Info
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.
W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!
2015:
2014:
2013:
2012:
2011:
2010:
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2015, Grudzień12 - 0
- 2015, Listopad11 - 0
- 2015, Październik9 - 0
- 2015, Wrzesień21 - 0
- 2015, Sierpień21 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec12 - 0
- 2015, Maj16 - 0
- 2015, Kwiecień24 - 0
- 2015, Marzec23 - 0
- 2015, Luty18 - 0
- 2015, Styczeń20 - 0
- 2014, Grudzień8 - 1
- 2014, Listopad9 - 0
- 2014, Październik11 - 0
- 2014, Wrzesień19 - 0
- 2014, Sierpień35 - 0
- 2014, Lipiec27 - 1
- 2014, Czerwiec18 - 0
- 2014, Maj20 - 0
- 2014, Kwiecień21 - 0
- 2014, Marzec24 - 0
- 2014, Luty23 - 0
- 2014, Styczeń8 - 0
- 2013, Grudzień6 - 0
- 2013, Październik6 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień16 - 0
- 2013, Lipiec9 - 0
- 2013, Czerwiec15 - 0
- 2013, Maj17 - 0
- 2013, Kwiecień17 - 0
- 2013, Marzec5 - 0
- 2013, Styczeń3 - 0
- 2012, Grudzień7 - 0
- 2012, Listopad11 - 0
- 2012, Październik12 - 0
- 2012, Wrzesień22 - 0
- 2012, Sierpień33 - 0
- 2012, Lipiec32 - 0
- 2012, Czerwiec32 - 0
- 2012, Maj45 - 0
- 2012, Kwiecień28 - 0
- 2012, Marzec18 - 0
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń1 - 0
- 2011, Grudzień3 - 0
- 2011, Listopad11 - 0
- 2011, Październik2 - 0
- 2011, Wrzesień25 - 0
- 2011, Sierpień27 - 0
- 2011, Lipiec37 - 0
- 2011, Czerwiec29 - 0
- 2011, Maj23 - 0
- 2011, Kwiecień27 - 0
- 2011, Marzec5 - 0
- 2011, Styczeń2 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
- 2010, Październik7 - 0
- 2010, Wrzesień15 - 0
- 2010, Sierpień19 - 0
- 2010, Lipiec28 - 0
- 2010, Czerwiec18 - 0
- 2010, Maj4 - 0
Wpisy archiwalne w kategorii
Szosa
| Dystans całkowity: | 22190.02 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 920:37 |
| Średnia prędkość: | 24.10 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 76.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 358 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 191 (97 %) |
| Maks. tętno średnie: | 168 (82 %) |
| Suma kalorii: | 86655 kcal |
| Liczba aktywności: | 409 |
| Średnio na aktywność: | 54.25 km i 2h 15m |
| Więcej statystyk | |
- DST 62.94km
- Czas 02:42
- VAVG 23.31km/h
- VMAX 46.83km/h
- Temperatura 18.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Bolechowo szosą i Puszcza Zielonka po okolicy
Sobota, 25 czerwca 2011 · dodano: 25.06.2011 | Komentarze 0
Ostatnio co chwile padało, to dla odmiany wybrałem się na działkę. W obydwie stront szosą, bez żadnego kombinowania po lasach. Jak na trening to odległość w sam ram, nawet mogło by być trochę dalej. W Promnicach bardzo nie ładnie zrobili mi ścieżkę, gdy ja chciałem sobie prześmignąć dalej asfaltem.Na działce zjadłem drożdżówkę i pojechałem w las szukać jakiś fajnych górek. Dojechałem nad jezioro Bolechowskie, tam gdzie jak byłem mały z kuzynem jeździliśmy. Ścieżka fajna, ale co chwile musiałem przenosić rower przez jakieś pnie drzew. Później pojechałem na Murowaną i wróciłem drogą przy granicy lasu. Wróciłem na ogród, zjadłem za tatę obiad - makaron i po chwili przerwy, gdy brat wrócił z przejażdżki moim skarbem pojechałem znowu. Tym razem skręciłem w prawo na Trzaskowo, by po chwili skręcić w lewo i wrócić do wjazdu w las. Śmignąłem sobie jeszcze drogą przy granicy lasu do Murowanej, skąd po pokonaniu szlabanu (wtf?!) wróciłem na główną drogę do leśniczówki. Na ogród coś zjeść - drugą drożdżówkę i po chwili do domu. Wyjeżdżałem o 19:20, w domu byłem o 20:30.
- DST 58.43km
- Czas 02:43
- VAVG 21.51km/h
- VMAX 45.36km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza góra vol.3 - trening
Wtorek, 14 czerwca 2011 · dodano: 14.06.2011 | Komentarze 0
Wtorek - czyli oczywiście prognozowane deszcze do godz 17. Jednak chmura naszła o godz 17:20, pierwsze krople deszcze spadły o 10 min później, gdy już miałem schodzić na dół z rowerem. Przez 5 min przeszła ulewa, potem trochę kropiło więc korzystając z tej przerwy szybko wyszedłem z domu.W drodze nie spotkał mnie żaden większy deszcz, na miejscu zbiórki byłem o ok 17:05. Tym razem było mało ludzi, ok 15 osób więc szansa na wygranie koszulki była wielka. Niestety wygrał koleś w koszulce Corrateca, 2 osoby obok mnie.
Po opadach nie było większego śladu, jechaliśmy tą samą trasą co poprzednio. Najpierw na zjeździe przy źródełku parę razu musiałem się mocno schylić, nawet zsiąść z siodełka żeby przejechać pod gałęziami. Trzymałem się ścisłego przodu, ale w jednym miejscu w okolicach jeziora Swarzędzkiego tak nagle zabrakło mi sił, że z prędkości 30 km/h ledwo dawałem radę utrzymać 22 km/h. Myślałem że powodem tego był jakiś defekt sprzętu, już byłem pewien, że poszła mi dętka w tylnim kole bo trochę się tam balon zrobił. Jednak się myliłem, to coś tkwiło w moim organizmie. Po chwili przerwy już wszystko wróciło do normy i dalej mogłem trzymać się pierwszej mocnej grupy. Mojego Tomka dopadł ból kolan, a inny Tomek miał problemy z oponkami (chyba RoRo) i oni z kilkoma osobami wrócili szosą do domu.
Na dojeździe do Dziewiczej tym razem nie miałem problemów z piachem. Nawet przejechałem przez największą piaskownicę przy wjeździe do lasu. Z podjazdami nie miałem problemów, gorzej było ze zjazdem na którym trochę momentami panikowałem. Pół pętelki mnie tak wykończyło, że zamiast jechać dalej za wszystkimi do ja wróciłem na górę. Trochę też ze względu na czas - za 5 min miała być zbiórka przy wieży, ale jak widać wszyscy się tym nie przejęli.
Wracając dwóch największych ogierów uciekło, więc ja nadawałem tempo, a raczej sam uciekałem przed resztą. Parę razy nawet wolałem poczekać, żeby upewnić się o dobrą drogę.
Przy jeziorze Młyńskim (mogę się mylić) prowadzenie przejął pan w koszulce Schwinna, który pokierował nas jego dobrze znanymi ścieżkami, w tym "singielką" nad samą Maltę.
Znowu wracałem z Sylwią, dłuższą chwilkę pogadaliśmy się przy cytadeli i później po ciemku wracałem przez miasto. W domu o ok 22.
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 55.90km
- Czas 02:33
- VAVG 21.92km/h
- VMAX 63.58km/h
- Temperatura 26.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Mosina Pożegowo z Konradem i Jackiem
Środa, 8 czerwca 2011 · dodano: 08.06.2011 | Komentarze 0
W szkole chłopaki namawiali mnie na przejażdżkę, to zaproponowałem pokazać im trasę Maratonu. Jacek od początku dnia przez temperaturę nie był za chętny na to, ale na Kondzia mogłem liczyć. Wracając ze szkoły umówiłem się z nim tak ok 15/16, ale moje domowe obowiązki trochę to opóźniły.W takim razie miałem być o 16:30 w Luboniu. Z domu wychodziłem o 16 i tu niespodzianka: otwieram bramę, a tam pojawia mi się piękny widok pierwszy kropel deszczu. Poczekałem chwilkę - ok 5 min największą nawałnicę, w międzyczasie jeszcze spotkałem tatę który kazał mi jechać, deszcz niby był przelotny, to co zmoknę to i tak wyschnę. Planowałem pojechać Matejki do Hetmańskiej, ale przez deszcz zapomniałem o tym i wjechałem na Grunwaldzką. Na Głogowskiej przy Macu zadzwonił do mnie Kondzio i tłumaczyłem się mu że deszcz mnie zatrzymał. Tu kolejna niespodzianka: za chwilę znowu zaczęło lać, jakby z tej samej chmury. Schowałem się w przejściu i przeczekałem tym razem dobre 10 min. Gdy już przestało padać pojechałem dalej, a tam znowu zaczęło kropić i znowu się schowałem, tym razem pod daszek od Rossmana. Tutaj nieco dłużej musiałem czekać, po jednej nawałnicy przyszła druga i tak zleciało mi 20 min. Ostatecznie u Kondzia byłem o 17:30.
Do Puszczykowa dojechaliśmy tradycyjnie ścieżką przy jezdni. Na miejscu mieliśmy wyciągnąć zniechęconego Jacka, ale jak przyjechaliśmy to właśnie jadł pizze. Nie chciało nam się czekać i pojechaliśmy do Mosiny sami. Pokierowałem Kondzia drogą tą samą jak prowadziła objazdówka na Maratonie i na podjeździe jadąc swoim tempem szybko uciekłem Kondziowi. Mimo to jechałem dużo wolniej niż w niedzielę, ale to było do przewidzenia (nie w formie i brak tej niosącej atmosfery zawodów). Na górze dziwnie wyglądało to miejscu - tak jakoś za pusto tam teraz jest. W dodatku jeszcze ciemne chmury potęgowały tą pustkę.
Pamiętając o tym, że Jacek miał do nas przyjechać pokazałem Kondziowi zjazd brukiem w stronę piachu. Tak mu się spodobał, że mimo burzy chciał dalej tym piachem jechać, ale po chwili zrezygnował. Wracając już nie było tak lekko, nawet w jednym miejscu musiałem się podeprzeć. Na moim ulubionym podjeździe znowu uciekłem Kondziowi, ale i tak w niedzielę jechałem tam duuużo szybciej.
Na górze pojechałem sobie na dróżką na metę maratonu i chwilę odpoczęliśmy pod moim drzewem.
Jacek nie dawał oznak życia, to ja pojechałem w dół, a Kondzio do niego w tym czasie zadzwonił. Już na samym początku spadł mi łańcuch. Gdy po zawrocie zacząłem podjeżdżać śmignął obok mnie Kondzio i okazało się, że Jackowi poszła dętka i teraz jest gdzieś przy Rynku w Mosinie. Biedak ponoć prowadził rower prze 1,5 km i teraz od 20 min myślał co ma zrobić. Oczywiście kasy na komie nie miał żeby do nas zadzwonić. Dziura w dętce była taka dużo, że ciężko było przez pompowanie dętki ja znaleźć - za szybko powietrze uchodziło. Po załataniu Kondzio próbował napompować ją bez skutku. Oczywiście zwaliłem winę na pompkę, ale moją nie wiele więcej zdziałałem. Jeszcze raz szybkie spojrzenie na dętkę i jest... druga dziurka. Jacuś musiał złapać snake'a na krawężniku. Załatane i jedziemy dalej.
Razem z Jackiem jeszcze raz pojechaliśmy na Pożegowo, a Kondziowi się spieszyło i nas zostawił. Tym razem dałem z siebie więcej na podjeździe i na górze widok burzowych chmur już dookoła Mosiny szybko zachęcił nas do powrotu. Niby po zjeździe Jackowi zaczęło schodził powietrze z dętki, to jeszcze skoczyliśmy na stację. Szybko pit-stop i 10 min później już pożegnałem Jacka i pędziłem do domciu żeby zdążyć przed deszczem.
Za Puszczykówkiem zauważyłem jakiegoś kolesia jadącego bez trzymanki na ulicy środkiem pasa. Wyprzedzając go spojrzałem mu prosto w oczy, ale powstrzymałem się z komentarzem. Sekundę później wskoczył mi na koło, a ja próbując zgubić, zmęczyć go pędziłem ile sił w nogach i sam się męczyłem. Nawet specjalnie pojechałem środkiem przez najgłębszy piach, żeby on tam musiał przyhamować. Zaraz po tym rozejrzałem się i nigdzie go nie było. To ja już cały szczęśliwy jechałem dalej, gdy ten sam koleś nagle zajechał mi drogę i ładnym, bardzo miłym gestem przepuścił mnie do przodu (cwel), bo sam nie mógł chwilę poprowadzić. To ja dalej dawałem z siebie wszystko i tak razem dojechaliśmy do Lubonia. Tam na jakiś światłach zatrzymało mnie czerwone i stojące na skrzyżowaniu samochodu, między którymi gościu sobie spokojnie przejechał jakby on tam do tego specjalnie stały. Tyle co go widziałem, później wróciłem Hetmańską i Matejki bez większych przygód. W domu o 20:40.
Kategoria Szosa, Towarzysko
- DST 62.70km
- Czas 02:57
- VAVG 21.25km/h
- VMAX 46.42km/h
- Temperatura 26.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza gór vol. 2 - trening
Wtorek, 7 czerwca 2011 · dodano: 07.06.2011 | Komentarze 0
Tym razem padało przed moim wyjściem z domu, na Estkowskiego złapałem kolesia z treningów i przefrunąłem za nim przez Śródkę. Dalej dołączył do nas Tomczer w koszulce Tarisa i razem podjechaliśmy na miejsce zbiórki. Nawet byliśmy dość punktualnie. Chwilkę pogadaliśmy o maratonie, koszulka znowu poszła w obce ręce i pojechaliśmy na Dziewiczą inną drogą, dłuższą ale mniej piaszczystą.Po zachęcającym mnie do dalszej pracy maratonie trzymałem się z przodu. Może tempa Tomka i kolesia, któremu chciał się urwać, nie dawałem rady utrzymać, ale już takiego problemu nie było z kolegą z klubu w stroju CSC i Michałem, z którym gadałem na temat opon.
Ta inna trasa wyglądała w ten sposób, że zamiast skręcić nad jeziorem swarzędzkim w las w piach, to przelecieliśmy do Gruszczyna i tam dalej przez Mechowo dojechaliśmy to żółtego szlaku prowadzącego wprost na Dziewiczą. Tam zagadałem do gościa w stroju CSC, który siedział obok mnie pod drzewem na Maratonie w Mosinie. Okazało się, że mamy kolejnego Tomka na treningach. Gadając jechaliśmy w czołówce, aż do piaszczystego podjazdu na którym poległem, a Tomek (CSC) na Karmach podjechał bez większego problemu. Tam mi uciekł i potem spotkaliśmy się znowu przed końcowym podjazdem na Dziewiczą. Powiedziałem mu, że zdziwi się ja wjedziemy na górę że to już i tak też dokładnie było. Wszystkie podjazdy pokonałem chyba bez większych problemów, potem pętelka i na zjazdach w piachu nie było już tak miło. Na killerze poległem, cały czas zjeżdżałem z jedną nogą wypiętą.
Powrót tą samą drogą, czołówka uciekła i od jeziora Swarzędzkiego jechałem z gościem na crossie. W jednym miejscu ładnie poprowadziłem go przez łąkę, że dalej podjazdu nie pokonaliśmy. Kawałek przed Maltą nagle zaczęło mi coś blokować tylnie koło, a po chwili okazało się że to uchwyt od tylniej lampki mi się rozkręcił i lampka zablokowała się przy hamulcu. Cofnąłem się żeby poszukać zgubionej śrubki, ale nic z tego. Gdzieś w okolicach przejazdu złapaliśmy Tomka CSC z panem w koszulce Schwinna, który pokierował nas bodajże "singielkiem" nad Maltę. Ścieżka świetna, bez większych zjazdów i podjazdów ale momentami było co pedałować. Na jednym piachu nawet utknąłem.
Nad Maltą dosyć długo czekaliśmy na trenera - gdzieś w trasie poszła kolejna dętka, okazało się że zapasowa miała chyba rozwalony wętyl i do tego był jeszcze problem z pompką. Wróciłem sobie miło gadając z panią, która była na Maratonie do Cytadeli. W domu byłem późno, już nie pamiętam (po tygodniu - szkoda że nie napisałem tego od razu) dokładnie o której
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 57.86km
- Czas 02:39
- VAVG 21.83km/h
- VMAX 45.66km/h
- Temperatura 30.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Uzarzewo - trening
Wtorek, 31 maja 2011 · dodano: 31.05.2011 | Komentarze 0
Z domu wyszedłem sporo za późno i potem musiałem pędzić żeby zdążyć na losowanie. Jeszcze czas straciłem w parku Sołackim na wytarcie łańcucha. Ostatecznie na miejscu zbiórki byłem o 18:10 i idealnie zdążyłem na losowanie. Ludzi było baardzo dużo, widocznie nie wystraszyli się pogody. Jedynie ze wszystkich brakowała mi Tomka, który jednak przyjechał w czasie losowania. Tym razem koszulka przypadła najbardziej zasłużonemu z nas.Na czele pojechał niejaki Tomek (ten drugi z klubu) i pięknie poprowadził nas przez największa błoto przy źródełku. Jeszcze do tego specjalnie wypiąłem nogę żeby się nie poślizgnąć, co mi jeszcze bardziej upierdzieliło nogę. Cieszyłem się, że tym razem wrócę z treningu suchy, a tu taka niespodzianka. Rower już był cały od błocka. Do Uzarzewa pojechaliśmy trasą maratonu, czyli czarnym szlakiem. Po drodze przez Tomka poznałem Michała z klubu, który opowiadał mi o Race Kingach. Na utwardzonych odcinkach trzymałem się w czołówce, natomiast na piachu - którego tam było bardzo dużo, momentalnie wszyscy ścigacze mi uciekali.
Jeszcze po drodze przód dostał opr od trenera, za to nie że nie poczekaliśmy na resztę. Miałem zapytać się trenera o oponki, ale widząc go takim stanie wolałem dać sobie spokój, Na zjeździe przed Uzarzewem, pamiętając co się działo w zeszłym roku na rajdzie, teraz zjechałem bardzo ostrożnie.
W Uzarzewie, czekając na trenera z resztą grupy, klubowicze szaleli na podjeździe. Było gorąca, każdemu już zaczynało brakować wody, a jeden podjechał do jakiegoś pana podlewającego kwiaty żeby nalał mu trochę wody do bidonu.
Przyjechał trener, chwilę jeszcze odpoczęliśmy i pojechaliśmy trasą mini maratonu. Był tam zapowiadany przez trenera spory podjazd, którego trudność jednak polegała na piaszczysty początku, którego oczywiście nie pokonałem.
Pierwszej grupy już nie było widać, a mi jechaliśmy przed siebie taką ładną aleją. Zatrzymaliśmy się już w jakieś wiosce i trener nam powiedział, że powinniśmy dobre 2 km wcześniej skręcić w lewo. Teraz mogliśmy jechać jakoś na około, ale grupa zadecydowała zawrócić i jechać planowaną trasą. Ja odważnie wysunąłem się na przód i prowadziłem grupę.
Pojechaliśmy do bardzo ostrego zjazdu, który miał być bardzo piaszczysty i rozryty. Okazał się on bardzo miły, tylko przyblokował mnie jeden gościu z pierwszej grupy, który nawracał po podjeżdżaniu na zjazd. Straciłem przez niego przyjemność z szybkiej jazdy, ale i tak było świetnie.
Już całą grupą pojechaliśmy w stronę Gruszczyna. Ścieżka była dosyć rozryta, a ja trzymałem się przodu. Przez to udało mi się ten odcinek pojechać bez żadnego wypadku, co niestety nie wszystkim się udało. Ponoć jakaś panna zjechała na moment z trasy i wjechała w piach. Z opowiadań ludzi jadący z nią, wyglądało to strasznie. Przeleciała przez kierownicę i dosyć mocno wbiła się w ziemie. Ale na miejscu, jak do nas dojechało to aż tak źle nie wyglądała. Tylko trochę kolanko obtarte.
Dalej ruszyliśmy jakąś tajemną ścieżką nad jeziorem Swarzędzkim, tzn bez skutku szukaliśmy jej, niby miała być za mostkiem, a ostatecznie pojechaliśmy bodajże w stronę szlaku. Tu już zacząłem czajenie się na rozmowę z trenerem, ale do samej Malty nie doczekałem sie. A szkoda, bo można było sobie fajnie pośmigać z przodu. W takim razie poczekałem po przemowie, aż trener przestanie o czymś tam opowiadać i na temacie opon podpytałem się jakie by mi polecił. Zaproponował mi Race Kingi 2.0, do tego jeszcze po cenie hurtowej. Byłbym głupi, gdybym się nie zgodził i pojechałem na parking obgadać z trenerem szczegóły transakcji. Zgadaliśmy się, że jutro przedzwonię dowiedzieć się czy oponki już są i pojechałem do domciu.
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 68.97km
- Czas 03:26
- VAVG 20.09km/h
- VMAX 65.85km/h
- Temperatura 22.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Osowa góra z Jackiem *Największe 3 górki dookoła Poznania zaliczone ;)
Niedziela, 29 maja 2011 · dodano: 30.05.2011 | Komentarze 0
Wycieczka zaplanowana w sobotę wieczorem, szczegóły mieliśmy jeszcze obgadać w południe, jednak Jacek nie pojawił się na gadu do 12:30. Pojechałem na stację zmniejszyć ciśnienie w oponkach i przy okazji zadzwoniłem do Jacka, żeby dopytać się co wyszło z naszego tripa. Szczęśliwie plan się nie zmienił i już jechałem w stronę Grunwaldzkiej.Ze smarowaniem nie trafiłem, do tego dokuczało mi stukanie w suporcie, przez co nie miałem ochoty do szybszej jazdy. Jakby tego było mało, to jeszcze w stronę Lubonia jechałem pod wiatr. Za Hetmańską wahałem się czy jechać dalej, już nawet wyciągnąłem komórkę żeby dopytać się Jacka o pogodę u niego w Puszczykowie. Ładne czarne chmurki wisiały na południu, a kolejny raz zmoknąć nie miałem ochoty. Jednak ostatecznie komórkę schowałem i odważnie pojechałem w chmury. Zauważyłem, że na szybszej kadencji stukanie znikało, to specjalnie redukowałem bieg i szybko pedałowałem, przez co później trochę kolanka bolały.
Miałem dać znać Jackowi jak będę przy stacji w Puszczykówku, ale on mnie uprzedził i zadzwonił jak wyjeżdżałem z Lubonia. Powiedział, żebym się nie śpieszył to za przejazdem przez tory skręciłem w las na szlak nadwarciański. Nawet nie spodziewałem się tam tylu ludzi, co mnie ominęło.
Ładnie przejechałem lasem, nawet raz musiałem przeprowadzić rower przez piach. U jacka byłem jakoś o 14:30, nawet nie podszedłem do furtki a ten już wyszedł z domu. Chwilę u niego próbowałem wyczyścić korbę z zewnątrz i przetarłem cały zasyfiony łańcuch. Jack poszpanował swoją nową crossową maszynką i ruszyliśmy jakimiś nieznanymi mi ścieżkami w stronę Osowej, trochę błądząc po drodze. Podjechaliśmy nawet pod jakaś kruszarnie gruzu i dalej ostrym podjazdem w las, ale oczywiście była to zła droga. Jacek jak zawsze pytał się każdego którędy na tą Osową i każdy mówił nam inną drogę.
Poskładaliśmy wszystkie rady w jedno i pojechaliśmy na asfaltowy podjazd. BYŁ ON ZAJE... . Ostro w górę, na początku jakoś wyrabiałem 15 km/h, na końcu, na najostrzejszym odcinku ledwo ciągnąłem 10 km/h. Nogi już tak bolały, że ciężko byłoby tak dalej jechać. Jacek już wymiękł na samym początku, widać że nie był w formie. Jak już podjechałem na górę to zrobiło mi się smutno, że już koniec, ale oczywiście Jacek musiał popytać się czy to już jest Osowa. Co dziwne, okazało się że nie i wskazaną nam jakąś ścieżynkę przez las prowadząca nad jeziorko - glinianki, czy jakoś tak. Następnie wyjechaliśmy z niej na drogę, a dokładniej to na szlak, wydaje mi się że nawet sam Pierścień dookoła Poznania. Byłem pewien, że musimy jechać grzbietem góry, ale Jacek, który niby pamiętam drogę pojechałem szlakiem, brukiem w dół. Tam na dole jednak Jacek zwątpił i tym razem ja spytałem się kierowcy przejeżdżającego samochodu o drogę. Oczywiście polecił nam się cofnąć tym brukiem na górę i dalej pojechać grzbietem góry, czyli tak jak ja mówiłem. Kolejny podjazd i znowu Jacek wymiękł, gdy ja spokojnie sobie podjechałem.
Tam spytaliśmy się kolejnych osób, gdzie ta Osowa? - poprowadzili nas na szlak na grzbiecie góry, który po szutrowym odcinku zmieniał się w piaszczystą ścieżkę w dół w las. Jadąc tak dojechaliśmy nad jezioro Kociołek, które objechaliśmy dookoła. Przynajmniej w teorii objechaliśmy, bo prawie cały czas przenosiliśmy rowery nad zapadniętymi drzewami. Przy okazji nie jeden raz byliśmy celem ataków chmar komarów. Na tej ścieżce parę razy się zabiliśmy, ale było ok.
Teraz szukaliśmy stacji kolejki na Osowej Górze. Z kolejnych pytań przypadkowych ludzi, wynikło że musimy gdzieś skręcić w prawo i tak zrobiliśmy. Ścieżka była bardzo fajna, dosyć utwardzona przez co można było ładnie śmigać. Kawałek dalej stanęliśmy przed rozwidleniem dróg i wybraliśmy tą na prawo, przez to że prowadziła bardziej pod górę. To było tak pod górę, że nie miałem szans tam podjechać i nawet nie próbowałem tylko ładnie za Jackiem podprowadziłem rower. Żeby już tak nie jeździć tam i z powrotem Jacek poleciał zobaczyć co kroi się na szczycie tej góry, a ja popilnowałem rower. Stacji kolejki nie było widać, ale podobno kawałek przed nami było już jakieś Ludwikowo. Jakoś nie chciałem tam jechać i zawróciliśmy ostrym zjazdem do rozwidlenia drogi, gdzie tym razem pojechaliśmy w prawo (od kociołka w lewo). Tam jadąc w oddali z widokiem na jezioro Budzyńskie nagle droga nam się urwała. Z dylematu o powrotną drogę (Ludwikowo vs Pożegowo) ja na siłę wybrałem powrót do Mosiny.
Zjazd z góry okazał się być trafnym wyborem, rekord prędkości został ustanowiony. Przejazd przez rynek w Mosinie (na którym to Jacek mieszka) i dalej w stronę Puszczykowa. Trochę Jacusiowi uciekłem, przez co przegapiłem zjazd od razu pod jego dom i pojechaliśmy w stronę dworca. Tam się rozstałem z Jackiem i pojechałem do domciu.
W domu po 17.
Kategoria Szosa, Towarzysko, MTB
- DST 52.90km
- Czas 02:45
- VAVG 19.24km/h
- VMAX 44.33km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Dziewicza Góra - Trening
Wtorek, 24 maja 2011 · dodano: 24.05.2011 | Komentarze 0
Tym razem pogoda miała być bardziej udana niż w zeszłym tygodniu, ale... według prognozy mogło popadać ok godz 19. Wychodząc z domu tylko trochę się zaciągało, ale nie widziałem strasznych chmur. Specjalnie tym razem odchudzony rower, bez zbędnej torby podsiodłowej (komórka, klucz i łatki w koszulce), uchwytu na latarkę i niedziałającego po ostatnim treningu dzwonka. Jeszcze na świeżo co nasmarowanym łańcuchu.Z domu wyszedłem o 17:15, jadąc przez sołacz przetarłem sobie łańcuch. Przed mostem nad Wartą zauważyłem znajomie wyglądającego kolarza, tzn poznawałem strój. On ładnie ruszył ulicą, a ja czekałem na chodniku na światłach. Kiedy zapaliło się zielone to ruszyłem w pogoń za nim, do Śródki go dogoniłem i jadąc nad Maltą siedział mi przez chwilę na kole. Jednak tak dobrze, lekko mi się jechało że szybko zrezygnował. Prawie cały odcinek jechałem z prędkością ok 35 km/h, dopiero od źródełka wlokłem się czekając na znajomą twarz. Na polanie Harcerza, pod pomnikiem czekał tylko jeden trochę niepewny rowerzysta, a była już godz 17:55. Jednak po chwili zaczęli się wszyscy zjeżdżać, a dokładnie o 18 przyjechał i sam trener. Do tego miejsca miałem avg speed 25 km/h ;).
5 min po 18 rozpoczęło się tradycyjnie losowanie koszulki, oczywiście znowu byłem blisko (no, o jakieś 10 osób). Jeszcze tylko zdjęcie rekordowej liczby osób i ruszamy w drogę. Szybki zjazd przy źródełku i najkrótszą drogą na asfalt w stronę jeziora Swarzędzkiego.
(*Przez 2 tyg nie znalazłem czasu aby dokończyć i już nie wiele pamiętam)
Z asfaltu wjechaliśmy nad jezioro swarzędzkie, i dalej przy polance na podjazd w las, który pokonałem bez większych problemów. Na początku jechało się miło, dopiero po chwili pojawił się pierwszy piach. Jechałem gdzieś w środku grupy i starałem się moją walką o przyczepność nie spowalniać reszty. Totalnie poległem przy przejściu przez tory, ale tam mało kto przejechał. Potem było jeszcze gorzej: główna droga to była jedna piaskownica, tylko po bokach były jakieś ścieżki wyjechane pomiędzy krzewami. Na szczęście ta masakra nie trwała długo, po chwili wyjechaliśmy na skraj lasu i tam już nawet dało się w piachu ujechać. Trzeba było uważać, żeby nie zjechać z dobrego toru jazdy - ponoć trener przez chwilę się z kimś zagadał i prawie zaliczył glebę. Wtedy już piękne czarne chmury szły znad Poznania, ale przecież nie będzie padać ;).
Przy aeroklubie w Bogucinie (a dokładniej chyba w Ligowcu) wjechaliśmy na betonowe płyty - co oznaczało koniec z piachem. I tak też było, po przejechaniu ul. Poznańskiej śmigaliśmy po asfalcie aż do samej Puszczy Zielonki. Jedynie po drodze był krótki szutrowy odcinek przy cmentarzu, a tak to cały czas piękny, nowy asfalt. Nawet był fajny podjazd (jeśli dobrze pamiętam to 9%) i po nim taki sam zjazd. Chmury już zawisły nad nami, pierwsze krople poczułem na plecach. Ale to był bardzo jak na ten moment przyjemny deszczyk, bardzo dobrze mnie orzeźwił.
Nadszedł czas na zdobycie Dziewiczej Góry. Jechaliśmy bardzo ładnie poprowadzonym szlakiem -była to wąska, kręta ścieżka ze sporą ilością podjazdów i zjazdów. Po chwili takiego rumakowania dojechaliśmy na Dziewiczą Górę - jak zawsze zdziwiłem się że to już jestem na miejscu. Ale to nie był koniec wyprawy.
Gdy trener objaśniał plan, Tomuś jak zawsze szalał popisując się gdzieś z boku. Najpierw sobie robił kółko dookoła wieży widokowej, ale potem przeniósł się na bardziej otwarty i teren. I STAŁA SIĘ RZECZ NIESSAMOWITA:
TOMEK PRÓBUJĄC ZROBIĆ STÓJKĘ ZAPOMNIAŁ ŻE JEST TERAZ NA PIACHU I PO CHWILI ZALICZYŁ PIĘKNĄ GLEBĘ, NA OCZACH WSZYSTKICH UCZESTNIKÓW TRENINGU. Wzbudziło ogólny śmiech, nawet trener coś tam pod nosem się uśmiechnął. Oczywiście od razu tomczer próbując zwrócić honor tłumaczył się, że dużo tam piachu było, ale nikt się tym nie przejął, nawet jeszcze bardziej się śmiali.
To teraz koniec żartów i jedziemy dalej robić pętelki podobno na trasie Mistrzostw Wielkopolski. Pamiętam, że za pierwszym razem pojechaliśmy łagodniejszym zjazdem, i po paru podjazdach/zjazdach, wyminięciu paru przeszkód znowu znalazłem się na podjeździe pod sam szczyt. Jednak teraz nie poszło mi już tak gładko: chyba próbując kogoś objechać straciłem przyczepność, ale na szczęście udało mi się chwycić drzewko. Cały wyciągnięty trzymałem się go myśląc jak teraz wypiąć się z pedałów. Po dłuższej walce udało mi się stanąć na ziemi i po chwili byłem już na górze.
Teraz chwile poczekaliśmy na jakieś zguby i ogólne poruszenie wzbudziło wspomnienie o zjechaniu "killerem" - podobno najtrudniejszym zjazdem w okolicy, gdzie piach, korzenie i samo nachylenie wzbudza strach wśród wielu zawodników. Do tego sławnego zjazdu prowadziła wąska, piaszczysta ścieżka. Jak zawsze przy takiej okoliczności przepuściłem wszystkich ogierów i zostawiłem sobie więcej miejsca. Po wjechaniu w las moim oczom ujrzała się prawie płaska ściana w dół. Już nie pamiętam jak zjeżdżałem, ale na 80% z jedną nogą wypięta żeby w razie czego szybciej się podeprzeć. Zjeżdżałem na dociśniętych maksymalnie klamkach hamulcach, nie pozwalając rozwinąć zbyt dużej prędkości rowerowi. Już prawie na dole killer pochłonął swoją pierwszą ofiarę - koleś źle wybrał drogę i przeleciał przez kierownicę. Mnie jeszcze ten odcinek czekał - całe wydarzenie oglądałem z dość dużej wysokości. Jednak ja sobie poradziłem bez większych problemów.
Dalej pojechaliśmy jakimiś ścieżkami na zbiórkę na Dziewiczą Górę. Przez moment trener jechał za mną i dosyć nie fortunnie na zakręcie, najpierw dosyć mocno hamując aby nie wjechać w piasek ponoć zapomniałem podnieść prawej nogi i zahaczyłem pedałem o korzeń. Efekt był taki, że dosyć mocno mnie wybiło i tym razem ja poleciałem przez kierownicę, nie wiedząc co się dokładnie stało. Trener podobno ledwo co wyhamował, kompletnie nie spodziewał się takiego wypadku. Ja się szybko pozbierałem i po chwili rozmowy na temat mojego stanu pojechaliśmy dalej.
Na górze okazało się, że jednemu zawodnikowi odmówiła dalszej jazdy kaseta. Jacyś starsi wyjadacze, jako rozwiązanie problemu podali popsikanie kasety jakimś WD40, ale że nikt tego nie miał przy sobie, to ktoś zaproponował że można to zrobić w bardziej naturalnym sposób. Gdy nic nie dały parę kopniaków i rzucanie o ziemię, kolega poszedł załatwić to na stronę. Wszyscy momentalnie zainteresowali się, czy na prawdę mocz ma takie właściwości. Koleś wrócił i nadeszła chwila prawdy: założył koło, założył łańcuch i...
kaseta w magiczny sposób chwyciła! Wszyscy osłupieli ze zdziwienia. Ale co dobre szybko się skończyło, jednak siki to nie jakiś smar i szybko kaseta przestała łapać. W takim wypadku kolega poszedł na parking i już dzwoniono po kogoś samochodem.
Tymczasem najwyższa pora była wracać, zrobiło się już dosyć późno (godzina chyba ok 8). Pojechałem w jakieś grupce z tyłu, z Tomaszem (nie tym z klasy, ale drugim tomkiem w klubie) na czele, który niby znał drogę. Poprowadził nas jakoś tak, że chyba zrobiliśmy kółko, ale po chwili dołączyliśmy do grupy. Zaczęło się już coraz bardziej ściemniać. Po wjeździe na asfalt poczułem znowu krople deszczu - już nie było tak miło jak poprzednim razem. Chwilę tak kropiło i już zaczęło sobie padać. Pierwsze krople były jednak gorsze, niż kolejne. Najgorzej było przyzwyczaić się do wody, potem już się jakoś jechało. Dopóki byliśmy na asfalcie, to jechałem dobrym tempem, jednak po wjeździe za aeroklubem na piach, zaczęło się moja walka o przetrwanie. Na mokrym piachu kompletnie sobie nie radziłem, a inni jechali prawie jak chcieli. Przez moment znalazłem się za trenerem i walczyłem o przyczepność.
Jeszcze widziałem trenera, jakieś lampki przed sobą, ale po chwili ten widok zniknął. Jechałem sam w ciemnym lesie w czasie burzy. Byłem cały mokry i brudny, do tego było już pioruńsko zimno. Nie znałem drogi, jechałem przed siebie. Byłem po prosty w szoku, panikowałem. Nie wiedziałem co się ze mną stanie. Nie wiedziałem czy mi komórka się nie zalała i czy działa. Cały czas walczyłem z piachem. Co chwilę odpinałem się z pedałów, bo nie mogłem ujechać. To prowadziłem rower, zaraz z nim biegnąc. W pewnym momencie stwierdziłem że pier***ę piach i jadę do przodu. Oczywiście skończyło się to glebą, ale szybko się pozbierałem i jechałem dalej. Było już na prawdę ciemno, a ja miałem tylko tylnią lampkę. Na szczęście po dłuższym takim szoku dojechałem do jeziora Swarzędzkiego, ale tu też nikogo nie było. Pędziłem ile sił w nogach, żeby tylko dogonić grupę i opierdzielić trenera. Po przejechaniu jeziora Swarzędzkiego nadszedł czas na asfalt. Udało się! Zobaczyłem w oddali jakieś światełka i po chwili znalazłem się już przy trenerze. Od razu powiedział mi takie coś: "Dobrze że jesteś, właśnie zastanawialiśmy się czy jechałem przed, czy za nami.". To zrujnowało mój plan opierdzielenia, ale cieszyłem się że już nie jechałem sam. Dojechaliśmy do wiaduktu i tam poszła komuś dętka. Trener udzielał pomocy, a cała grupa czekała kawałek dalej pod innym wiaduktem. Po dłuższej chwili pierwszy postanowili pojechać. Za nimi kolejny, dalej następny i tak wszyscy nie klubowicze pojechali przez siebie. Ja za nimi. Trzymałem się jakiś dwóch typków, którzy skręcili mi las. Jednak pamiętając poprzednią trasę, że tam było sporo piachu zawróciłem i popędziłem w ulewie za innymi szosą. Ciężko to było nazwać asfaltem, bardziej czułem jakbym jechał po rzece. Woda latała we wszystkie strony. Na światłach duża częśc grupy zdążył przejechać na zielonym, a mi i 2 innym gościom się to nie udało. Oni odbili w lewo i ja zostałem znowu sam. Tym jednak mniej więcej wiedziałem gdzie jechać. Chwilę sobie postałem w ulewie i zapaliło się zielone. W tej samej chwili przyjechało tych dwóch gościów, którzy postanowili jednak pojechać tą drogą. Specjalnie zjechałem na chodnik, żeby uniknąć chlapania wodą na wszystkie strony i tak jechaliśmy do przodu. Oczywiście pierwszy zjazd do lasu pominąłem, dopiero wjechałem w jakiś drugi. Dalej nie wiedziałem za bardzo w którą ścieżkę wjechać, to poczekałem na jeszcze jednego gościa i prowadziłem w stronę Malty. Kawałek dalej pojawił się kolejny dylemat o drogę. Pojechałem prosto, ale jakoś tej drogi nie kojarzyłem i szybko zawróciłem. Na moje szczęście dogoniła nas grupa z trenerem i razem już wracaliśmy w stronę Malty. Jakoś szybciej niż zawsze wyjechaliśmy z lasu. Już nie miałem sił jechać dalej, prawie umierałem. Cały się trząsłem z zimna i przemoczenia. Spytałem się trenera czy znalazło by się jedno miejsce w wozie, trener spytał się o adres i powiedział, że zobaczy czy się załadujemy. Pojechałem z nim na parking, i jeszcze z jednym kolesiem który poprosił o wymianę wygranej koszulki. Chwilę jeszcze postałem w deszczu, a obok pojawiła się rodzinka z kolesiem z rozwaloną piastą. Jakoś trener upchał rowery do busa i władowałem się do samochodu. Byłem uratowany, nie musiałem już męczyć się przez 10 km. Trener okazał się bardzo miłym i rozmownym człowiekiem, cały czas opowiadał mi o jakiś tam swoich przygodach. Nawet zaproponował mi obóz kolarski w Polanicy - zobaczymy co z tego wyjdzie. Wysadził mnie na parkingu, w domu byłem ok 10. Cały mokry, przemoczony, rower cały upieprzony. Od razu pod prysznic i ciepła herbatka żeby się nie przeziębić. MASAKRA
Kategoria Szosa, Treningi grupowe, MTB
- DST 71.63km
- Czas 03:12
- VAVG 22.38km/h
- VMAX 42.28km/h
- Temperatura 18.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Puszczykowo z Jack i Kon oraz Strzeszynek z Kas
Sobota, 30 kwietnia 2011 · dodano: 30.04.2011 | Komentarze 0
W piątek w szkole umawialiśmy się na grilla u Jacka, co wieczorem zostało przez niego odwołane. Wstępnie wtedy umówiłem się Konradem na krótką przejażdżkę o 14. Dzisiaj jednak Jacek zdecydował się w ogóle wyjść na rower, o 14:30 miałem być w Luboniu. Za wcześnie zjadłem obiad - o 13, potem jeszcze drożdżówka i w drogę o 14. Od razu okazało się, że jest mi w samej koszulce zimno i przy targach zawróciłem i cofnąłem się po długi rękawek. Tym razem z domu wybiegłem jakoś o 14:15, czyli już teoretycznie nie miałem szans być na czas. Jednak wiatr mi prawie całą drogę sprzyjał: na równym asfalcie na Drodze Dębińskie prawie cały czas 40 km/h, a mogło być więcej. Potem Dolną Wildą min 30 km/h. Ostatecznie w Luboniu przy Biedronce byłem o 14:45, czyli czas miałem dobry.Z Kondziem od razu pojechaliśmy przez Luboń na ścieżkę przy głównej ulicy w stronę Puszczykowa. Jechało się równie dobrze jak do Lubonia, bez większego wysiłku śmigaliśmy 30 km/h. Gdyby nie czekanie na pociąg na przejeździe oraz nie urżnięcie Kondzia przez jakiegoś owada to dojechalibyśmy do Jacka w dobre 20 min. Tak to byliśmy u niego w domu o 15:20.
Miał wolną chatę, oczywiście w szkole wmówił nam że będzie u niego babcia. Z Konradem zwróciliśmy uwagę na jego tv 52', a przypomniało mi się że dzisiaj o 15:30 gra Borussia, więc udało mi się namówić na włączenie meczyku. Efekt niesamowity, jeszcze w HD <3. Szkoda że tylko mi się teraz nie chciało ruszać z miejsca, po 10 min zauroczenia chłopacy zmusili mnie do jechania dalej. Szkoda, bo BVB wygrało 2:0, przez co zapewniło sobie dzisiaj mistrzostwo, a do tego drugą brameczkę zdobył Lewandowski...
Najpierw skoczyliśmy nakarmić Kondzia do jakieś restauracji, a potem na drugą stronę ulicy na lody. Tym razem jedna gała jakiś na prawdę dobrych, już nie pamiętam o jakiej nazwie. Tutaj zadzwoniłem do Kaśki, żeby zgadać się z nią co do wczoraj planowanego naszego spotkania. Najpierw odmówiła, a potem zadzwoniła że jednak znajdzie czas o 18. W tym czasie chłopacy gadali którędy będziemy jechać, czy przez las czy ulicą. Było już późno, po 16. Moje zdanie, co do powrotu, zmieniało się 3 razy i ostatecznie zdecydowałem się jechać ulicą, żeby być szybciej w domu.
Jednak oni woleli jechać lasem, przez co rozstaliśmy się o ok 16:40. Nawet było mi to na rękę, bo nie musiałem co chwilę na nich czekać, tylko sobie śmignąłem równym tempem pod wiatr. Tak dojechałem do Lubonia, gdzie zatrzymał mnie pociąg - godz 17. Wtedy usłyszałem dzwonek telefonu - oczywiście dzwonił Jacek, z pytaniem gdzie jestem i tym że mam na nich poczekać. Nie wiem dlaczego się na to zgodziłem, kompletnie nie było mi to na rękę. No dobra, chwilę poczekałem aż pociąg przyjedzie, potem czekałem na nich za przejazdem. W końcu przyjechali i Konrad zdecydował wrócić przez Luboń, żeby było szybciej. Właśnie w tym momencie rogatki się opuściły i czekaliśmy kolejne 10 min. W międzyczasie pojeździliśmy sobie na innych rowerach, mi przypadł Cube Kondzia.
Teraz Konrad wpadł na świetny pomysł pojechania inną drogą - jakimś polnym szutrem. Spoko, gdybym się nie spieszył. Trasę może sobie skróciliśmy, ale również znacznie wydłużyliśmy. Następnie, skoro byliśmy już tak blisko to pojechaliśmy odwiedzić Martę... Nie znowu dlaczego się na to zgodziłem. Tym razem dokładny adres znaliśmy, wystarczyło poszukać domu. Okazało się, że mieszka zaraz na przeciwko tego białego domu, w którym szukaliśmy jej tydzień wcześniej. Jacek kulturalnie do niej zadzwonił i czekaliśmy na nią, aż wyjdzie, dobre 10 min. Kolejne 15 min gadaliśmy z nią, po czym o 18 pojechaliśmy.
Z chłopakami rozstałem się przy biedrze, tej samej co 4h temu spotkałem się z Kondziem. Teraz czekało mnie trudne zadanie: walka z wiatrem. Z początku z dającym po twarzy wiatrem nie jechało się przez Luboń zbyt miło, ale później na Dolnej Wildzie już było nieco lżej. Role odwróciły się na Krakowskie, gdzie wiatr mi teoretycznie nieco pomagał. Przy Browcu, o 18:30 oddzwoniłem do Kaśki, która chciała już wychodzić z domu.
Szybko śmignąłem do domu, gdzie wciągnąłem drożdżówkę, cieplej się ubrałem i wpakowałem latarkę i popędziłem ile sił w nogach do Strzeszyna. Ulicami jechało się miło, miałem wrażenie że wiatr jest po mojej stronie. W lesie też szybko, ale taka jazda już zaczynała mnie męczyć. Ostatecznie byłem u niej o 19:10, ale jeszcze czekałem 10 min aż Kasia wyjdzie. Ukazała mi się z jakimś chłopakiem, którym był niejaki Andrzej. Oczywiście poszliśmy do sklepu, po lody i batony. Dla niejedzącej od 2 tyg Kasii było to mało, więc ja poszedłem a ona pojechała moim rowerem do drugiego sklepu po chipsy. Potem chwilę pogadaliśmy u niej pod bramą i tak zrobiła się 19:50. Jeszcze akcja z jakimiś ludzi, których Kasia opierniczyła za wyrzucanie śmieci do złego kubła (nie wiem o co chodzi, miała mi to wytłumaczyć) oraz chowanie się przed Andrzejem i nasze spotkanie dobiegło końca. Była już godz 20 i pojechałem ulicą nad Strzeszynek na zachód. Spóźniłem się o parę minutek, jak dojeżdżałem na pomost to coraz bardziej słońce chowało się między drzewami, aż na pomoście już zupełnie go nie było. Wróciłem sobie z lampką normalnym tempem, jeszcze specjalnie założyłem okulary bo coś mi to oka wpadło. W domu o 20:40.
Kolejny raz test tomka TF2, tym razem nieco więcej smaru, ale dokładniej przetarty przed jazdą - bez rewelacji, do szutrowego odcinka Kondzia była cisza, potem już coś charczało.
Kategoria Szosa, Towarzysko, Ze światełkiem
- DST 73.56km
- Czas 04:01
- VAVG 18.31km/h
- VMAX 41.89km/h
- Temperatura 20.0°C
- Sprzęt Kross Level A2
- Aktywność Jazda na rowerze
Luboń i Puszczykowo z Konradem i Jackiem
Piątek, 22 kwietnia 2011 · dodano: 22.04.2011 | Komentarze 0
Plan był taki: tempo odpoczynkowe, więc o 12 spotykam się z Kondziem w Luboniu i jedziemy do Jacka do Puszczykowa, gdzie chwilę pojeździmy i do domu wrócę ok 15.Nigdy nie jechałem do Lubonia rowerem, więc chciałem wyjechać z domu nieco wcześniej, jakoś o 10:30. Jednak poranne kolejki w sklepach nie pozwoliły mi na to, i z domu wyszedłem dokładnie o 11. Okazało się, że nie musiałem się tak śpieszyć, do Lubonia dotarłem prosto ścieżką przy Dolnej Wildzie. Na wiadukcie nad autostradą byłem 30 min przed czasem, tj. o 11:30.
Konrad nie był na to przygotowany i kazał mi do siebie podjechać. Jako tako wytłumaczył mi drogę, z tego zapamiętałem takie coś: zaraz za autostradą w prawo pod mostem, ulicą przy autostradzie, potem będą 2 ronda, mam znaleźć jakąś ul. Unijną, potem jakieś 2 ścieżki i mam jechać pod górę. No dobra, bez problemu znalazłem tą Unijną, z której dopytałem się gdzie mam dalej jechać. Trochę się nie dogadaliśmy i pojechałem nie do tej Biedronki co trzeba było. Zamiast dokładnie dojechać pod jego dom, to ja zawróciłem i pojechałem przy parku papieskim w stronę autostrady. Tam zgłupiałem, bo droga prowadziła nad autostradą, a Kondzio nic o tym nie wspominał, więc pojechałem sobie pod krzyż zobaczyć okolicę. Tam na górze wypatrzyłem drugą biedrę i drugi kościół, więc znowu dałem znać Konradowi gdzie jestem i żeby się znowu nie zgubić poczekałem w parku.
Gdy już miałem uciekać przed kontrolą straży miejskiej, przyjechał Kondzio i razem posunęliśmy w stronę Warty. Chwilkę szukaliśmy dojazdu do lasu z głównej ulicy, po czym wąską ścieżką dojechaliśmy do Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Tam Kondzio przyuważył, że szlak jest zamknięty, ale stwierdziliśmy że damy radę. Trasa od początku była ciekawa, zaczęło się od świetnej ścieżki chyba asfaltowej, która na nieszczęście po chwili się skończyła i jechaliśmy zwykłą leśną drogą. Chyba tylko raz natrafiliśmy na podmokły teren, a tak to co chwile było piaszczyście. Raz ostry zjazd i raz krótki, kilku metrowy ostry podjazd.
Pierwszym niepokojącym znakiem był zniszczony most, przez który w jednym miejscu trzeba było przeprowadzić rower. Pomyśleliśmy że przez to właśnie był szlak zamknięty, aż tu nagle szlak się zerwał nad strumieniem. Okazało się że kolejny most był cały zawalony i musieliśmy albo przeprawić się jakoś przez strumień, albo jechać wzdłuż niego do jakiegoś mostu. Ja byłem za znalezieniem jakiegoś dobrego miejsca do przeprawienia się, ale Kondzio uparł się aby pokonać wodę przez takie prowizoryczne przejście zrobione z kilku zawalonych konarów drzew. No dobra, pierwszy poszedł Konrad ze swoim rowerem, ale szybko okazało się, że sam nie da rady. Musiałem mu pomóc potrzymać rower, żeby on mógł przejść dalej i tam go ode mnie przechwycić. Z CUBEm nie było większych problemów, za to z moim Krossikiem było nieco gorzej. Mimo, że wyjąłem pełny bidon wody, to i tak był cięższy od rowerka Kondzia. Ale skoro z jednym się udało, to i z drugim musiało się udać. Jakoś udało mi się z nim zejść na poziom wody, gdzie przejął go ode mnie Kondzio. Dalej ja go przechwyciłem za siodełko, ale kierownica nieco się wykręciła i ratując przód jakoś tył zleciał z gałęzi i przed moment kawałek opony był w wodzie. Na szczęście nie straciłem równowagi i wydobyłem go z wody, gdzie przejął go Konrad i przeprawa przez wodę okazała się udana. Wyśmialiśmy strumień i pojechaliśmy dalej.
Dokładnie o 13 byliśmy w Puszczykowie, czyli tak jak Kondzio umówił się z Jackiem. Po drodze mijaliśmy odjebaną chatę Michała M. Zatrzymaliśmy przed sklepem, gdzie ja trochę się zdziwiłem że to już jesteśmy. Tam Konrad musiał jeszcze odwiedzić swoją ciocię, a mi kazał jechać prosto do Jacka. Po 200m samotnej jazdy prostą drogą, znalazłem charakterystyczny punkt którym był biały dostawczak z odkurzaczami i spytałem się Jacka gdzie mieszka. W tej chwili moim oczom ukazał się jego wilczur, który nie dawał mi spokoju ciągłym szczekaniem zza płotu. Wrażenie robił groźne, ale zgodnie z Jacka zapewnieniami okazał się grzecznym pieseczkiem. Na chwilę wbiłem do Jacka domu, gdzie zostałem miło przywitany sokiem i czekając na Konrada rozsiedliśmy się w ogródku. Ten po chwili przyjechał, został również przywitany szklanką soku, pobawił się z psami i pojechaliśmy we trzech na najlepsze lody w mieście. Chłopacy polecili mi smak "cookies", których wziąłem jedną gałę, gdy oni wzięli po kilka kul w różnych smakach. Chwilę posiedzieliśmy delektując się lodami i oglądając pociągi, po czym ruszyliśmy dalej.
Tym razem naszym celem było chyba Jezioro Jarosławskie (nazywane przez nich "Jarocha"). Najpierw musieliśmy przejechać przez Puszczykowo ulicami. Na jednym podjeździe, na którym ponoć Jackowi się odechciewa jechać dalej, trochę pocisnąłem i zostawiłem chłopaków z 50m w tyle. Następnie odcinek przez las. Ścieżka była dosyć nietypowa, trochę rozjechana: w środku było takie utwardzone, wąskie koryto którym można było pędzić, a po obu stronach wszystko w czym można było się zakopać, lub nieźle zniszczyć rower. Jechaliśmy z wiatrem, Jacek na czele, a dla mnie zostały tyły. Jackowi musiało się dobrze jechać bo ładnie się rozpędzić i szybko zaczął nam uciekać. Kondzio to zobaczył i postanowił go dogonić. Ja zostałem trochę w tyle, po czym też przyspieszyłem i szybko zacząłem gonić Konrada. Aż tu nagle, nie wiem co chciał Kondzio zrobić, ale zjechał z głównego koryta w piach, gdzie ratując się przed upadkiem wjechał kołem do ubitego koryta. Na moje nieszczęście stało się w tej chwili, kiedy goniąc go byłem kilka metrów za nim, i na dużej prędkości (pow 30 km/h) zostało mi tylko ostro dać po hamulcach jednocześnie krzycząc: "ja pierdolę, Konrad". Przednim kołem zahaczyłem chyba o jego rower i poleciałem jakoś z rowerem przez kierownicę. Na szczęście miałem kask i po za paroma zadrapaniami nic mi się nie stało. Muszę przyznać, że fajnie mi się leżało na tej ziemi, byłem cały brudny, wszędzie miałem ziemię i nie chciało mi się wstawać. Nawet okularki trochę dostały bo szkiełko się poluzowało i nie wiem jak to się stało ale z wewnętrznych spodenek wyjąłem szyszkę. Po oględzinach mnie i roweru pojechaliśmy dalej w stronę jeziora.
Po fajnym, dosyć ostrym zjeździe nad jarochę, rozsiedliśmy się na ławce. Niedaleko nas była inna grupa roweromaniaków, w tym jeden w koszulce BikeStatsa o nicku Jarzyna ;). Trochę obmyłem się w jeziorze, chwilę odpoczęliśmy i pojechaliśmy dookoła jeziora. Wracając obowiązkowo wstąpiliśmy na lody, tym razem jedna gała truskawki i nagle Konrad uświadomił sobie, że śpieszy się na trening na 17. Wtedy była jakoś 15:20. Nawet miał plan wskoczyć w pociąg i być szybciej, ale okazało się że najbliższy pociąg nie kursuje 22.04, czyli dzisiaj. To ruszyliśmy, tym razem cały czas nawet fajną ścieżką przy ulicy. Co chwile musiałem zwalniać mimo, że nie miałem jakiegoś mocnego tempa (jechałem jakieś 22/23 km/h), bo chłopacy zostawali w tyle.
Już chyba w Luboniu, Konrad został w tyle, bo jak się później okazała przebił dętkę. Nikt nie wie jak on to zrobił, że cały gwóźdź przebił mu oponę na wylot. Była wtedy godzina 16, szybko wziąłem się do roboty i rower był gotowy do jazdy po ok 15 min. Znowu moja pompka z lidla za 9,99zł była bohaterem ;).
Odstawiliśmy Kondzia pod dom i wtedy padł genialny pomysł odwiedzenia Marty. Konrad biegł na trening, więc nam za bardzo nie wytłumaczył jak do niej dojechać, ale podał nam adres i że mieszka w białym domu. Przy okazji po Konrada podjechały jego ziomki w Golfie, ale nie chciało im się czekać i pojechali na trening bez niego. Jacek poszedł do biedry coś kupić i dowiedzieć się jak dojechać do Marty, a ja popilnowałem rowerów. Po chwili wrócił z tabliczką czekolady, która od razu zniknęła i ze wskazówkami, które nic nam nie mówiły. Nagle przypomniała się Jackowi że Bob kiedyś był u Marty i nam powie jak do niej dojechać. On nam wszystko bez problemu powiedział, tylko że coś się Jackowi zapomniała o pojechaliśmy kawałek za daleko. Na szczęście znalazł się plan Lubonia, na którym szybko obczailiśmy drogę. Znaleźliśmy biały dom, biały płot, adres się zgadzał i nawet samochód wydawał się dziwnie znajomy. Chcąc zrobić niespodziankę Marcie, zadzwoniliśmy do niej, ale bez skutku. Wreszcie Jacek się wkurzył i podszedł pod płot i zadzwonił do drzwi. Gdy tak czekaliśmy aż ktoś wyjdzie to cały czas jakiś fajny pies sobie podskakiwał szczekając zza płotu. Wreszcie wyszła jakaś pani i Jacek spytał się czy jest Marta. Ku naszemu zdziwieniu odpowiedziała nam, że to najwyraźniej jakaś pomyłka i że tu nie ma żadnej Marty. No dobra, to pojechaliśmy dalej szukać domu Marty. Przy okazji co chwilę dzwoniliśmy do Boba i on cały czas wskazywał na ten dom, w którym nie żadnej Marty. Jeszcze nawet dowiedzieliśmy się, że ma młodszą siostrę, a tam wtedy w tle biegała jakaś dziewczynka. Jacek każdego się pytał, czy wie gdzie mieszka rodzina K, ale nikt ich nie znał. Przez te poszukiwania zrobiło się już późno i musiałem wracać do domu. Z Lubonia wyjeżdżałem o ok 17:50, a w domu byłem o 18:20.
Tak miło to jeszcze nigdy nie spędziłem Wielkiego Piątku, nawet sprzątanie w domu mnie ominęło. Wycieczka bardzo udana - ponad 7h na rowerze. :)
Kategoria Towarzysko, Szosa



