Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
  • DST 48.74km
  • Czas 02:47
  • VAVG 17.51km/h
  • VMAX 38.11km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Trening na Cytadeli i Strzeszynek.... z Mariką...

Środa, 15 czerwca 2011 · dodano: 15.06.2011 | Komentarze 0

W ramach przygotowania do obozu postanowiłem dzisiaj zawitać na trening klubowy na cytadeli, na który zachęcała mnie Sylwia. Miał on odbyć się o 17, w szkole miałem lekcje do 12:35, ale spotkanie z byłą klasą uprzykrzyło mi życie. Ostatecznie z domu wyszedłem o 16:45, dokładnie o 17 byłem za parkiem Sołackim. Było by ok, gdybym tylko wiedział gdzie się spotykamy. Trasa saneczkowa, bar pasieka czy ostoja nic mi nie mówiło, a w internecie nawet nie szło tego znaleźć.
Trochę pokręciłem się po Cytadeli szukając tego baru, ale na szczęście udało mi się znaleźć znak pokazujący drogę w las. Do tego Baru nawet trzeba trochę podjechać, nigdy wcześniej przy nim nie byłem. Jak już znalazłem się na górze, to mimo 10 min spóźnienia i mojego przekonania, że wszyscy już będą w trasie, moim oczom ukazał się widok 4 stojących zawodników i trenera w "cywilu". Była tam Sylwia w koszulce Tarisu, pan Jasio na swoim Corratecu który uczył nas później jeździć, ostro trenujący kolega w stroju CSC i drugi w stroju B'Twin.
Po jeszcze chwilki rozmowy z trenerem - dogadywania się co do wyjazdów na maratony, ruszyliśmy w trasę.
Pan Jasio pokierował Sylwię i mnie na jakąś jego znaną pętelkę, a tamci dwaj popędzili bardziej wymagającą pętlą akademicką.
Nasza trasa była bardzo ciekawa i techniczna: wąskie ścieżki, dużo korzeni, kolein. Co chwile jakiś podjazd, a za nim zjazd. Parę razy musiałem przeczekać chwilkę przed podjazdem, aż Sylwia podjedzie i będę miał drogę wolną, ale też z początku kilka razy musiałem odpinać buciki żeby uniknąć upadku. Jednak w jednym miejscu aż tak bardzo chciałem, że na podjeździe zabrakło mi sił i glebnąłem się na lewy bok. Podczas pierwszej pętelki ostrzejsze podjazdy rower wprowadzałem, bo na 1x1 nie dawałem rady utrzymać przyczepności. Na zjeździe przed amfiteatrem spanikowałem przed piachem i lekko docisnąłem przedni hamulec. Efekt: piękny lot przez kierownicę, potem jeszcze na mnie rower spadł z wysokości. Po za paroma obtarciami i siniakami wyszedłem z tego cało, ale wyglądało to na prawdę groźnie. Z połowy zjechałem i po nabraniu prędkości dojechałem na jakieś 1/3 podjazdu pod amfiteatr. Wyżej ciężko by było bez wcześniejszej zmiany biegu. Dalej starałem się pokonać ten podjazd na 1x1, ale po dojechaniu na najostrzejszy odcinek (ok własnie 1/3 długości) przednie koło traciło przyczepność, a jak wstawałem z siodełka to z kolei już za wolno się toczyłem i lada moment bym znowu leżał. Po paru takich przymierzaniach się do podjazdu odpuściłem sobie i wprowadziłem rower na górę z postanowieniem, że kiedyś jeszcze tu wrócę i pokonam amfiteatr.
Trochę gdzieś tam dalej pojeździliśmy i jakoś wróciliśmy pod bar Piknik, gdzie na drugą pętelkę dołączyli do nas nasi ścigacze. Sylwia już była trochę zmęczona, a ja jeszcze miałem trochę sił. Tym razem pokonałem na trasie wszystkie podjazdy, jak nie za pierwszym razem to za którym z kolei po odpowiednim rozpędzeniu się. Zjazd przed amfiteatrem tym razem pokonałem za drzewami, tak jak mi jakoś koleś radził. Odbyło się to bez problemu i znowu zapomniałem zmienić bieg przed podjazdem. Mimo poprzednich porażek teraz walczyłem o wysokość. Większy rozpęd na asfalcie, uważając na rozsypane szkło, w dobrym miejscu zmienić biegi i mam już 1/3 dystansu za sobą. Wystarczyło tylko dobrze utrzymać przyczepność i zachować siły do końca z podjazdu. Przez problemy z 1x1 postanowiłem spróbować zrobić to na 1x2. Pierwsze próby wychodziły obiecującą, do ok 1/2 dystansu podjeżdżałem. Chyba dopiero za 2gim razem tak się rozpędziłem, że podjechałem na samym rozpędzie połowę, dobrze udało mi się zmienić biegi i dalej już na stojącą wspinałem się do góry. Co chwile mi tylnie koło buksowało, gibałem się na boki, nogi już nie dawały rady. Jednak wycisnąłem z siebie wszystko i dawałem ile z sił w nogach. Jeszcze doping pana Jasia sprawił, że już prawie na górze nie poddałem się, tylko podciągnąłem do końca, a czułem już, że zaraz będę leżał. I stało się - tak jak postanowiłem wcześniej zdobyłem tą górę. Co prawda z dużego rozpędu, ale dałem radę. Na górze aż krzyknąłem ze szczęścia, a zarówno pan Jan jak i Sylwia pogratulowali mi walki.
Po tych męczarniach z amfiteatrem Sylwia była już wykończona, to pojechaliśmy pod bar aby zebrać się i skończyć trening. Pan Jasio polecił mi kupić dłuższy mostek - żeby łatwiej było mi dociążyć przednie koło na podjazdach. Po 10 min pogaduszce pojechaliśmy w swoje strony - ja akurat ze Sylwią i kolegą w stroju B'Twina. Zaproponował on pojechanie odcinka trasą akademicką - ja byłem chętny, a Sylwia już nie chciała się katować i pojechała normalnie. Natomiast ja pierwszy podjazd, złe biegi i gleba. Po chwili jednak już jechaliśmy dalej. Odpuściłem sobie proponowany ostry zjazd, bo już byłem zmęczony o obolały. Jak zobaczyłem którędy chciał mnie pokierować to nie żałowałem decyzji - ok 10m ściana w dół, potem podobną ścianą w górę podjazd. Aż mi szczęka opadła jak to zobaczyłem, co rozbawiło grupkę siedzących w okolicy ludzi.
Zjechaliśmy z trasy przy Harcówce, tam podziękowałem za pokazanie fajnej trasy i pojechałem w swoim kierunku.
Trochę żałośnie wyglądała moja średnia (14 km/h) i nie byłem do końca zmęczony, to postanowiłem skoczyć sobie nad Strzeszynek. Trasą pewnie hard, na pomoście zrobiłem sobie krótką przerwę i wracałem już od razu w stronę Rusałki, bez objeżdżania jeziora. A tam zaraz za wjazdem w las niespodzianka...
W grupie mijających mnie rowerzystów przyuważyłem znaną mi sylwetkę, po przyjrzeniu się z bliższej odległości byłem pewny że do Marika. Uśmiechnąłem się do niej ze zdziwienia i po chwili przemyślenia zawróciłem za nią. Mimo mojego planu już nie chciałem być taki chamski i przed drugim pomostem dogoniłem ją i pojechałem z nią. Troszkę sobie pogadaliśmy, ale nie byłem zadowolony z tego spotkania. Na chwilkę rozstaliśmy się przy altance przy stawku - ja wbiłem na moją ścieżkę w las, a ona pojechała szlakiem. Potem przy stajniach trochę sobie na nią poczekałem, ale już nie wiem czy to ta ścieżka jest taka krótka, czy ona przez bolące kolana aż tak zwolniła. Dalej nie mogłem sobie odpuścić przejechania skrótu zakrętu za Lutycku - trasa nawet fajna, dosyć trudna technicznie. Znowu musiałem trochę poczekać, dalej pojechaliśmy dookoła Rusałki i rozstaliśmy się przy mostku, gdzie ja pojechałem zrobić pętelkę na mojej ścieżce - podjazd, gdzieś tam małe kółko pomiędzy ścieżkami i później zjazd tą samą trasą i do domu.


Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!