Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wojtku4 z miasta Poznań. Mam przejechane 44163.03 kilometrów.
W roku 2015 reprezentuję barwy COLEX RACING TEAM.

W ramach współpracy, w 2014 roku testowałem zestaw uszczelniający TREZADO, o czym wszystkie wpisy można znaleźć tutaj.
Do zobaczenia na trasie!


2015:
button stats bikestats.pl
2014:
button stats bikestats.pl
2013:
button stats bikestats.pl
2012:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl
2010:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wojtku4.bikestats.pl
  • DST 45.30km
  • Czas 02:37
  • VAVG 17.31km/h
  • VMAX 58.71km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zieleniec

Czwartek, 7 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 4. Główny trening po śniadaniu

Tego dnia nie obyło się bez problemu. Zarówno trener, jaki pan Jan pojechali wcześniej z dziewczynami, tym samym pozostawiając nas samych. Wiedzieliśmy tylko, że mamy wjechać na Justynkę, dalej to ktoś z nas miał znać drogę.
Co ciekawe, wczoraj jak przymierzałem nowe spodenki od trenera to miały dużo za luźne nogawki, a dzisiaj po wczorajszych 115km w tajemniczy sposób pasowały.

Tempo od początku już bardzo różniło się od tego z przed paru dni. Wszyscy wymęczeni, jechaliśmy byle tylko wjechać i się nie zmęczyć. Ja do podjazdu byłem w dobrej kondycji, pewnie głównie przez rozjazdy. Nogi nie bolały, tylko już na samym podjeździe wychodziło ze mnie zmęczenie.
Licząc że dogonimy ich na podjeździe pod górę wdrapywaliśmy się metr po metrze. Gdy zdobyliśmy szczyt, jedno okazało się jasne: nikogo tu nie ma kto wiedziałby, gdzie jechać dalej. Nie byłby to duży problem, gdyby nie to, że ciężko było tu złapać zasięg. A gdy już komuś się to udało zrobić, to dodzwonić się do kogoś z pierwszej grupy nie szło - tym razem oni nie mieli zasięgu. Po długich konsultacjach zdecydowaliśmy zjechać na dół w celu poszukania lepszego zasięgu. Nic z tego, na dole już nikt nie mógł złapać. Tutaj znowu stworzyła się dyskusja co zrobić dalej. Ktoś tam chciał jechać jakimś żółtym szlakiem nie wiadomo gdzie, a ktoś inny chciał dojechać do zieleńca szosą. W końcu Konrad, który był za nas odpowiedzialny się wkurzył, i wrócił na górę szukać znowu zasięgu. Z nim pojechał Patryk, a nam się nie chciało męczyć i czekaliśmy na nich na dole.
Po jakiś 10 min czekania postanowiliśmy już pojechać na górę do nich, żeby się nie pogubić. Gdy pokonaliśmy parę metrów, Konrad z Patrykiem przelecieli obok nas jak błyskawice. Coś tam do nas krzyczeli, ale tego już nie dosłyszałem. Polecieliśmy za nimi.
Do Zieleńca dojechaliśmy jakąś leśną drogą ciągle w górę i dalej główną, nową a do tego pustą drogą tym razem w dół. Już w samym miasteczku przy sklepie wreszcie spotkaliśmy się z resztą grupy. Posililiśmy się obowiązkowo lodami, do tego jeszcze zjadłem KitKata i uzupełniłem zapasy wody.
Z samego Zieleńca przez jego wysokie położenie rozciąga się piękny widok na okolicę. Niestety długo nie było mi dane podziwiać krajobrazu i szybko wyruszyliśmy w drogę powrotną.
Najpierw szosą to wyciągu, potem jakąś ścieżką w dół. Na najostrzejszym zjeździe zabrakło mi odwagi i razem z dziewczynami sprowadzałem rower. Najbardziej przestraszyłem się drzew na dole, gdyby nie to to bym puścił klamki i leciał w dół nie martwiąc się o prędkość. Dalej jechaliśmy szlakiem pieszym. W tym był bardzo fajny stromy podjazd prawie cały w korzeniach. Kawałek podjechałem, ale na najbardziej ostry odcinek nie miałem już sił.
Znowu pojawił się problem; trener miał pojechać razem z dziewczynami na około, a nas pilnować miał pan Jan. Sprawa się nieco skomplikowała i trochę sobie postaliśmy za podjazdem. W międzyczasie chłopacy sobie zjechali po korzeniach i jeszcze raz męczyli się z podjechaniem. Okazało się, że na dole nikogo nie ma i mamy chyba dalej jechać sami, ale na szczęście właśnie przyjechał z drugiej strony trener. Poprowadził nas dalej, ciągle jakimiś leśnymi szlakami.
Po serii lekkich zjazdów na przemian z lekkimi podjazdami już tak chciało mi się pić, że gdy zobaczyłem płaski szuter od razu sięgnąłem po bidon. Był to mój duży błąd. Ten płaski szuter okazał się być zabójczy. Dokładniej to zabójcza była jedna nie duża dziura, którą przyuważyłem wynurzającą się z pod koła jadącego kogoś przede mną. Specjalnie zostawiłem sobie odstęp i nie jechałem na kole, ale jak się okazało to nic nie dało. Z bidonem w prawej ręce wjechałem w tą dziurę, będąc pewny że mimo wszystko uda mi się normalnie przejechać. Niestety, tym razem się nie udało. Jak przednie koło wleciało w dziurę, ręka go nie utrzymało i chyba wykręciło mi je o 90 stopni. Dalej już mogło tylko jedno się stać: przelecieć przez kierownice jadąc 25 km/h na szutrze to nie jest nic przyjemnego. Jakoś tak poleciałem, że nogi wylądowały mi w rowie, a prawą stronę ciała miałem nieźle poprzecieraną. Łokieć cały we krwi, do tego mocno obity bark i biodro. Po chwili miłego kontaktu z glebą jednak musiałem wstać. Trochę pojęczałem, zabrałem komórkę z ziemi, która podczas lotu musiała wypaść mi z ziemi, już nawet nie sprawdzałem czy rower cały, tylko wsiadłem i z grymasem na twarzy pojechałem. Trener tylko spytał czy jestem cały, czy nie mam wybitego barku i czy mogę jechać dalej.
Szkoda, że zdarzyło się to w taki głupi sposób. Teraz czekały mnie na prawdę fajne, techniczne zjazdy. Tymczasem po tym zdarzeniu nogi mi się tak trzęsły, że nie raz musiałem schodził z roweru i biec goniąc trenera. Ostatecznie tymi szlakami dojechaliśmy do samej Polanicy.

Prawa noga trochę poharatana, jednak tu bez większych obtarć. W prawym biodrze ładnie musiał mi się wbić kamyszek, mimo szelek i koszulki zostawił niezłą dziurę w ciele, do tego obtarcie skóry na długości ok 8cm. Prawy bark również obtarty. Najbardziej ucierpiał prawy łokieć - dosyć głęboka rana, z której przez prawie tydzień wypływała ropa.
Jednak tym się nie przejmowałem, najbardziej szkoda mi było stroju, który również ucierpiał. Pierwszy raz użyte spodenki - prawa strona trochę we krwi, z jedną mała dziurką. Koszulka założona drugi dzień - 2 dziury, jedna na barku, druga na plecach.
Tak poobijany już nie miałem zbytnio ochoty jechać rozjazdu, którego i tak nie było w planach.
Kategoria Góry


  • DST 23.04km
  • Czas 00:55
  • VAVG 25.13km/h
  • VMAX 47.67km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rozjazd do Kłodzka

Środa, 6 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 3. Rozjazd po obiedzie.

Razem z panem Jasiem i paroma innymi osobami przejechaliśmy się do Kłodzka bardzo przyjemnym tempem, a nasi pokojowi sąsiedzi jak typowi rowerzyści w szortach i luźnych koszulkach które potem zdjęli, pojechali za nami się poopalać.
Kategoria Góry


  • DST 93.31km
  • Czas 03:59
  • VAVG 23.43km/h
  • VMAX 69.35km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Spalona

Środa, 6 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 3. Główny trening po śniadaniu

Piękna, słoneczna pogoda, aż za ciepło. W nowej teamowej koszulce sprezentowanej przez trenera ruszyliśmy w stronę Bystrzycy Kłodzkiej i dalej w stronę Spalonej. Już nie takim morderczym tempem jak wczoraj, jechało mi się całkiem dobrze i spokojnie. Gdzieś w Wójtowicach dogoniliśmy trenera z dziewczynami, który od razu pokazał mi miejsce zbiórki tak jakbym nie utrzymał tempa grupy na podjeździe.
Sam podjazd - podobnie jak wczoraj: jeden wielki wyścig. Tym razem od razu odpuściłem i jechałem kilkanaście metrów za Kubą i Bartkiem, którzy też się nie ścigali. Radek też nie dawał rady i szybko mu uciekłem.
Podjazd nie był jakiś bardzo stromy, ale przez jego długość - 4 km od Młotów był morderczy. Kuzynów dogoniłem na samej górze, ale zostałem z tyłu próbując rozpakować Corna. Zębami nie dałem rady, to zatrzymałem się i bardziej po ludzku otworzyłem go dwoma rękami. 7km zjazd pokonywałem na zakrętach dosyć asekuracyjnie, ale jak była możliwość do przyspieszenia na prostych to nawet dokręcałem. Druga pętla z początku ociężale, samemu już nie było tak łatwo jechać do 3 km do Hut. Dla porównania teraz prędkość wahała się pomiędzy 10-20km/h, a poprzednio 20-30 km/h.
Drugi podjazd pokonywałem tempem trochę mocniejszym, a gdy na samej końcówce zauważyłem przede mną Bartka i Kubę to ostro przyspieszyłem i za cel postawiłem sobie dogonić ich. Zbliżyłem się na jakieś 20m, ale wtedy oni już zaczynali zjeżdżać. Zjadłem drugiego Corna i dowlokłem się jakoś do sklepu w Wójtowicach, gdzie byli już Konrad z Tomkiem, Patryk, pan Jasiu i dziewczyny. Dojadłem resztki Corna, napoiłem się i nie czekając na resztę postanowiliśmy wyruszyć w drogę powrotną górami.
Dokładnie kiedy my wyjeżdżaliśmy, to dojechali pierwsi ścigacze. Nie odpoczywając zabrał się z nami (Tomek, Konrad, Sylwia, pan Jasiu) wykończony szosowiec-Krzychu. Trasa nie była łatwa, dziurawa szosa i ciągle pod górę. Mimo że nie jechaliśmy szybko, to i tak Sylwia nie dawała rady.
Po długim podjeździe nadszedł czas na zjazd, który skończył się jak dojechaliśmy do jakieś główniejszej drogi. Nikt się nie kwapił z prowadzeniem to pojechałem na czele. Co chwile musiałem się oglądać za resztą, bo chyba trochę za szybko jechałem. Po chwili takiego prowadzenia dojechali odpoczywający ścigacze i zaraz obok mnie znalazł się Sebastian Swat. Prowadząc tak z nim ramie w ramię spytał się mnie, czy daję radę jeździć na jednym bidonie. A że woda skończyła mi się po podjazdach i jechałem na rezerwach, to dał mi swój bidon żebym się napił. Po kilku wziętych łykach podziękowałem mu i chciałem oddać bidon, ale Seba kazał mi pić jak najwięcej, żebym się nie odwodnił. I tak sobie jechałem z nim w bidonie w ręce co chwilę popijając jakiś czas. Kiedy już się opiłem to podziękowałem jeszcze raz i tym razem oddałem bidon. Chwile jeszcze przejechałem na czele, a gdy wiatr coraz bardziej dawał mi się we znaki to schowałem się do grupki.
Dojechaliśmy tak małym podjazdem i dalej dziurawym zjazdem do podjazdu pod górę św Justyny. Tam nieoczekiwanie Sylwkowi zeszło powietrze z tylnego koła. My pojechaliśmy a Swatowie naprawiali defekt. Ta góra była równie długa, przez co mordercza jak Spalona. Do tego dochodziło jeszcze zmęczenie, przez co cierpiałem srodze.
Na górze trwała wycinka drzew, przez co musieliśmy przeciskać się między maszynami. Sam zjazd był stromy, ale bardzo dziurawy. Udało mi się złapać Krzycha i jechałem za nim slalomem w dół. W szczytnie dogoniliśmy pana Jasia i bardzo szybko zjeżdżaliśmy do Polanicy. Z wiatrem prędkość wynosiła 30-45 km/h.

Przez Polanicę już ledwo co dojechałem, w pensjonacie od razu na spóźniony obiad i potem męczarnia po schodach na 3 piętro...
Kategoria Góry


  • DST 35.37km
  • Czas 01:25
  • VAVG 24.97km/h
  • VMAX 54.00km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rozjazd gdzieś za Kłodzko

Wtorek, 5 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 2. Aktywna regeneracja po głównym treningu i obiadku.

Pogoda nie była zbyt pewna, chyba nawet specjalnie zabrałem kurtkę do kieszonki. Do tego zrobiło się dosyć chłodno.
Wyruszyliśmy całą grupą, w czasie jazdy momentami trochę pokropiło. W Kłodzku na rozjeździe część zrezygnowała z dalszej jazdy i odbiła do Polanicy, a ja razem ze szosowcami, panem Jasiem, Konradem, Sylwią i trenerem pojechaliśmy dalej przez jakieś betonowe płyty. Dalej wjechaliśmy na drogę bodajże nr 388, na którą wjeżdżaliśmy w połowie porannych pętel. Teraz zza czarnych chmur wyjrzało słońce Na dobrze znanym mi już zjeździe do Polanicy pan Jasiu ładnie powiedział, że wyścigi wygrywa się na podjazdach, a przegrywa na zjazdach.
Kategoria Góry


  • DST 60.82km
  • Czas 02:10
  • VAVG 28.07km/h
  • VMAX 55.48km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Atak na podjazd 16%

Wtorek, 5 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 2. Główny trening po śniadaniu.

Od początku tempo było bardzo mocne, prędkość nie spadała poniżej 30 km/h. Dziewczyny pojechały wcześniej z trenerem, także jako jedyny musiałem męczyć się z utrzymaniem w peletonie. Na czele jechali bracia Swat.
Przed treningiem chłopacy z pokoju powiedzieli mi, że ten straszny podjazd będzie na prawie na samym początku pętli i dobrze będę wiedział o który chodzi.
Żeby do niego dojechać trzeba było przedostać się przez centrum Polanicy i dalej dojechać krótkim podjazdem do kościółka w Starym Wielisławie. Dalej był krótki zjazd, na którym można było się rozpędzić przed głównym podjazdem.
Do tego momentu jeszcze trzymałem tempo, już na samym podjeździe było z tym nieco gorzej. Do połowy, pierwszego zakrętu traciłem parę metrów. Razem ze mną zostali wszyscy Zaworscy (Radek, Kuba i Bartek) i o dziwo Sylwek Swat.
Próbując utrzymać czołówkę nadałem sobie z początku za mocne tempo i na ostatnich metrach już nie miałem sił pedałować. Zredukowałem bieg i znacznie zwolniłem (coś ok z 12km/h na 7 km/h). Na górze nie było chwili wytchnienia, od razu zawiązaliśmy grupę pościgową i zaczęła się gonitwa peletonu. Tereny którymi jechaliśmy były piękne - pusta szosa (czasami jakiś samochód przejechał), dookoła nas malownicze pola, a w oddali było widać wzgórza Kotliny Kłodzkiej.
Ciężko było ich dogonić, oni nie czekali na nas, tylko dalej jechali mocnym tempem. Sylwek jednak kręcił na przedzie równie szybko, także z metra na metr odrabialiśmy dystans do czołówki. Dogoniliśmy ich chyba gdzieś koło Starej Łomnicy i od razu bracia Swat odbili do lasu.
Na wjeździe do Polanicy rozpoczął się bardzo kręty zjazd, na którym dużo traciłem. Tam gdzie ja hamowałem przez zakrętem, wszyscy inni przelatywali bez dotknięcia hampelka. Żeby nie zgubić grupy musiałem dokręcać na wyjściu z zakrętu, żeby za parę sekund dalej znowu hamować na nawrocie. Jeszcze jeden zjazd i przed mostkiem odbijamy w prawo na drogę do Kłodzka i zaczyna się druga pętla. Średnie prędkość na pierwszej pętli wyniosła za dużo - bo aż 31 km/h.
Przed głównym podjazdem dogoniliśmy dziewczyny z Rafałem, który zostawił je i ruszył ścigać się z nami.
Na podjeździe od początku zaczął się wyścig, co chwile ktoś próbował urwać się reszcie. Jak to zobaczyłem to od razu odpuściłem, tempo na pierwszej pętli mnie tak wykończyło, że nie miałem już prawie sił podjeżdżać. Razem ze mną odpuścili bracia Radek i Kuba, którzy nawet jechali wolniej ode mnie i najmłodszy Bartek, którego próbowałem dogonić.
Jak dojechałem do pierwszego zakrętu to czołówka była już na górze. Nie miałbym szans utrzymać ich tempa.
Na górze dogonił mnie Kuba i po chwili odpoczynku jadąc mu na kole, zmieniłem go aby dogonić Bartka na szosie. Radek tak osłabł, że podobno dogoniła go Ania.
Tak w trójkę jechaliśmy dalej, byłem tak skatowany tymi podjazdami że ledwo co trzymałem im się na kole. Na zjazdach dużo traciłem, przez co na podjazdach musiałem ich podganiać. W taki sposób przejechaliśmy drugą pętlę i potem trzecią którą kuzyni planowali przejechać na luzie.
Od razu z trzeciej pętli pojechaliśmy do hotelu, oni nie mieli klucza do pokoju i musieli czekać na Patryka, a ja wskoczyłem sobie od razu pod prysznic.

Trasa Pętli: Polanica Zdrój, Stary Wielisław, Starków, Stara Łomnica, Polanica Zdrój (ok 19 km)
Kategoria Góry


  • DST 18.44km
  • Czas 01:44
  • VAVG 10.64km/h
  • VMAX 52.39km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Polanica Zdrój 2011 - przejażdżka w terenie: Piekiełko, "schodki"

Poniedziałek, 4 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0

Dzień 1: Po kolacji.
Po kolacji i zakwaterowaniu ruszyliśmy na planowany trening. Z wielu powodów mieliśmy dosyć spore opóźnienie, przez co trasa została trochę skrócona. Prosto z ośrodka ruszyliśmy ul Piastowską w górę do niebieskiego szlaku w lesie. Do momentu wjechania w teren trzymałem się chłopaków, później jechałem pomiędzy nimi a dziewczynami.
Ostatnimi dniami tam sporo padało, więc kamienie i korzenie były mokre, do tego sporo błota. Oponki szybko się zalepiły i ślizgały na każdej przeszkodzie. Nie jeden raz byłem zmuszony do awaryjnego wypięcia się i podjechania kawałek na twardy grunt. Nie było za ciepło, więc skorzystałem z mojej nowej bluzy.
Tych terenów w ogóle nie znałem, nie wiedziałem gdzie jestem i do teraz nie wiem jak dojechaliśmy na szczyt Piekiełka. Za to dobrze zapamiętałem sobie zjazd, który przez dużą ilość mokrych kamieni do najłatwiejszych nie należał. W jednym miejscu byłem tak rozpędzony, że musiałem wjechać na niezbyt dobrze ułożony kamień i kawałek przelecieć. Pamiętając co mi się przytrafiło poprzednim razem na Dziewiczej, tym razem postarałem się podnieść przednie koło, ale i tak przy lądowaniu nie było łatwo. Szczęśliwy że żyję, dojechałem na dół gdzie już na nas czekała reszta.
Dalszej trasy nie pamiętam, wiem tylko że byliśmy przy słynnym zjeździe przy schodkach. Ci co kiedyś go zjechali, dziwili się jak to oni kiedyś zrobili. Sam zjazd wygląda strasznie - prawie płasko w dół, takim korytem pomiędzy drzewami.
Do pensjonatu wróciliśmy asfaltowymi zjazdami, jakimi ulicami - nie mam pojęcia.

Dzisiejsza wycieczka nieźle mnie przestraszyła, ale na szczęście teraz przez kilka dni planowane są treningi na szosie.
Kategoria Góry


  • DST 19.51km
  • Czas 01:07
  • VAVG 17.47km/h
  • VMAX 47.67km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wieczorna, przedobozowa cytadela. Cholerna spinka....

Niedziela, 3 lipca 2011 · dodano: 04.07.2011 | Komentarze 0

Z domu wyszedłem przed 20, wróciłem przed 22. Ładnie się pzejaśniło, a po południu już nie padało to powinno być mniejsze błocko. Na cytadele pojechałem z myślą zrobienia pętelki, sprawdzenia jak sobie poradzę na nowym napędzie. Na lekkim podjeździe przez złe dobranie biegów, przez co później próbowałem szybko to poprawić rozpięła mi się spinka, i bez skutecznie szukałem jej później przez dobre 20 min. Pod 2 błotniste podjazdy nie podjechałem, amfiteatr pokonałem dopiero za którymś tam razem. Dałbym radę pewnie zaraz po zjeździe, ale nie zauważyłem że z przodu miałem 2.
Kategoria Ze światełkiem


  • DST 34.19km
  • Czas 01:28
  • VAVG 23.31km/h
  • VMAX 44.47km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Powórka szosy ze środowego treningu w nowych ciuszkach

Piątek, 1 lipca 2011 · dodano: 01.07.2011 | Komentarze 0

Po poranku z lekkim deszczykiem nie jechałem w teren, tylko wybrałem się na szosę. Ubrany w nowe ciuszki : sama bluza, spodenki na szelkach i nogawki wyszedłem z domu o 12:30. Z początku było mi zimnawo od pasa w górę, ale jak się rozgrzałem to było idealnie. W nogi aż trochę za ciepło. Bluza, która wydawała mi się mała okazała się długością idealna, tylko rękawy są trochę za krótkie. Dzisiaj w porównaniu do środy nad Strzeszynkiem ZERO ludzi, jedynie na pomoście dwóch panów policjantów ściągało drabinkę do wchodzenia z wody na pomost. Po krótkiej przerwie zdecydowałem się pojechać do Złotnik, tak jak na treningu. Najpierw jednak na małym podjeździe wyregulowałem przerzutki, przez co średnia jest taka a nie inna. Pętelkę zrobiłem w drugą stronę, tzn najpierw skręciłem w Słoneczną, a wracałem Złotnicką.
Przez całą drogę walczyłem z wiatrem, już nie jechało się tak miło jak w grupie 4 osobowej. Wkładka w spodenkach może być, ale bez rewelacji. Zobaczymy jak będzie z nią następnymi razami, kiedy już może tyłek mi się do niej przyzwyczai.
Do domu wróciłem o 14:30.


  • DST 26.43km
  • Czas 01:17
  • VAVG 20.59km/h
  • VMAX 36.34km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do sklepu i poranny Strzeszynek *Nowy napęd

Czwartek, 30 czerwca 2011 · dodano: 30.06.2011 | Komentarze 0

Na nowym napędzie, trener zwrócił mi rower wczoraj o 23:30.
Zapomniałem powiedzieć, żeby przełożyli mi spinkę ze starego łańcucha i już jej nie odzyskałem. Co chwile skuwać łańcucha nie ma sensu, to pojechałem od razu z rana do sklepu. Nawet nie szedłem po zakupy tylko zjadłem to co było w domu.
Dzisiaj zapowiadano burze z dużymi opadami od 12, a ja na rowerze byłem już o 10. Przejechałem się Bukowską i u Rybczyńskiego na Miodowej sprawiłem sobie spinkę (już 3 w mojej karierze) i dalej pojechałem nad Strzeszynek.
Przy okazji wymiany napędu, dokręcili mi piastę bo miała luzy i teraz coś mi tam koło hamuje. Ale wreszcie mogłem spokojnie jechać na 6 - świetna sprawa :D. Trochę jeszcze muszę podregulować przerzutki, zarówno przednią (co chwile spadał łańcuch) jak i tylnią (przerzutka przeskakuje).
Zrobiłem kółko dookoła Strzeszynka nie zatrzymując się na pomoście i wracając normalną trasą specjalnie podjechałem za posesją w celu sprawdzenia najniższych przełożeń. Żeby sprawdzić czy ucieka mi przednie koło było tam trochę za płasko, przez co dalej szukałem jakiś fajnych podjazdów. Postanowiłem spróbować podjechać na piachu zaraz przy Lutyckiej, ale najpierw przeszkodził mi jakiś koleś szukający drogi do Centrum na Dworzec, a potem zakopałem się w piachu i odpuściłem. Bliżej Rusałki trochę sobie pokrążyłem po lesie, ale nic ostrzejszego nie znalazłem i o 12 byłem w domu. Prognoza się trochę zmieniła i pierwsze krople deszczu pojawiły się o 14.


  • DST 45.61km
  • Czas 01:53
  • VAVG 24.22km/h
  • VMAX 40.50km/h
  • Temperatura 32.0°C
  • Sprzęt Kross Level A2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Cytadela i szosą przez Strzeszynek do Złotnik, do trenera. *Nowy mostek

Środa, 29 czerwca 2011 · dodano: 29.06.2011 | Komentarze 0

Trener planował po treningu wziąć mój rower do serwisu, ale plan się zmienił i spotkałem go jadącego na trening w parku Sołackim. Na cytadeli byliśmy dokładnie o 17, nikogo z klubu jeszcze nie było. Zagadał do trenera jakiś koleś o sprzęt i tak przez 20 min sobie gadali do przyjazdu Tomka i Konrada. Trenerowi rozwaliła się główna rama - Pawlak i dzisiaj przyjechał na szybko zmontowanym corratecu. Razem z chłopakami pojechałem zrobić jedną pętelkę, na nowym mostku jeździ się świetnie. Na zjeździe zaraz przed amfiteatrem do lasu wkroczyło paru policjantów, ale na trasie kawałek przed tym zjazdem nas jeden przepuścił, a potem już nie było ich widać. Planowałem podjechać pod amfiteatr na rozpędzie ze zjazdu, ale źle zmieniałem biegi i już nawet nie walczyłem. Spokojnie zjechałem i po krótszym rozpędzie niż za pierwszym i jak dotąd jedynym podjechanym razem, udało mi się pokonać amfiteatr po raz drugi. Chłopacy mi już daleko uciekli, a ja trochę się gubiąc odnalazłem czekającego na nas trenera. Po chwili dojechali do nas klubowicze i postanowiliśmy skończyć z pętelkami i pojechać na całkiem miłą szosę do Strzeszynka. Od parku Sołackiego prowadziłem, jak wjechaliśmy na główną szosę to nawet nadawałem mocne tempo (30-34 km/h). Za Literacką zmienił mnie Tomek, który utrzymywał 30 km/h. Na szosie, siedząc komuś na kole jedzie się świetnie, prawie w ogóle się nie męczyłem. Lekko pedałowałem, często przerywając żeby nie wjechać w koło. Momentami aż kusiło mnie, żeby go wyprzedzić i nadać mocniejsze tempo, ale po co się tak nie potrzebnie męczyć.
Na przystanku nad Strzeszynkiem w stronę miasta tłumy, prawie jak po meczu. Nie mieścili się wszyscy na przystanku, przez co dużo stało na szosie.
Trener pokierował nas w ul Złotnicką, na której była równie ładna nawierzchnia jak na Koszalińskiej, ale ruch prawie zerowy. Tylko co jakiś przejeżdżali obok nas jacyś goście w smarcie cabrio, za każdym razem z innym kierowcą.
W Jelonkach/Złotnikach przejechaliśmy drogą osiedlową równoległą do Obornickiej aż do Łagiewnickiej i dalej pojechaliśmy szosą w drogę powrotną. Ta szosa to nic innego jak odcinek pierścienia dookoła poznania, którym jakiś czas temu jechałem z Tomczerem. Szoską tą dojechaliśmy z powrotem do Złotnickiej i dalej od Strzeszynka aż do Rusałki. Na tym odcinku prowadził Konrad, a ja trzymałem się koła Tomka. Za mną jechał zmęczony trener, co jakiś czas udawało mu się mnie dogonić.
Od Rusałki odbiłem z trenerem w Przybyszewskiego i umówiłem się na 19:15 u niego z rowerem. Na podjeździe ja szalałem, a trener tak został z tyłu że nawet na niego nie czekałem tylko popędziłem do domu.
Szybko zjadłem jabłko i o 19:20 byłem już pod blokiem. Trener zostawił mnie na przystanku na Matejki, skąd dumnie przeszedłem w stroju, kasku a w nim bidon i okulary do domu. Ludzie się na mnie trochę dziwnie patrzyli, ale co tam ;)