowa) i ruszyłem z włączonym oświetleniem do domu. Teraz tylko zamówić ciuchy na obóz i można iść spać.
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, Ze światełkiem, MTB
- DST 41.32km
- Czas 02:19
- VAVG 17.84km/h
- VMAX 45.36km/h
- Temperatura 25.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Trening na Cytadeli i Strzeszynek z Szymkiem
Środa, 22 czerwca 2011 · dodano: 22.06.2011 | Komentarze 0
Trenera miało nie być to do końca wahałem się, czy jechać na trening. Po zakończeniu roku i spędzonym czasie z klasą pozostało mi mało do treningu, więc szybko zjadłem zupkę i przez 20 min dojechałem na Cytadelę. Tam znowu trochę szukałem tego Piknika, ale już przynajmniej tym razem wiedziałem w jakim kierunku jechać. Na górze byłem chwilę po 17, obecni byli Sylwia, pan Jasio z synem Tomkiem, Michał, i jakiś inny już zaawansowany kolega, którego wczoraj pierwszy raz widziałem na treningu.Za wyjątkiem Tomka pojechaliśmy robić nasze pętle, takie jak tydzień temu. Podjazdy już nie są dla mnie takie straszne, wszystkie bez większego problemu podjechałem (nie licząc podjazdu pod amfiteatr). Zjazdy już też w miarę opanowałem.
Na pierwszej pętelce, po jednym z podjazdów ( na który poprzednio ciężko było mi wjechać), gdy czekaliśmy na wymęczoną maratonem Sylwie dołączył do nas pan z drużyny Rybczyńskiego, robiący sobie trening. Wspomagał nas dobrymi radami, co chwilę rozmawiając z panem Jasiem na różne kolarskie tematy. Ze 3 pętelek, podjazdu pod amfiteatr nie pokonałem ani razu. Za pierwszym razem po większym rozpędzie na zjeździe przeszkodzili mi jadący przede mną, którzy zatrzymali się na podjeździe. Za drugim razem po rozpędzie na asfalcie podjechałem prawie na samą górę (brakowało ze 2m) , gdzie trochę odbiłem od głównej trasy i wolałem nie ryzykując zejść z roweru. Za trzecim razem, też prawie na samej górze po dłuższej walce z przyczepnością musiałem skapitulować - tak dociążyłem przednie koło że na moment oderwało się tylnie. Na szczęście pedały mi się same odpięły.
Gdzieś na 2 pętelce najechałem na, jak się później okazało jakiś kolec, który przebił mi oponę i wbił się w dętkę. Powietrze powoli sobie schodziło, już po treningu na tyle, że musiałem zainterweniować przy amfiteatrze. Jeszcze na samym końcu treningu na mostku zauważyłem kolegę z klasy - Gabana wraz ze swoją dziewczyną. Przyglądał się nam, ale jakoś mnie nie rozpoznał. Później okazało się, że nawet widział moją porażkę na amfiteatrze, a raczej 2m przed nim.
Gdy kończyłem łatanie dętki to pan od Rybczyńskiego z tym nowym kolegą właśnie podjechali pod amfiteatr i robili sami dalej nasze pętle.
Z Szymonem umówiłem się nad Rusałką, zadzwonił do mnie że już jest na miejscu jak wyjeżdżałem z Cytadeli, z czym też miałem problem. Spotkaliśmy się w parku Sołackim i razem pojechaliśmy na stację. Potem nad Strzeszynek moimi ścieżkami bez piachu i gdy zaczęło się zachmurzać i ściemniać to wróciliśmy normalnie.
Kategoria Towarzysko, Treningi grupowe
- DST 48.74km
- Czas 02:47
- VAVG 17.51km/h
- VMAX 38.11km/h
- Temperatura 25.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Trening na Cytadeli i Strzeszynek.... z Mariką...
Środa, 15 czerwca 2011 · dodano: 15.06.2011 | Komentarze 0
W ramach przygotowania do obozu postanowiłem dzisiaj zawitać na trening klubowy na cytadeli, na który zachęcała mnie Sylwia. Miał on odbyć się o 17, w szkole miałem lekcje do 12:35, ale spotkanie z byłą klasą uprzykrzyło mi życie. Ostatecznie z domu wyszedłem o 16:45, dokładnie o 17 byłem za parkiem Sołackim. Było by ok, gdybym tylko wiedział gdzie się spotykamy. Trasa saneczkowa, bar pasieka czy ostoja nic mi nie mówiło, a w internecie nawet nie szło tego znaleźć.Trochę pokręciłem się po Cytadeli szukając tego baru, ale na szczęście udało mi się znaleźć znak pokazujący drogę w las. Do tego Baru nawet trzeba trochę podjechać, nigdy wcześniej przy nim nie byłem. Jak już znalazłem się na górze, to mimo 10 min spóźnienia i mojego przekonania, że wszyscy już będą w trasie, moim oczom ukazał się widok 4 stojących zawodników i trenera w "cywilu". Była tam Sylwia w koszulce Tarisu, pan Jasio na swoim Corratecu który uczył nas później jeździć, ostro trenujący kolega w stroju CSC i drugi w stroju B'Twin.
Po jeszcze chwilki rozmowy z trenerem - dogadywania się co do wyjazdów na maratony, ruszyliśmy w trasę.
Pan Jasio pokierował Sylwię i mnie na jakąś jego znaną pętelkę, a tamci dwaj popędzili bardziej wymagającą pętlą akademicką.
Nasza trasa była bardzo ciekawa i techniczna: wąskie ścieżki, dużo korzeni, kolein. Co chwile jakiś podjazd, a za nim zjazd. Parę razy musiałem przeczekać chwilkę przed podjazdem, aż Sylwia podjedzie i będę miał drogę wolną, ale też z początku kilka razy musiałem odpinać buciki żeby uniknąć upadku. Jednak w jednym miejscu aż tak bardzo chciałem, że na podjeździe zabrakło mi sił i glebnąłem się na lewy bok. Podczas pierwszej pętelki ostrzejsze podjazdy rower wprowadzałem, bo na 1x1 nie dawałem rady utrzymać przyczepności. Na zjeździe przed amfiteatrem spanikowałem przed piachem i lekko docisnąłem przedni hamulec. Efekt: piękny lot przez kierownicę, potem jeszcze na mnie rower spadł z wysokości. Po za paroma obtarciami i siniakami wyszedłem z tego cało, ale wyglądało to na prawdę groźnie. Z połowy zjechałem i po nabraniu prędkości dojechałem na jakieś 1/3 podjazdu pod amfiteatr. Wyżej ciężko by było bez wcześniejszej zmiany biegu. Dalej starałem się pokonać ten podjazd na 1x1, ale po dojechaniu na najostrzejszy odcinek (ok własnie 1/3 długości) przednie koło traciło przyczepność, a jak wstawałem z siodełka to z kolei już za wolno się toczyłem i lada moment bym znowu leżał. Po paru takich przymierzaniach się do podjazdu odpuściłem sobie i wprowadziłem rower na górę z postanowieniem, że kiedyś jeszcze tu wrócę i pokonam amfiteatr.
Trochę gdzieś tam dalej pojeździliśmy i jakoś wróciliśmy pod bar Piknik, gdzie na drugą pętelkę dołączyli do nas nasi ścigacze. Sylwia już była trochę zmęczona, a ja jeszcze miałem trochę sił. Tym razem pokonałem na trasie wszystkie podjazdy, jak nie za pierwszym razem to za którym z kolei po odpowiednim rozpędzeniu się. Zjazd przed amfiteatrem tym razem pokonałem za drzewami, tak jak mi jakoś koleś radził. Odbyło się to bez problemu i znowu zapomniałem zmienić bieg przed podjazdem. Mimo poprzednich porażek teraz walczyłem o wysokość. Większy rozpęd na asfalcie, uważając na rozsypane szkło, w dobrym miejscu zmienić biegi i mam już 1/3 dystansu za sobą. Wystarczyło tylko dobrze utrzymać przyczepność i zachować siły do końca z podjazdu. Przez problemy z 1x1 postanowiłem spróbować zrobić to na 1x2. Pierwsze próby wychodziły obiecującą, do ok 1/2 dystansu podjeżdżałem. Chyba dopiero za 2gim razem tak się rozpędziłem, że podjechałem na samym rozpędzie połowę, dobrze udało mi się zmienić biegi i dalej już na stojącą wspinałem się do góry. Co chwile mi tylnie koło buksowało, gibałem się na boki, nogi już nie dawały rady. Jednak wycisnąłem z siebie wszystko i dawałem ile z sił w nogach. Jeszcze doping pana Jasia sprawił, że już prawie na górze nie poddałem się, tylko podciągnąłem do końca, a czułem już, że zaraz będę leżał. I stało się - tak jak postanowiłem wcześniej zdobyłem tą górę. Co prawda z dużego rozpędu, ale dałem radę. Na górze aż krzyknąłem ze szczęścia, a zarówno pan Jan jak i Sylwia pogratulowali mi walki.
Po tych męczarniach z amfiteatrem Sylwia była już wykończona, to pojechaliśmy pod bar aby zebrać się i skończyć trening. Pan Jasio polecił mi kupić dłuższy mostek - żeby łatwiej było mi dociążyć przednie koło na podjazdach. Po 10 min pogaduszce pojechaliśmy w swoje strony - ja akurat ze Sylwią i kolegą w stroju B'Twina. Zaproponował on pojechanie odcinka trasą akademicką - ja byłem chętny, a Sylwia już nie chciała się katować i pojechała normalnie. Natomiast ja pierwszy podjazd, złe biegi i gleba. Po chwili jednak już jechaliśmy dalej. Odpuściłem sobie proponowany ostry zjazd, bo już byłem zmęczony o obolały. Jak zobaczyłem którędy chciał mnie pokierować to nie żałowałem decyzji - ok 10m ściana w dół, potem podobną ścianą w górę podjazd. Aż mi szczęka opadła jak to zobaczyłem, co rozbawiło grupkę siedzących w okolicy ludzi.
Zjechaliśmy z trasy przy Harcówce, tam podziękowałem za pokazanie fajnej trasy i pojechałem w swoim kierunku.
Trochę żałośnie wyglądała moja średnia (14 km/h) i nie byłem do końca zmęczony, to postanowiłem skoczyć sobie nad Strzeszynek. Trasą pewnie hard, na pomoście zrobiłem sobie krótką przerwę i wracałem już od razu w stronę Rusałki, bez objeżdżania jeziora. A tam zaraz za wjazdem w las niespodzianka...
W grupie mijających mnie rowerzystów przyuważyłem znaną mi sylwetkę, po przyjrzeniu się z bliższej odległości byłem pewny że do Marika. Uśmiechnąłem się do niej ze zdziwienia i po chwili przemyślenia zawróciłem za nią. Mimo mojego planu już nie chciałem być taki chamski i przed drugim pomostem dogoniłem ją i pojechałem z nią. Troszkę sobie pogadaliśmy, ale nie byłem zadowolony z tego spotkania. Na chwilkę rozstaliśmy się przy altance przy stawku - ja wbiłem na moją ścieżkę w las, a ona pojechała szlakiem. Potem przy stajniach trochę sobie na nią poczekałem, ale już nie wiem czy to ta ścieżka jest taka krótka, czy ona przez bolące kolana aż tak zwolniła. Dalej nie mogłem sobie odpuścić przejechania skrótu zakrętu za Lutycku - trasa nawet fajna, dosyć trudna technicznie. Znowu musiałem trochę poczekać, dalej pojechaliśmy dookoła Rusałki i rozstaliśmy się przy mostku, gdzie ja pojechałem zrobić pętelkę na mojej ścieżce - podjazd, gdzieś tam małe kółko pomiędzy ścieżkami i później zjazd tą samą trasą i do domu.
Kategoria Treningi grupowe, Towarzysko
- DST 58.43km
- Czas 02:43
- VAVG 21.51km/h
- VMAX 45.36km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza góra vol.3 - trening
Wtorek, 14 czerwca 2011 · dodano: 14.06.2011 | Komentarze 0
Wtorek - czyli oczywiście prognozowane deszcze do godz 17. Jednak chmura naszła o godz 17:20, pierwsze krople deszcze spadły o 10 min później, gdy już miałem schodzić na dół z rowerem. Przez 5 min przeszła ulewa, potem trochę kropiło więc korzystając z tej przerwy szybko wyszedłem z domu.W drodze nie spotkał mnie żaden większy deszcz, na miejscu zbiórki byłem o ok 17:05. Tym razem było mało ludzi, ok 15 osób więc szansa na wygranie koszulki była wielka. Niestety wygrał koleś w koszulce Corrateca, 2 osoby obok mnie.
Po opadach nie było większego śladu, jechaliśmy tą samą trasą co poprzednio. Najpierw na zjeździe przy źródełku parę razu musiałem się mocno schylić, nawet zsiąść z siodełka żeby przejechać pod gałęziami. Trzymałem się ścisłego przodu, ale w jednym miejscu w okolicach jeziora Swarzędzkiego tak nagle zabrakło mi sił, że z prędkości 30 km/h ledwo dawałem radę utrzymać 22 km/h. Myślałem że powodem tego był jakiś defekt sprzętu, już byłem pewien, że poszła mi dętka w tylnim kole bo trochę się tam balon zrobił. Jednak się myliłem, to coś tkwiło w moim organizmie. Po chwili przerwy już wszystko wróciło do normy i dalej mogłem trzymać się pierwszej mocnej grupy. Mojego Tomka dopadł ból kolan, a inny Tomek miał problemy z oponkami (chyba RoRo) i oni z kilkoma osobami wrócili szosą do domu.
Na dojeździe do Dziewiczej tym razem nie miałem problemów z piachem. Nawet przejechałem przez największą piaskownicę przy wjeździe do lasu. Z podjazdami nie miałem problemów, gorzej było ze zjazdem na którym trochę momentami panikowałem. Pół pętelki mnie tak wykończyło, że zamiast jechać dalej za wszystkimi do ja wróciłem na górę. Trochę też ze względu na czas - za 5 min miała być zbiórka przy wieży, ale jak widać wszyscy się tym nie przejęli.
Wracając dwóch największych ogierów uciekło, więc ja nadawałem tempo, a raczej sam uciekałem przed resztą. Parę razy nawet wolałem poczekać, żeby upewnić się o dobrą drogę.
Przy jeziorze Młyńskim (mogę się mylić) prowadzenie przejął pan w koszulce Schwinna, który pokierował nas jego dobrze znanymi ścieżkami, w tym "singielką" nad samą Maltę.
Znowu wracałem z Sylwią, dłuższą chwilkę pogadaliśmy się przy cytadeli i później po ciemku wracałem przez miasto. W domu o ok 22.
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 62.70km
- Czas 02:57
- VAVG 21.25km/h
- VMAX 46.42km/h
- Temperatura 26.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza gór vol. 2 - trening
Wtorek, 7 czerwca 2011 · dodano: 07.06.2011 | Komentarze 0
Tym razem padało przed moim wyjściem z domu, na Estkowskiego złapałem kolesia z treningów i przefrunąłem za nim przez Śródkę. Dalej dołączył do nas Tomczer w koszulce Tarisa i razem podjechaliśmy na miejsce zbiórki. Nawet byliśmy dość punktualnie. Chwilkę pogadaliśmy o maratonie, koszulka znowu poszła w obce ręce i pojechaliśmy na Dziewiczą inną drogą, dłuższą ale mniej piaszczystą.Po zachęcającym mnie do dalszej pracy maratonie trzymałem się z przodu. Może tempa Tomka i kolesia, któremu chciał się urwać, nie dawałem rady utrzymać, ale już takiego problemu nie było z kolegą z klubu w stroju CSC i Michałem, z którym gadałem na temat opon.
Ta inna trasa wyglądała w ten sposób, że zamiast skręcić nad jeziorem swarzędzkim w las w piach, to przelecieliśmy do Gruszczyna i tam dalej przez Mechowo dojechaliśmy to żółtego szlaku prowadzącego wprost na Dziewiczą. Tam zagadałem do gościa w stroju CSC, który siedział obok mnie pod drzewem na Maratonie w Mosinie. Okazało się, że mamy kolejnego Tomka na treningach. Gadając jechaliśmy w czołówce, aż do piaszczystego podjazdu na którym poległem, a Tomek (CSC) na Karmach podjechał bez większego problemu. Tam mi uciekł i potem spotkaliśmy się znowu przed końcowym podjazdem na Dziewiczą. Powiedziałem mu, że zdziwi się ja wjedziemy na górę że to już i tak też dokładnie było. Wszystkie podjazdy pokonałem chyba bez większych problemów, potem pętelka i na zjazdach w piachu nie było już tak miło. Na killerze poległem, cały czas zjeżdżałem z jedną nogą wypiętą.
Powrót tą samą drogą, czołówka uciekła i od jeziora Swarzędzkiego jechałem z gościem na crossie. W jednym miejscu ładnie poprowadziłem go przez łąkę, że dalej podjazdu nie pokonaliśmy. Kawałek przed Maltą nagle zaczęło mi coś blokować tylnie koło, a po chwili okazało się że to uchwyt od tylniej lampki mi się rozkręcił i lampka zablokowała się przy hamulcu. Cofnąłem się żeby poszukać zgubionej śrubki, ale nic z tego. Gdzieś w okolicach przejazdu złapaliśmy Tomka CSC z panem w koszulce Schwinna, który pokierował nas bodajże "singielkiem" nad Maltę. Ścieżka świetna, bez większych zjazdów i podjazdów ale momentami było co pedałować. Na jednym piachu nawet utknąłem.
Nad Maltą dosyć długo czekaliśmy na trenera - gdzieś w trasie poszła kolejna dętka, okazało się że zapasowa miała chyba rozwalony wętyl i do tego był jeszcze problem z pompką. Wróciłem sobie miło gadając z panią, która była na Maratonie do Cytadeli. W domu byłem późno, już nie pamiętam (po tygodniu - szkoda że nie napisałem tego od razu) dokładnie o której
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 57.86km
- Czas 02:39
- VAVG 21.83km/h
- VMAX 45.66km/h
- Temperatura 30.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Uzarzewo - trening
Wtorek, 31 maja 2011 · dodano: 31.05.2011 | Komentarze 0
Z domu wyszedłem sporo za późno i potem musiałem pędzić żeby zdążyć na losowanie. Jeszcze czas straciłem w parku Sołackim na wytarcie łańcucha. Ostatecznie na miejscu zbiórki byłem o 18:10 i idealnie zdążyłem na losowanie. Ludzi było baardzo dużo, widocznie nie wystraszyli się pogody. Jedynie ze wszystkich brakowała mi Tomka, który jednak przyjechał w czasie losowania. Tym razem koszulka przypadła najbardziej zasłużonemu z nas.Na czele pojechał niejaki Tomek (ten drugi z klubu) i pięknie poprowadził nas przez największa błoto przy źródełku. Jeszcze do tego specjalnie wypiąłem nogę żeby się nie poślizgnąć, co mi jeszcze bardziej upierdzieliło nogę. Cieszyłem się, że tym razem wrócę z treningu suchy, a tu taka niespodzianka. Rower już był cały od błocka. Do Uzarzewa pojechaliśmy trasą maratonu, czyli czarnym szlakiem. Po drodze przez Tomka poznałem Michała z klubu, który opowiadał mi o Race Kingach. Na utwardzonych odcinkach trzymałem się w czołówce, natomiast na piachu - którego tam było bardzo dużo, momentalnie wszyscy ścigacze mi uciekali.
Jeszcze po drodze przód dostał opr od trenera, za to nie że nie poczekaliśmy na resztę. Miałem zapytać się trenera o oponki, ale widząc go takim stanie wolałem dać sobie spokój, Na zjeździe przed Uzarzewem, pamiętając co się działo w zeszłym roku na rajdzie, teraz zjechałem bardzo ostrożnie.
W Uzarzewie, czekając na trenera z resztą grupy, klubowicze szaleli na podjeździe. Było gorąca, każdemu już zaczynało brakować wody, a jeden podjechał do jakiegoś pana podlewającego kwiaty żeby nalał mu trochę wody do bidonu.
Przyjechał trener, chwilę jeszcze odpoczęliśmy i pojechaliśmy trasą mini maratonu. Był tam zapowiadany przez trenera spory podjazd, którego trudność jednak polegała na piaszczysty początku, którego oczywiście nie pokonałem.
Pierwszej grupy już nie było widać, a mi jechaliśmy przed siebie taką ładną aleją. Zatrzymaliśmy się już w jakieś wiosce i trener nam powiedział, że powinniśmy dobre 2 km wcześniej skręcić w lewo. Teraz mogliśmy jechać jakoś na około, ale grupa zadecydowała zawrócić i jechać planowaną trasą. Ja odważnie wysunąłem się na przód i prowadziłem grupę.
Pojechaliśmy do bardzo ostrego zjazdu, który miał być bardzo piaszczysty i rozryty. Okazał się on bardzo miły, tylko przyblokował mnie jeden gościu z pierwszej grupy, który nawracał po podjeżdżaniu na zjazd. Straciłem przez niego przyjemność z szybkiej jazdy, ale i tak było świetnie.
Już całą grupą pojechaliśmy w stronę Gruszczyna. Ścieżka była dosyć rozryta, a ja trzymałem się przodu. Przez to udało mi się ten odcinek pojechać bez żadnego wypadku, co niestety nie wszystkim się udało. Ponoć jakaś panna zjechała na moment z trasy i wjechała w piach. Z opowiadań ludzi jadący z nią, wyglądało to strasznie. Przeleciała przez kierownicę i dosyć mocno wbiła się w ziemie. Ale na miejscu, jak do nas dojechało to aż tak źle nie wyglądała. Tylko trochę kolanko obtarte.
Dalej ruszyliśmy jakąś tajemną ścieżką nad jeziorem Swarzędzkim, tzn bez skutku szukaliśmy jej, niby miała być za mostkiem, a ostatecznie pojechaliśmy bodajże w stronę szlaku. Tu już zacząłem czajenie się na rozmowę z trenerem, ale do samej Malty nie doczekałem sie. A szkoda, bo można było sobie fajnie pośmigać z przodu. W takim razie poczekałem po przemowie, aż trener przestanie o czymś tam opowiadać i na temacie opon podpytałem się jakie by mi polecił. Zaproponował mi Race Kingi 2.0, do tego jeszcze po cenie hurtowej. Byłbym głupi, gdybym się nie zgodził i pojechałem na parking obgadać z trenerem szczegóły transakcji. Zgadaliśmy się, że jutro przedzwonię dowiedzieć się czy oponki już są i pojechałem do domciu.
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 52.90km
- Czas 02:45
- VAVG 19.24km/h
- VMAX 44.33km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza Góra - Trening
Wtorek, 24 maja 2011 · dodano: 24.05.2011 | Komentarze 0
Tym razem pogoda miała być bardziej udana niż w zeszłym tygodniu, ale... według prognozy mogło popadać ok godz 19. Wychodząc z domu tylko trochę się zaciągało, ale nie widziałem strasznych chmur. Specjalnie tym razem odchudzony rower, bez zbędnej torby podsiodłowej (komórka, klucz i łatki w koszulce), uchwytu na latarkę i niedziałającego po ostatnim treningu dzwonka. Jeszcze na świeżo co nasmarowanym łańcuchu.Z domu wyszedłem o 17:15, jadąc przez sołacz przetarłem sobie łańcuch. Przed mostem nad Wartą zauważyłem znajomie wyglądającego kolarza, tzn poznawałem strój. On ładnie ruszył ulicą, a ja czekałem na chodniku na światłach. Kiedy zapaliło się zielone to ruszyłem w pogoń za nim, do Śródki go dogoniłem i jadąc nad Maltą siedział mi przez chwilę na kole. Jednak tak dobrze, lekko mi się jechało że szybko zrezygnował. Prawie cały odcinek jechałem z prędkością ok 35 km/h, dopiero od źródełka wlokłem się czekając na znajomą twarz. Na polanie Harcerza, pod pomnikiem czekał tylko jeden trochę niepewny rowerzysta, a była już godz 17:55. Jednak po chwili zaczęli się wszyscy zjeżdżać, a dokładnie o 18 przyjechał i sam trener. Do tego miejsca miałem avg speed 25 km/h ;).
5 min po 18 rozpoczęło się tradycyjnie losowanie koszulki, oczywiście znowu byłem blisko (no, o jakieś 10 osób). Jeszcze tylko zdjęcie rekordowej liczby osób i ruszamy w drogę. Szybki zjazd przy źródełku i najkrótszą drogą na asfalt w stronę jeziora Swarzędzkiego.
(*Przez 2 tyg nie znalazłem czasu aby dokończyć i już nie wiele pamiętam)
Z asfaltu wjechaliśmy nad jezioro swarzędzkie, i dalej przy polance na podjazd w las, który pokonałem bez większych problemów. Na początku jechało się miło, dopiero po chwili pojawił się pierwszy piach. Jechałem gdzieś w środku grupy i starałem się moją walką o przyczepność nie spowalniać reszty. Totalnie poległem przy przejściu przez tory, ale tam mało kto przejechał. Potem było jeszcze gorzej: główna droga to była jedna piaskownica, tylko po bokach były jakieś ścieżki wyjechane pomiędzy krzewami. Na szczęście ta masakra nie trwała długo, po chwili wyjechaliśmy na skraj lasu i tam już nawet dało się w piachu ujechać. Trzeba było uważać, żeby nie zjechać z dobrego toru jazdy - ponoć trener przez chwilę się z kimś zagadał i prawie zaliczył glebę. Wtedy już piękne czarne chmury szły znad Poznania, ale przecież nie będzie padać ;).
Przy aeroklubie w Bogucinie (a dokładniej chyba w Ligowcu) wjechaliśmy na betonowe płyty - co oznaczało koniec z piachem. I tak też było, po przejechaniu ul. Poznańskiej śmigaliśmy po asfalcie aż do samej Puszczy Zielonki. Jedynie po drodze był krótki szutrowy odcinek przy cmentarzu, a tak to cały czas piękny, nowy asfalt. Nawet był fajny podjazd (jeśli dobrze pamiętam to 9%) i po nim taki sam zjazd. Chmury już zawisły nad nami, pierwsze krople poczułem na plecach. Ale to był bardzo jak na ten moment przyjemny deszczyk, bardzo dobrze mnie orzeźwił.
Nadszedł czas na zdobycie Dziewiczej Góry. Jechaliśmy bardzo ładnie poprowadzonym szlakiem -była to wąska, kręta ścieżka ze sporą ilością podjazdów i zjazdów. Po chwili takiego rumakowania dojechaliśmy na Dziewiczą Górę - jak zawsze zdziwiłem się że to już jestem na miejscu. Ale to nie był koniec wyprawy.
Gdy trener objaśniał plan, Tomuś jak zawsze szalał popisując się gdzieś z boku. Najpierw sobie robił kółko dookoła wieży widokowej, ale potem przeniósł się na bardziej otwarty i teren. I STAŁA SIĘ RZECZ NIESSAMOWITA:
TOMEK PRÓBUJĄC ZROBIĆ STÓJKĘ ZAPOMNIAŁ ŻE JEST TERAZ NA PIACHU I PO CHWILI ZALICZYŁ PIĘKNĄ GLEBĘ, NA OCZACH WSZYSTKICH UCZESTNIKÓW TRENINGU. Wzbudziło ogólny śmiech, nawet trener coś tam pod nosem się uśmiechnął. Oczywiście od razu tomczer próbując zwrócić honor tłumaczył się, że dużo tam piachu było, ale nikt się tym nie przejął, nawet jeszcze bardziej się śmiali.
To teraz koniec żartów i jedziemy dalej robić pętelki podobno na trasie Mistrzostw Wielkopolski. Pamiętam, że za pierwszym razem pojechaliśmy łagodniejszym zjazdem, i po paru podjazdach/zjazdach, wyminięciu paru przeszkód znowu znalazłem się na podjeździe pod sam szczyt. Jednak teraz nie poszło mi już tak gładko: chyba próbując kogoś objechać straciłem przyczepność, ale na szczęście udało mi się chwycić drzewko. Cały wyciągnięty trzymałem się go myśląc jak teraz wypiąć się z pedałów. Po dłuższej walce udało mi się stanąć na ziemi i po chwili byłem już na górze.
Teraz chwile poczekaliśmy na jakieś zguby i ogólne poruszenie wzbudziło wspomnienie o zjechaniu "killerem" - podobno najtrudniejszym zjazdem w okolicy, gdzie piach, korzenie i samo nachylenie wzbudza strach wśród wielu zawodników. Do tego sławnego zjazdu prowadziła wąska, piaszczysta ścieżka. Jak zawsze przy takiej okoliczności przepuściłem wszystkich ogierów i zostawiłem sobie więcej miejsca. Po wjechaniu w las moim oczom ujrzała się prawie płaska ściana w dół. Już nie pamiętam jak zjeżdżałem, ale na 80% z jedną nogą wypięta żeby w razie czego szybciej się podeprzeć. Zjeżdżałem na dociśniętych maksymalnie klamkach hamulcach, nie pozwalając rozwinąć zbyt dużej prędkości rowerowi. Już prawie na dole killer pochłonął swoją pierwszą ofiarę - koleś źle wybrał drogę i przeleciał przez kierownicę. Mnie jeszcze ten odcinek czekał - całe wydarzenie oglądałem z dość dużej wysokości. Jednak ja sobie poradziłem bez większych problemów.
Dalej pojechaliśmy jakimiś ścieżkami na zbiórkę na Dziewiczą Górę. Przez moment trener jechał za mną i dosyć nie fortunnie na zakręcie, najpierw dosyć mocno hamując aby nie wjechać w piasek ponoć zapomniałem podnieść prawej nogi i zahaczyłem pedałem o korzeń. Efekt był taki, że dosyć mocno mnie wybiło i tym razem ja poleciałem przez kierownicę, nie wiedząc co się dokładnie stało. Trener podobno ledwo co wyhamował, kompletnie nie spodziewał się takiego wypadku. Ja się szybko pozbierałem i po chwili rozmowy na temat mojego stanu pojechaliśmy dalej.
Na górze okazało się, że jednemu zawodnikowi odmówiła dalszej jazdy kaseta. Jacyś starsi wyjadacze, jako rozwiązanie problemu podali popsikanie kasety jakimś WD40, ale że nikt tego nie miał przy sobie, to ktoś zaproponował że można to zrobić w bardziej naturalnym sposób. Gdy nic nie dały parę kopniaków i rzucanie o ziemię, kolega poszedł załatwić to na stronę. Wszyscy momentalnie zainteresowali się, czy na prawdę mocz ma takie właściwości. Koleś wrócił i nadeszła chwila prawdy: założył koło, założył łańcuch i...
kaseta w magiczny sposób chwyciła! Wszyscy osłupieli ze zdziwienia. Ale co dobre szybko się skończyło, jednak siki to nie jakiś smar i szybko kaseta przestała łapać. W takim wypadku kolega poszedł na parking i już dzwoniono po kogoś samochodem.
Tymczasem najwyższa pora była wracać, zrobiło się już dosyć późno (godzina chyba ok 8). Pojechałem w jakieś grupce z tyłu, z Tomaszem (nie tym z klasy, ale drugim tomkiem w klubie) na czele, który niby znał drogę. Poprowadził nas jakoś tak, że chyba zrobiliśmy kółko, ale po chwili dołączyliśmy do grupy. Zaczęło się już coraz bardziej ściemniać. Po wjeździe na asfalt poczułem znowu krople deszczu - już nie było tak miło jak poprzednim razem. Chwilę tak kropiło i już zaczęło sobie padać. Pierwsze krople były jednak gorsze, niż kolejne. Najgorzej było przyzwyczaić się do wody, potem już się jakoś jechało. Dopóki byliśmy na asfalcie, to jechałem dobrym tempem, jednak po wjeździe za aeroklubem na piach, zaczęło się moja walka o przetrwanie. Na mokrym piachu kompletnie sobie nie radziłem, a inni jechali prawie jak chcieli. Przez moment znalazłem się za trenerem i walczyłem o przyczepność.
Jeszcze widziałem trenera, jakieś lampki przed sobą, ale po chwili ten widok zniknął. Jechałem sam w ciemnym lesie w czasie burzy. Byłem cały mokry i brudny, do tego było już pioruńsko zimno. Nie znałem drogi, jechałem przed siebie. Byłem po prosty w szoku, panikowałem. Nie wiedziałem co się ze mną stanie. Nie wiedziałem czy mi komórka się nie zalała i czy działa. Cały czas walczyłem z piachem. Co chwilę odpinałem się z pedałów, bo nie mogłem ujechać. To prowadziłem rower, zaraz z nim biegnąc. W pewnym momencie stwierdziłem że pier***ę piach i jadę do przodu. Oczywiście skończyło się to glebą, ale szybko się pozbierałem i jechałem dalej. Było już na prawdę ciemno, a ja miałem tylko tylnią lampkę. Na szczęście po dłuższym takim szoku dojechałem do jeziora Swarzędzkiego, ale tu też nikogo nie było. Pędziłem ile sił w nogach, żeby tylko dogonić grupę i opierdzielić trenera. Po przejechaniu jeziora Swarzędzkiego nadszedł czas na asfalt. Udało się! Zobaczyłem w oddali jakieś światełka i po chwili znalazłem się już przy trenerze. Od razu powiedział mi takie coś: "Dobrze że jesteś, właśnie zastanawialiśmy się czy jechałem przed, czy za nami.". To zrujnowało mój plan opierdzielenia, ale cieszyłem się że już nie jechałem sam. Dojechaliśmy do wiaduktu i tam poszła komuś dętka. Trener udzielał pomocy, a cała grupa czekała kawałek dalej pod innym wiaduktem. Po dłuższej chwili pierwszy postanowili pojechać. Za nimi kolejny, dalej następny i tak wszyscy nie klubowicze pojechali przez siebie. Ja za nimi. Trzymałem się jakiś dwóch typków, którzy skręcili mi las. Jednak pamiętając poprzednią trasę, że tam było sporo piachu zawróciłem i popędziłem w ulewie za innymi szosą. Ciężko to było nazwać asfaltem, bardziej czułem jakbym jechał po rzece. Woda latała we wszystkie strony. Na światłach duża częśc grupy zdążył przejechać na zielonym, a mi i 2 innym gościom się to nie udało. Oni odbili w lewo i ja zostałem znowu sam. Tym jednak mniej więcej wiedziałem gdzie jechać. Chwilę sobie postałem w ulewie i zapaliło się zielone. W tej samej chwili przyjechało tych dwóch gościów, którzy postanowili jednak pojechać tą drogą. Specjalnie zjechałem na chodnik, żeby uniknąć chlapania wodą na wszystkie strony i tak jechaliśmy do przodu. Oczywiście pierwszy zjazd do lasu pominąłem, dopiero wjechałem w jakiś drugi. Dalej nie wiedziałem za bardzo w którą ścieżkę wjechać, to poczekałem na jeszcze jednego gościa i prowadziłem w stronę Malty. Kawałek dalej pojawił się kolejny dylemat o drogę. Pojechałem prosto, ale jakoś tej drogi nie kojarzyłem i szybko zawróciłem. Na moje szczęście dogoniła nas grupa z trenerem i razem już wracaliśmy w stronę Malty. Jakoś szybciej niż zawsze wyjechaliśmy z lasu. Już nie miałem sił jechać dalej, prawie umierałem. Cały się trząsłem z zimna i przemoczenia. Spytałem się trenera czy znalazło by się jedno miejsce w wozie, trener spytał się o adres i powiedział, że zobaczy czy się załadujemy. Pojechałem z nim na parking, i jeszcze z jednym kolesiem który poprosił o wymianę wygranej koszulki. Chwilę jeszcze postałem w deszczu, a obok pojawiła się rodzinka z kolesiem z rozwaloną piastą. Jakoś trener upchał rowery do busa i władowałem się do samochodu. Byłem uratowany, nie musiałem już męczyć się przez 10 km. Trener okazał się bardzo miłym i rozmownym człowiekiem, cały czas opowiadał mi o jakiś tam swoich przygodach. Nawet zaproponował mi obóz kolarski w Polanicy - zobaczymy co z tego wyjdzie. Wysadził mnie na parkingu, w domu byłem ok 10. Cały mokry, przemoczony, rower cały upieprzony. Od razu pod prysznic i ciepła herbatka żeby się nie przeziębić. MASAKRA
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB



