Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
  • DST 88.19km
  • Czas 05:35
  • VAVG 15.80km/h
  • VMAX 65.44km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Sprzęt Instynkt
  • Aktywność Jazda na rowerze

BM Szklarska Poręba

Sobota, 16 sierpnia 2014 · dodano: 17.08.2014 | Komentarze 0

Kolejny epicki Bike Maraton. 

Praktycznie do samego końca zwlekałem z wybraniem opon na ten wyścig. Ostatecznie licząc na ładną pogodę i suche warunki założyłem z tyłu Ikona. Już w piątek zacząłem wątpić w słuszność wyboru. Dojeżdżając do Szklarskiej wjechaliśmy w ulewę. Padało dobre kilka godzin. Wieczorem jak byliśmy na Festiwalu przestało, za to w nocy znowu się rozpadało i siąpiło do samego rana.
Nienawidzę dźwięku jakie wydają krople odbijające się od dachówek i parapetu w przeddzień wyścigu. Nie wróży to dobrze. Tym razem jednak noc przespałem całkiem dobrze. 
Z rana  wszędzie mokro. Pod wyciągiem do tego zimno. Wszyscy zwlekaliśmy z rozgrzewką do ostatniej chwili. Zamiast marznąć na zewnątrz, grzaliśmy się w aucie. O godz 10:20 ruszyłem pojeździć. 15 min jazdy, ustawiłem się w trzeciej linii trzeciego sektora i niespodzianka: dla odmiany zaczyna padać. Do startu pozostało 20 min. Szybkie omówienie planu z Panem Wackiem: od startu mocno i dalej zobaczymy, na mini zawsze można zjechać ;) 

Punktualnie o godz 11:00 Michał Kwiatkowski strzałem dał sygnał do startu 1 sektora. Kolejne sektory ruszały dopiero jak ostatni zawodnik zniknął na zakręcie za pierwszym podjazdem. Czekało mnie jeszcze dobre 5 min stania i marznięcia. Jednak nie było już tak źle. Adrenalina robiła swoje. Krew buzowała w żyłach rozgrzewając ciało. Po podjechaniu do linii startu stałem na czele sektora z lewej strony, mając przed sobą tylko podjazd, a z mojej prawej i za mną rywali. 
Odliczanie i ruszyli! 
Ja mocno ale dość zachowawczo. Początkowe metry po płaskim ostrożnie, na wyczucie roweru i na lekkie dogrzanie przed wspinaczką. Podjazd też z rezerwą, jednak do samego końca na wysokich obrotach.
Ci co ruszyli pełną mocą, w połowie podjazdu zaczęli opadać z sił. Fot: FotoMaraton.pl

Przed samym "szczytem"  lekko odpuściłem i przepuściłem na pierwszy zjazd 2 innych zawodników, przez co gdy oni dokręcali to ja mogłem odpoczywać im na kole. Po chwili pojawił się obok mnie pan Wacław Szwarc, a pod koniec zjazdu dojechał do nas Tomek Dopierała. Kolejny, tym razem dłuższy podjazd zaczęliśmy w takiej Eskowej trójce. Przez mocniejsze tempo pana Wacka odjeżdżaliśmy reszcie 3ciego sektora i goniliśmy końcówkę drugiego. Jak dla mnie tempo było za mocne na początek wyścigu jadąc prawie bez rozgrzewki, jednak nie chciałem stracić takiej dobrej możliwości drużynowej jazdy. Tomek dał zmianę panu Wackowi, po chwili opadł z sił i odpadł od nas. Dogonił nas na zjeździe, a gdy wjechaliśmy w pierwszego błotnistego singla, ja zaplątałem się za wolniejszymi zawodnikami z 2giego sektora tym samym kończąc mój udział w jeździe drużynowej. 
Rozpoczęła się teraz zabawa. Pomiędzy podjazdami były trudne, techniczne zjazdy. Trasę niby znałem, ale na sucho było o wiele łatwiejsza. Teraz na mokrych kamieniach nie ryzykowałem zjazdu do Jagniątkowa. 
Na podjeździe pod Dwa Mosty dogoniłem najpierw Krzysia Andrzejewskiego, a kawałek wyżej Tomka Dopierałę. Dalej pustka. Tylko mgła i momentami jakieś krople deszczu. Zero ludzi. Zamieniłem parę słów z Tomkiem i pojechałem do końca swoje.
Jadąc tak samemu byłem pełen uznania dla mojego napędu. Po wymianie suportu wydobywała się tylko muzyka spod opon. Zero niepożądanych dźwięków, wszystko płynnie działa, nic nie przeskakuje. Podwójna dawka smaru na łańcuchu idealnie sprawdziła się w takich warunkach.
Na górze straciłem parę sekund żeby się ubrać i zjeść żela, po czym pognałem w dół. Zjazd szybki, wręcz jak to bywa u Grabka karkołomny. 60 km/h po mokrym zniszczonym asfalcie. W dodatku na dole okazało się, że zablokowała mi się przerzutka przednia na blacie. Na szczęście linki całe, wystarczyło zadziałać brutalną siłą i pomóc sprężynie przerzutki zdusić błoto wewnątrz mechanizmu. 
Niestety przez to dogoniła mnie grupka z Tomkiem i Krzysiem, zanim zdążyłem się zebrać to wjechałem na trasę zaraz za nimi. Dalej było parę zjazdów, więc Tomek szybko odjechał, a Krzysia zostawiłem na pierwszym kamienistym zjeździe.
Do rozjazdu mega/giga miałem jeszcze okazję jechać z Michaliną Ziółkowską która złapała wcześniej laczka. Po drodze było wiele ciekawych zjazdów, na których na Instynkcie świetnie się bawiłem i po każdym chciałem jeszcze raz. Stąd też nie mogło być innej decyzji jak pojechać na rozjeździe na Giga! 

Dla takiej genialnej trasy aż chce się jechać Giga! fot: FotoMaraton.pl

Został mi jeden, większy żel. Miałem go zjeść na Dwóch Mostach, ale wjeżdżając na drugą pętlę zaczynałem odczuwać lekki głód. Mam jeszcze awaryjnego batona, ale ten to tylko w przypadku większej bomby. Trudno, ryzykuję i jem teraz. Co będzie potem zobaczymy. Była to dobra decyzja. Podjazd pod Dwa Mosty pokonałem już nie tak mocno jak za pierwszym razem, ale również solidnym, równym tempem. Pomału pokonany dystans dawał się we znaki moim nogom. A do mety daleko. 
Na zjeździe dokręcałem i kładłem się na rowerze niczym Kwiato na Tourze. Od tego momentu zaczęło się odliczanie do końca. 
Rower zalepiony błotem już nie szedł tak dobrze jak na pierwszej rundzie. Jednak dalej wszystko działało co miało działać.
Na technicznych zjazdach świetna zabawa, na podjazdach coraz większe cierpienie. Tak do rozjazdu gdzie teraz pozostała już tylko jazda do mety.

Tym razem nie było z górki. Było wręcz przeciwnie. Głównie pod górkę. I to 2 razy. Profil na kierownicy, mimo iż mocno zalany, sprawdził się w tym momencie. Wiedziałem co mnie czeka. Pierwszy podjazd długi i żmudny. Przez Jagniątków do Michałowic. Trochę po asfalcie i trochę w terenie. Ogólnie młynek i mielenie prawie na skurczach. Zawodnik z BikeHeadu który porobił mnie na końcówce w Bielawie i tym razem deptał mi po piętach. Jednak to ja teraz byłem silniejszy na podjeździe i mu odjeżdżałem.
Z Wysokiego Mostu rozpoczynał się techniczny zjazd szlakiem nad strumieniem Rudnik do Szklarki. Swoista wisieńka na torcie wyścigu. Przez gęsty las zrobiło się ciemniej, parę razy wybrałem złą drogę między kamieniami i musiałem kilka metrów sprowadzić. Reszta zjechana, następnym razem uda się zjechać całość. Po tej przyjemności trasa przebiegała ścieżką nad Szklarka, którą przejechaliśmy pierwszego dnia zgrupowania ale w odwrotnym kierunku. Tym razem było dużo szybciej i mniej ludzi. Po pokonaniu mostku, przy Żółtej Skale rozpoczął się prawie ostatni, długi podjazd. Tak jak na zjeździe do Szklarki zawodnik BikeHeadu przemknął obok mnie, tak ja go dorwałem i wyprzedziłem teraz, na podjeździe. Zaczynała mnie brać bomba. Przydałby się jakiś żel. Meta już blisko. Jadę na oparach, byle do mety.
Po podjeździe było parę kilometrów odcinka Drogą pod Reglami. Na płaskim i paru lżejszych zjazdach można było dać odpocząć nogom przed tajemniczą końcową wspinaczką. Przyszła ona szybciej niż się tego spodziewałem. I zaskoczyła chyba wszystkich. Stromo. Nawet bardzo stromo. Do wjechania... gdyby nie było tam błota. Spróbowałem, opony zabłocone, pierwszy odcinek przejechałem, po połowie mnie odcięło... pojawiły się skurcze. Zaczyna mnie chwytać w udo. Walczę do końca. Dojeżdżam do zawodnika z mega i poddaję się. Schodzę z roweru, skurcz chwyta. Próbuję rozciągnąć mięsień, ruszam nogą i znowu to samo. Powiększa się, wręcz wyję z bólu. Chwila cierpienia i zaczynam powoli iść. Przeszło. Idę szybciej, kawałek wyżej wskakuję na rower podjeżdżam na samą górę. Już siłami woli. Na szczęście to już sama końcówka, a teraz miał być zjazd. Nie byle jaki, bo trasą zawodów DH.

Koncentracja do samego końca. Kamieni mało, za to dużo korzeni. Też dobra zabawa. Fot: Joanna Tomes

Następnie ostatni krótki podjazd na stojąco, kilkadziesiąt metrów w dół i upragniona meta. Wycieńczony, wygłodniały, w pół żywy. Pierwsze pytanie: gdzie bufet. Dobrze wiedziałem gdzie jest, ale wolałem się spytać. Ot tak dla pewności ;) 

Od razu rzuciłem się na banany. Nie wiem ile ich pochłonąłem, ale na pewno nie małą ilość. Następnie pomarańcze. Dojeżdża Glon który po starcie rozciął oponę. Razem schodzimy do auta. Schodzimy bo nie chcemy zjeżdżać żeby nie zmarznąć. Po chwili zaczyna padać. Dość mocno. Teraz to już nie ważne czy zimno czy nie, zjeżdżamy byle jak najszybciej się ogrzać. Tam już wszyscy czekają na nas. Okazało się, że tylko Tomek Czerniak przejechał Giga na dobrym 7 miejscu Open.
Ja ukończyłem na 28, takim samym jak moja życiówka w Myślenicach. Czas: 4h 58 min - nie udało się zejść poniżej 4:30 tak jak planowałem w czasie jazdy, będzie co poprawiać w przyszłym roku. 

Dziś świetnie spisał się sprzęt. Rama pospawana po wyścigu dalej jest pospawana, bez pęknięć. Napęd - rewelacja. Chyba pierwszy wyścig który przejechałem bez problemów z łańcuchem. Ogumienie podobnie jak napęd, żadnych laczków, żadnych rozcięć, tylny Ikon jakby się doszczelnił błotem. Swoją drogą Ikon na takie warunki był strzałem w dziesiątkę. Trasa faktycznie było w dużej części błoto odporna, miejscami tylko zalegało więcej wody. Po kamieniach szedł pewnie, na korzeniach i mostkach nie było niekontrolowanych uślizgów. Trochę tylko przesadziłem z ciśnieniem w przedniej oponie, było powyżej 2 barów.

Wynik dobry, jednak wszystkim humory popsuła pogoda. Mimo to, trasa była genialna, aż chce się wrócić na te kamienie na zjazdach. Według mnie najlepsze edycja tegorocznego Bike Maratonu. Wątpię żeby to się miało zmienić w Polanicy czy Świeradowie, o Poznaniu już nie mówiąc. 




Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!