Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
  • DST 73.56km
  • Czas 04:01
  • VAVG 18.31km/h
  • VMAX 41.89km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Luboń i Puszczykowo z Konradem i Jackiem

Piątek, 22 kwietnia 2011 · dodano: 22.04.2011 | Komentarze 0

Plan był taki: tempo odpoczynkowe, więc o 12 spotykam się z Kondziem w Luboniu i jedziemy do Jacka do Puszczykowa, gdzie chwilę pojeździmy i do domu wrócę ok 15.

Nigdy nie jechałem do Lubonia rowerem, więc chciałem wyjechać z domu nieco wcześniej, jakoś o 10:30. Jednak poranne kolejki w sklepach nie pozwoliły mi na to, i z domu wyszedłem dokładnie o 11. Okazało się, że nie musiałem się tak śpieszyć, do Lubonia dotarłem prosto ścieżką przy Dolnej Wildzie. Na wiadukcie nad autostradą byłem 30 min przed czasem, tj. o 11:30.
Konrad nie był na to przygotowany i kazał mi do siebie podjechać. Jako tako wytłumaczył mi drogę, z tego zapamiętałem takie coś: zaraz za autostradą w prawo pod mostem, ulicą przy autostradzie, potem będą 2 ronda, mam znaleźć jakąś ul. Unijną, potem jakieś 2 ścieżki i mam jechać pod górę. No dobra, bez problemu znalazłem tą Unijną, z której dopytałem się gdzie mam dalej jechać. Trochę się nie dogadaliśmy i pojechałem nie do tej Biedronki co trzeba było. Zamiast dokładnie dojechać pod jego dom, to ja zawróciłem i pojechałem przy parku papieskim w stronę autostrady. Tam zgłupiałem, bo droga prowadziła nad autostradą, a Kondzio nic o tym nie wspominał, więc pojechałem sobie pod krzyż zobaczyć okolicę. Tam na górze wypatrzyłem drugą biedrę i drugi kościół, więc znowu dałem znać Konradowi gdzie jestem i żeby się znowu nie zgubić poczekałem w parku.
Gdy już miałem uciekać przed kontrolą straży miejskiej, przyjechał Kondzio i razem posunęliśmy w stronę Warty. Chwilkę szukaliśmy dojazdu do lasu z głównej ulicy, po czym wąską ścieżką dojechaliśmy do Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Tam Kondzio przyuważył, że szlak jest zamknięty, ale stwierdziliśmy że damy radę. Trasa od początku była ciekawa, zaczęło się od świetnej ścieżki chyba asfaltowej, która na nieszczęście po chwili się skończyła i jechaliśmy zwykłą leśną drogą. Chyba tylko raz natrafiliśmy na podmokły teren, a tak to co chwile było piaszczyście. Raz ostry zjazd i raz krótki, kilku metrowy ostry podjazd.
Pierwszym niepokojącym znakiem był zniszczony most, przez który w jednym miejscu trzeba było przeprowadzić rower. Pomyśleliśmy że przez to właśnie był szlak zamknięty, aż tu nagle szlak się zerwał nad strumieniem. Okazało się że kolejny most był cały zawalony i musieliśmy albo przeprawić się jakoś przez strumień, albo jechać wzdłuż niego do jakiegoś mostu. Ja byłem za znalezieniem jakiegoś dobrego miejsca do przeprawienia się, ale Kondzio uparł się aby pokonać wodę przez takie prowizoryczne przejście zrobione z kilku zawalonych konarów drzew. No dobra, pierwszy poszedł Konrad ze swoim rowerem, ale szybko okazało się, że sam nie da rady. Musiałem mu pomóc potrzymać rower, żeby on mógł przejść dalej i tam go ode mnie przechwycić. Z CUBEm nie było większych problemów, za to z moim Krossikiem było nieco gorzej. Mimo, że wyjąłem pełny bidon wody, to i tak był cięższy od rowerka Kondzia. Ale skoro z jednym się udało, to i z drugim musiało się udać. Jakoś udało mi się z nim zejść na poziom wody, gdzie przejął go ode mnie Kondzio. Dalej ja go przechwyciłem za siodełko, ale kierownica nieco się wykręciła i ratując przód jakoś tył zleciał z gałęzi i przed moment kawałek opony był w wodzie. Na szczęście nie straciłem równowagi i wydobyłem go z wody, gdzie przejął go Konrad i przeprawa przez wodę okazała się udana. Wyśmialiśmy strumień i pojechaliśmy dalej.
Dokładnie o 13 byliśmy w Puszczykowie, czyli tak jak Kondzio umówił się z Jackiem. Po drodze mijaliśmy odjebaną chatę Michała M. Zatrzymaliśmy przed sklepem, gdzie ja trochę się zdziwiłem że to już jesteśmy. Tam Konrad musiał jeszcze odwiedzić swoją ciocię, a mi kazał jechać prosto do Jacka. Po 200m samotnej jazdy prostą drogą, znalazłem charakterystyczny punkt którym był biały dostawczak z odkurzaczami i spytałem się Jacka gdzie mieszka. W tej chwili moim oczom ukazał się jego wilczur, który nie dawał mi spokoju ciągłym szczekaniem zza płotu. Wrażenie robił groźne, ale zgodnie z Jacka zapewnieniami okazał się grzecznym pieseczkiem. Na chwilę wbiłem do Jacka domu, gdzie zostałem miło przywitany sokiem i czekając na Konrada rozsiedliśmy się w ogródku. Ten po chwili przyjechał, został również przywitany szklanką soku, pobawił się z psami i pojechaliśmy we trzech na najlepsze lody w mieście. Chłopacy polecili mi smak "cookies", których wziąłem jedną gałę, gdy oni wzięli po kilka kul w różnych smakach. Chwilę posiedzieliśmy delektując się lodami i oglądając pociągi, po czym ruszyliśmy dalej.
Tym razem naszym celem było chyba Jezioro Jarosławskie (nazywane przez nich "Jarocha"). Najpierw musieliśmy przejechać przez Puszczykowo ulicami. Na jednym podjeździe, na którym ponoć Jackowi się odechciewa jechać dalej, trochę pocisnąłem i zostawiłem chłopaków z 50m w tyle. Następnie odcinek przez las. Ścieżka była dosyć nietypowa, trochę rozjechana: w środku było takie utwardzone, wąskie koryto którym można było pędzić, a po obu stronach wszystko w czym można było się zakopać, lub nieźle zniszczyć rower. Jechaliśmy z wiatrem, Jacek na czele, a dla mnie zostały tyły. Jackowi musiało się dobrze jechać bo ładnie się rozpędzić i szybko zaczął nam uciekać. Kondzio to zobaczył i postanowił go dogonić. Ja zostałem trochę w tyle, po czym też przyspieszyłem i szybko zacząłem gonić Konrada. Aż tu nagle, nie wiem co chciał Kondzio zrobić, ale zjechał z głównego koryta w piach, gdzie ratując się przed upadkiem wjechał kołem do ubitego koryta. Na moje nieszczęście stało się w tej chwili, kiedy goniąc go byłem kilka metrów za nim, i na dużej prędkości (pow 30 km/h) zostało mi tylko ostro dać po hamulcach jednocześnie krzycząc: "ja pierdolę, Konrad". Przednim kołem zahaczyłem chyba o jego rower i poleciałem jakoś z rowerem przez kierownicę. Na szczęście miałem kask i po za paroma zadrapaniami nic mi się nie stało. Muszę przyznać, że fajnie mi się leżało na tej ziemi, byłem cały brudny, wszędzie miałem ziemię i nie chciało mi się wstawać. Nawet okularki trochę dostały bo szkiełko się poluzowało i nie wiem jak to się stało ale z wewnętrznych spodenek wyjąłem szyszkę. Po oględzinach mnie i roweru pojechaliśmy dalej w stronę jeziora.
Po fajnym, dosyć ostrym zjeździe nad jarochę, rozsiedliśmy się na ławce. Niedaleko nas była inna grupa roweromaniaków, w tym jeden w koszulce BikeStatsa o nicku Jarzyna ;). Trochę obmyłem się w jeziorze, chwilę odpoczęliśmy i pojechaliśmy dookoła jeziora. Wracając obowiązkowo wstąpiliśmy na lody, tym razem jedna gała truskawki i nagle Konrad uświadomił sobie, że śpieszy się na trening na 17. Wtedy była jakoś 15:20. Nawet miał plan wskoczyć w pociąg i być szybciej, ale okazało się że najbliższy pociąg nie kursuje 22.04, czyli dzisiaj. To ruszyliśmy, tym razem cały czas nawet fajną ścieżką przy ulicy. Co chwile musiałem zwalniać mimo, że nie miałem jakiegoś mocnego tempa (jechałem jakieś 22/23 km/h), bo chłopacy zostawali w tyle.
Już chyba w Luboniu, Konrad został w tyle, bo jak się później okazała przebił dętkę. Nikt nie wie jak on to zrobił, że cały gwóźdź przebił mu oponę na wylot. Była wtedy godzina 16, szybko wziąłem się do roboty i rower był gotowy do jazdy po ok 15 min. Znowu moja pompka z lidla za 9,99zł była bohaterem ;).
Odstawiliśmy Kondzia pod dom i wtedy padł genialny pomysł odwiedzenia Marty. Konrad biegł na trening, więc nam za bardzo nie wytłumaczył jak do niej dojechać, ale podał nam adres i że mieszka w białym domu. Przy okazji po Konrada podjechały jego ziomki w Golfie, ale nie chciało im się czekać i pojechali na trening bez niego. Jacek poszedł do biedry coś kupić i dowiedzieć się jak dojechać do Marty, a ja popilnowałem rowerów. Po chwili wrócił z tabliczką czekolady, która od razu zniknęła i ze wskazówkami, które nic nam nie mówiły. Nagle przypomniała się Jackowi że Bob kiedyś był u Marty i nam powie jak do niej dojechać. On nam wszystko bez problemu powiedział, tylko że coś się Jackowi zapomniała o pojechaliśmy kawałek za daleko. Na szczęście znalazł się plan Lubonia, na którym szybko obczailiśmy drogę. Znaleźliśmy biały dom, biały płot, adres się zgadzał i nawet samochód wydawał się dziwnie znajomy. Chcąc zrobić niespodziankę Marcie, zadzwoniliśmy do niej, ale bez skutku. Wreszcie Jacek się wkurzył i podszedł pod płot i zadzwonił do drzwi. Gdy tak czekaliśmy aż ktoś wyjdzie to cały czas jakiś fajny pies sobie podskakiwał szczekając zza płotu. Wreszcie wyszła jakaś pani i Jacek spytał się czy jest Marta. Ku naszemu zdziwieniu odpowiedziała nam, że to najwyraźniej jakaś pomyłka i że tu nie ma żadnej Marty. No dobra, to pojechaliśmy dalej szukać domu Marty. Przy okazji co chwilę dzwoniliśmy do Boba i on cały czas wskazywał na ten dom, w którym nie żadnej Marty. Jeszcze nawet dowiedzieliśmy się, że ma młodszą siostrę, a tam wtedy w tle biegała jakaś dziewczynka. Jacek każdego się pytał, czy wie gdzie mieszka rodzina K, ale nikt ich nie znał. Przez te poszukiwania zrobiło się już późno i musiałem wracać do domu. Z Lubonia wyjeżdżałem o ok 17:50, a w domu byłem o 18:20.
Tak miło to jeszcze nigdy nie spędziłem Wielkiego Piątku, nawet sprzątanie w domu mnie ominęło. Wycieczka bardzo udana - ponad 7h na rowerze. :)
Kategoria Towarzysko, Szosa



Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!