Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
  • DST 52.90km
  • Czas 02:45
  • VAVG 19.24km/h
  • VMAX 44.33km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dziewicza Góra - Trening

Wtorek, 24 maja 2011 · dodano: 24.05.2011 | Komentarze 0

Tym razem pogoda miała być bardziej udana niż w zeszłym tygodniu, ale... według prognozy mogło popadać ok godz 19. Wychodząc z domu tylko trochę się zaciągało, ale nie widziałem strasznych chmur. Specjalnie tym razem odchudzony rower, bez zbędnej torby podsiodłowej (komórka, klucz i łatki w koszulce), uchwytu na latarkę i niedziałającego po ostatnim treningu dzwonka. Jeszcze na świeżo co nasmarowanym łańcuchu.
Z domu wyszedłem o 17:15, jadąc przez sołacz przetarłem sobie łańcuch. Przed mostem nad Wartą zauważyłem znajomie wyglądającego kolarza, tzn poznawałem strój. On ładnie ruszył ulicą, a ja czekałem na chodniku na światłach. Kiedy zapaliło się zielone to ruszyłem w pogoń za nim, do Śródki go dogoniłem i jadąc nad Maltą siedział mi przez chwilę na kole. Jednak tak dobrze, lekko mi się jechało że szybko zrezygnował. Prawie cały odcinek jechałem z prędkością ok 35 km/h, dopiero od źródełka wlokłem się czekając na znajomą twarz. Na polanie Harcerza, pod pomnikiem czekał tylko jeden trochę niepewny rowerzysta, a była już godz 17:55. Jednak po chwili zaczęli się wszyscy zjeżdżać, a dokładnie o 18 przyjechał i sam trener. Do tego miejsca miałem avg speed 25 km/h ;).
5 min po 18 rozpoczęło się tradycyjnie losowanie koszulki, oczywiście znowu byłem blisko (no, o jakieś 10 osób). Jeszcze tylko zdjęcie rekordowej liczby osób i ruszamy w drogę. Szybki zjazd przy źródełku i najkrótszą drogą na asfalt w stronę jeziora Swarzędzkiego.
(*Przez 2 tyg nie znalazłem czasu aby dokończyć i już nie wiele pamiętam)
Z asfaltu wjechaliśmy nad jezioro swarzędzkie, i dalej przy polance na podjazd w las, który pokonałem bez większych problemów. Na początku jechało się miło, dopiero po chwili pojawił się pierwszy piach. Jechałem gdzieś w środku grupy i starałem się moją walką o przyczepność nie spowalniać reszty. Totalnie poległem przy przejściu przez tory, ale tam mało kto przejechał. Potem było jeszcze gorzej: główna droga to była jedna piaskownica, tylko po bokach były jakieś ścieżki wyjechane pomiędzy krzewami. Na szczęście ta masakra nie trwała długo, po chwili wyjechaliśmy na skraj lasu i tam już nawet dało się w piachu ujechać. Trzeba było uważać, żeby nie zjechać z dobrego toru jazdy - ponoć trener przez chwilę się z kimś zagadał i prawie zaliczył glebę. Wtedy już piękne czarne chmury szły znad Poznania, ale przecież nie będzie padać ;).
Przy aeroklubie w Bogucinie (a dokładniej chyba w Ligowcu) wjechaliśmy na betonowe płyty - co oznaczało koniec z piachem. I tak też było, po przejechaniu ul. Poznańskiej śmigaliśmy po asfalcie aż do samej Puszczy Zielonki. Jedynie po drodze był krótki szutrowy odcinek przy cmentarzu, a tak to cały czas piękny, nowy asfalt. Nawet był fajny podjazd (jeśli dobrze pamiętam to 9%) i po nim taki sam zjazd. Chmury już zawisły nad nami, pierwsze krople poczułem na plecach. Ale to był bardzo jak na ten moment przyjemny deszczyk, bardzo dobrze mnie orzeźwił.
Nadszedł czas na zdobycie Dziewiczej Góry. Jechaliśmy bardzo ładnie poprowadzonym szlakiem -była to wąska, kręta ścieżka ze sporą ilością podjazdów i zjazdów. Po chwili takiego rumakowania dojechaliśmy na Dziewiczą Górę - jak zawsze zdziwiłem się że to już jestem na miejscu. Ale to nie był koniec wyprawy.
Gdy trener objaśniał plan, Tomuś jak zawsze szalał popisując się gdzieś z boku. Najpierw sobie robił kółko dookoła wieży widokowej, ale potem przeniósł się na bardziej otwarty i teren. I STAŁA SIĘ RZECZ NIESSAMOWITA:
TOMEK PRÓBUJĄC ZROBIĆ STÓJKĘ ZAPOMNIAŁ ŻE JEST TERAZ NA PIACHU I PO CHWILI ZALICZYŁ PIĘKNĄ GLEBĘ, NA OCZACH WSZYSTKICH UCZESTNIKÓW TRENINGU. Wzbudziło ogólny śmiech, nawet trener coś tam pod nosem się uśmiechnął. Oczywiście od razu tomczer próbując zwrócić honor tłumaczył się, że dużo tam piachu było, ale nikt się tym nie przejął, nawet jeszcze bardziej się śmiali.
To teraz koniec żartów i jedziemy dalej robić pętelki podobno na trasie Mistrzostw Wielkopolski. Pamiętam, że za pierwszym razem pojechaliśmy łagodniejszym zjazdem, i po paru podjazdach/zjazdach, wyminięciu paru przeszkód znowu znalazłem się na podjeździe pod sam szczyt. Jednak teraz nie poszło mi już tak gładko: chyba próbując kogoś objechać straciłem przyczepność, ale na szczęście udało mi się chwycić drzewko. Cały wyciągnięty trzymałem się go myśląc jak teraz wypiąć się z pedałów. Po dłuższej walce udało mi się stanąć na ziemi i po chwili byłem już na górze.
Teraz chwile poczekaliśmy na jakieś zguby i ogólne poruszenie wzbudziło wspomnienie o zjechaniu "killerem" - podobno najtrudniejszym zjazdem w okolicy, gdzie piach, korzenie i samo nachylenie wzbudza strach wśród wielu zawodników. Do tego sławnego zjazdu prowadziła wąska, piaszczysta ścieżka. Jak zawsze przy takiej okoliczności przepuściłem wszystkich ogierów i zostawiłem sobie więcej miejsca. Po wjechaniu w las moim oczom ujrzała się prawie płaska ściana w dół. Już nie pamiętam jak zjeżdżałem, ale na 80% z jedną nogą wypięta żeby w razie czego szybciej się podeprzeć. Zjeżdżałem na dociśniętych maksymalnie klamkach hamulcach, nie pozwalając rozwinąć zbyt dużej prędkości rowerowi. Już prawie na dole killer pochłonął swoją pierwszą ofiarę - koleś źle wybrał drogę i przeleciał przez kierownicę. Mnie jeszcze ten odcinek czekał - całe wydarzenie oglądałem z dość dużej wysokości. Jednak ja sobie poradziłem bez większych problemów.
Dalej pojechaliśmy jakimiś ścieżkami na zbiórkę na Dziewiczą Górę. Przez moment trener jechał za mną i dosyć nie fortunnie na zakręcie, najpierw dosyć mocno hamując aby nie wjechać w piasek ponoć zapomniałem podnieść prawej nogi i zahaczyłem pedałem o korzeń. Efekt był taki, że dosyć mocno mnie wybiło i tym razem ja poleciałem przez kierownicę, nie wiedząc co się dokładnie stało. Trener podobno ledwo co wyhamował, kompletnie nie spodziewał się takiego wypadku. Ja się szybko pozbierałem i po chwili rozmowy na temat mojego stanu pojechaliśmy dalej.
Na górze okazało się, że jednemu zawodnikowi odmówiła dalszej jazdy kaseta. Jacyś starsi wyjadacze, jako rozwiązanie problemu podali popsikanie kasety jakimś WD40, ale że nikt tego nie miał przy sobie, to ktoś zaproponował że można to zrobić w bardziej naturalnym sposób. Gdy nic nie dały parę kopniaków i rzucanie o ziemię, kolega poszedł załatwić to na stronę. Wszyscy momentalnie zainteresowali się, czy na prawdę mocz ma takie właściwości. Koleś wrócił i nadeszła chwila prawdy: założył koło, założył łańcuch i...
kaseta w magiczny sposób chwyciła! Wszyscy osłupieli ze zdziwienia. Ale co dobre szybko się skończyło, jednak siki to nie jakiś smar i szybko kaseta przestała łapać. W takim wypadku kolega poszedł na parking i już dzwoniono po kogoś samochodem.
Tymczasem najwyższa pora była wracać, zrobiło się już dosyć późno (godzina chyba ok 8). Pojechałem w jakieś grupce z tyłu, z Tomaszem (nie tym z klasy, ale drugim tomkiem w klubie) na czele, który niby znał drogę. Poprowadził nas jakoś tak, że chyba zrobiliśmy kółko, ale po chwili dołączyliśmy do grupy. Zaczęło się już coraz bardziej ściemniać. Po wjeździe na asfalt poczułem znowu krople deszczu - już nie było tak miło jak poprzednim razem. Chwilę tak kropiło i już zaczęło sobie padać. Pierwsze krople były jednak gorsze, niż kolejne. Najgorzej było przyzwyczaić się do wody, potem już się jakoś jechało. Dopóki byliśmy na asfalcie, to jechałem dobrym tempem, jednak po wjeździe za aeroklubem na piach, zaczęło się moja walka o przetrwanie. Na mokrym piachu kompletnie sobie nie radziłem, a inni jechali prawie jak chcieli. Przez moment znalazłem się za trenerem i walczyłem o przyczepność.
Jeszcze widziałem trenera, jakieś lampki przed sobą, ale po chwili ten widok zniknął. Jechałem sam w ciemnym lesie w czasie burzy. Byłem cały mokry i brudny, do tego było już pioruńsko zimno. Nie znałem drogi, jechałem przed siebie. Byłem po prosty w szoku, panikowałem. Nie wiedziałem co się ze mną stanie. Nie wiedziałem czy mi komórka się nie zalała i czy działa. Cały czas walczyłem z piachem. Co chwilę odpinałem się z pedałów, bo nie mogłem ujechać. To prowadziłem rower, zaraz z nim biegnąc. W pewnym momencie stwierdziłem że pier***ę piach i jadę do przodu. Oczywiście skończyło się to glebą, ale szybko się pozbierałem i jechałem dalej. Było już na prawdę ciemno, a ja miałem tylko tylnią lampkę. Na szczęście po dłuższym takim szoku dojechałem do jeziora Swarzędzkiego, ale tu też nikogo nie było. Pędziłem ile sił w nogach, żeby tylko dogonić grupę i opierdzielić trenera. Po przejechaniu jeziora Swarzędzkiego nadszedł czas na asfalt. Udało się! Zobaczyłem w oddali jakieś światełka i po chwili znalazłem się już przy trenerze. Od razu powiedział mi takie coś: "Dobrze że jesteś, właśnie zastanawialiśmy się czy jechałem przed, czy za nami.". To zrujnowało mój plan opierdzielenia, ale cieszyłem się że już nie jechałem sam. Dojechaliśmy do wiaduktu i tam poszła komuś dętka. Trener udzielał pomocy, a cała grupa czekała kawałek dalej pod innym wiaduktem. Po dłuższej chwili pierwszy postanowili pojechać. Za nimi kolejny, dalej następny i tak wszyscy nie klubowicze pojechali przez siebie. Ja za nimi. Trzymałem się jakiś dwóch typków, którzy skręcili mi las. Jednak pamiętając poprzednią trasę, że tam było sporo piachu zawróciłem i popędziłem w ulewie za innymi szosą. Ciężko to było nazwać asfaltem, bardziej czułem jakbym jechał po rzece. Woda latała we wszystkie strony. Na światłach duża częśc grupy zdążył przejechać na zielonym, a mi i 2 innym gościom się to nie udało. Oni odbili w lewo i ja zostałem znowu sam. Tym jednak mniej więcej wiedziałem gdzie jechać. Chwilę sobie postałem w ulewie i zapaliło się zielone. W tej samej chwili przyjechało tych dwóch gościów, którzy postanowili jednak pojechać tą drogą. Specjalnie zjechałem na chodnik, żeby uniknąć chlapania wodą na wszystkie strony i tak jechaliśmy do przodu. Oczywiście pierwszy zjazd do lasu pominąłem, dopiero wjechałem w jakiś drugi. Dalej nie wiedziałem za bardzo w którą ścieżkę wjechać, to poczekałem na jeszcze jednego gościa i prowadziłem w stronę Malty. Kawałek dalej pojawił się kolejny dylemat o drogę. Pojechałem prosto, ale jakoś tej drogi nie kojarzyłem i szybko zawróciłem. Na moje szczęście dogoniła nas grupa z trenerem i razem już wracaliśmy w stronę Malty. Jakoś szybciej niż zawsze wyjechaliśmy z lasu. Już nie miałem sił jechać dalej, prawie umierałem. Cały się trząsłem z zimna i przemoczenia. Spytałem się trenera czy znalazło by się jedno miejsce w wozie, trener spytał się o adres i powiedział, że zobaczy czy się załadujemy. Pojechałem z nim na parking, i jeszcze z jednym kolesiem który poprosił o wymianę wygranej koszulki. Chwilę jeszcze postałem w deszczu, a obok pojawiła się rodzinka z kolesiem z rozwaloną piastą. Jakoś trener upchał rowery do busa i władowałem się do samochodu. Byłem uratowany, nie musiałem już męczyć się przez 10 km. Trener okazał się bardzo miłym i rozmownym człowiekiem, cały czas opowiadał mi o jakiś tam swoich przygodach. Nawet zaproponował mi obóz kolarski w Polanicy - zobaczymy co z tego wyjdzie. Wysadził mnie na parkingu, w domu byłem ok 10. Cały mokry, przemoczony, rower cały upieprzony. Od razu pod prysznic i ciepła herbatka żeby się nie przeziębić. MASAKRA


Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!